Thursday, 23 February 2012

"I shot Socrates. (But I did not shoot the deputy)."



Young man, go to (extracurricular) events!
If I were to give one piece of advice to young students on how to make best use of their University years, I’d say (or, more likely, I’d text them from one of the conferences, seminars or talks I go to): “Go to events!”
Apart from many other advantages (of which more later), events are a extremely valuable source of gripping anecdotes and off-off-Broadway visualization and exemplification.
To be fair, most lecturers and tutors try hard to grab our intellect with eccentric illustrations of what they’re on about in the course of doing their run-of the mill stuff, but at those one-off events - they simply try harder.
So yesterday, for instance, prof. Nicholas P. Zangwill told those present at the second edition of the Durham-Warsaw Philosophy Lectures at the Institute of Philsophy how the superman flew into the room to prevent the breaking of the egg that prof. Zangwill had dropped a moment before; how the host of the event, prof. Mariusz Gryganiec chopped someone up and then hid them somewhere at his place; and how one woman from the audience stole sausages from a supermarket, because her kids were starving (prof. Gryganiec, in another illustration, also pinched some sausages, but just because he liked that particular kind).
And finally, in one of the most stunning ontological props that had ever been tried on me, we were asked to imagine that the speaker himself is shooting Socrates, while Xanthippe is away on the Moon, her ontological status changing without her even realising it.
How painful, educational and precious.
(But it seems that prof. Zangwill did not shoot the deputy. At least during that lecture).

Tuesday, 21 February 2012

Horoskop erotyczny




PONIEDZIAŁEK*
Postaraj się dziś wyjść do ludzi, spotkaj się z przyjaciółmi. Zobaczysz, jak bardzo pozytywnym nastawieniem jesteś w stanie zmienić swoje podejście do osób płci przeciwnej, a to spotka się na pewno z ich szczerym zainteresowaniem.

WTOREK
Korzystnie wpłynie dziś na Ciebie bliski kontakt z ukochaną osobą. Wspólnie spędzone czułe chwile sprawią, że znów uwierzysz w ogień namiętności między Wami. Nie żałuj swojej energii i odpowiednio ją spożytkuj w miłosnym spotkaniu z bliską osobą.

ŚRODA
Chociaż zanurzysz się dziś na chwilę w oceanie uczuć i namiętności, uważaj na własne reakcje. Nie ufaj porywom swego serca i uważnie przyglądaj się nowo poznanej osobie. Ma wiele do powiedzenia, jednak pobudki jej nie do końca są wobec ciebie szczere. Postaraj się zachować zdrowy rozsądek, szczególnie jeśli silnie zareagujesz na amory ze strony tego kogoś.

CZWARTEK
Według przesłania gwiazd, zapowiada się bardzo korzystny dzień dla Twoich uczuć. Niewykluczone, że na Twojej drodze stanie ktoś, kto w przyszłości będzie Ci bardzo bliski. Wszystko jednak zależy od Twojej spontanicznej reakcji przy pierwszym spotkaniu. Postaraj się tak pokierować sytuacją, aby zbyt szybko nie dawać obietnic wspólnej nocy.

PIĄTEK
W związku erotycznym poszukiwać dziś będziesz partnerstwa na stałe, ale pociągać cię mogą również ciągłe wyzwania, pobudzające Twoją wyobraźnie. Gdy minie Ci pożądanie wobec osoby, którą zaprosisz do swojej sypialni, bez ogródek jej o tym powiesz.

SOBOTA
Dzięki opiece gwiazd zamienisz się dziś w duszę towarzystwa i z przyjemnością okryjesz w sobie siłę przyciągania - wokół ciebie pojawi się nagle wielu wielbicieli. Rozważ na spokojnie, czy warto jest zaczynać romans z kimś, z kim łączą cię więzy zawodowe. Taki układ może nie trać długo, a rozwiązanie go może potem mocno zaboleć.

NIEDZIELA
Poświęć dziś więcej uwagi swojej drugiej połowie, potrzebuje zdecydowanie czułości i wspólnych chwil. Spędźcie ze sobą więcej czasu niż zazwyczaj, wybierzcie się na imprezę towarzyską czy kulturalną, zaproście do swego domu przyjaciół. To bardzo Was zbliży do siebie i przypomni klimat pierwszych randek i spotkań...

- tych z poniedziałku?





*Horoskop erotyczny** dla osób urodzonych w znaku …. z jednej z popularniejszych lokalnych witryn (nie; nie nie czytam takich bzdur - po prostu skopiowałem i wkleiłem, w celach propagandowych)

**nieaktualny – to wszystko już się wydarzyło, bo musiało (kto się ośmieli poprzestawiać gwiazdy?***....)

***taki mały pomysł na romantyczny thriller sci-fi: .... Sekretarz Prezesa Najwyższej Rady Federacji Galaktycznej marzy o córce Prezesa oraz o przejęciu - niekoniecznie legalnym - władzy w demokratycznie (i chaotycznie - można by dodać, gdyby nie była to tautologia) zarządzanej Federacji. Poza marzeniami ma też wiarę - w astrologię. Kiedy prosi, skrycie, Szefa Państwowych Laboratoriów Astronomicznych (który ma obsesję na punkcie astrologii, realizowaną, skrycie, za pieniądze podatników) o sugestię kiedy dać pewne czekoladki, ukryte (w pudełku), Córce Prezesa i poinformować ją, otwarcie, że ją lubi (lub coś w tym stylu) dowiaduje się, że idealną datą byłby dzień, który - gdyby nie jedna, mała gwiazdka - mógłby także stać się przełomem dla jego kariery...


(zdjęcie: http://www.graphicshunt.com)

Friday, 17 February 2012

No Country For Old Men?


The couple got on the tram at the stop called, for short, Bitwy Warszawskiej 1920 roku.1 The woman first struggled, then lurched – it was hard to tell whether voluntarily or not – forward. Somehow she managed not to fall down and reach a cold handrail, by which she stalled, one of her legs positioned in an awkward way. The man was much stabler on his feet; he calmly moved behind his missus, unperturbed by her antics, to which he must have been used. They looked middle-class and, obviously, fuddy-duddy, which was highlighted by their long, dark fur coats that were in perfect condition despite being, I could bet, half a century old. Their warm hats brought back a hazy childhood memory - Edward Gierek kissing Leonid Brezhnev.

The few seats that were free a moment before had just been taken by one young and two middle-aged men, who quickly delved into their (respective) books. With hopeful anxiety I waited for someone to notice the old couple and offer a seat, especially to the woman. But it wasn’t to happen.

My first impulse was to intervene2 , but for some reason I nipped it in the bud. The picture was so strange and cruel, it made me feel that some no-nonsense Karma must be involved – by being so painfully insensitive, the younger ones were clearly paying a heavy price for past offences against the Supreme & Serene Law of the Universe. Who was I to think of getting mixed up in the eternal and, hopefully, wise cycle of cause and effect?, I asked myself. Had I not enough on my hands trying to abolish democracy (locally) and restore Dualism (universally)? So I just stood there, at the back of the tram, a passive observer of life’s precious little pangs of moral metaphysics, trying to be above their call to action.3

I took a closer look at the couple. The woman’s eyes – I noticed when she turned for a second to her husband – were glassy and had an unsettling absent feel to them; they were the eyes that some old people specialise in – the type that makes it hard to tell whether their owner is there and then with you or somewhere else, 20 years ago.

The man’s face was stern and - apart from that - said nothing, but it seemed to have a significant uncompassionate potential in it and it; it was the kind of face, I guess, that people get when they have seen too much - or have done too much4 . Both of them might have seen the Warsaw Uprising, or even taken part in it; the man, judging by his looks, on the German side.

The tram started again and the woman swayed dangerously. I was, once again, supressing my urge to act and remain a cold, perhaps even guilty, observer … when my humble – and rightly so – intellect kicked in, at long last.

I shoved Karma, metaphysics and character analysis aside to see that what I witnessed was information deficit in action: the old couple were standing, as I did, at the very end of the carriage and simply no one had registered them. A little bit of straightforward communication was needed, which is what I specialise in.

So I swung into action. I made a few quick steps forward and I addressed no one and everyone in particular: “Excuse me, “ (my voice sounded a bit louder and more reproaching than originally planned), “could someone please give up their seat to this lady – she finds it difficult to stand.” No head turned. Except the lady’s.

“Why?”, she asked sharply. Her nearly transparent eyes fixed on me intensely. Wherever or whenever she’d been a moment ago, she was now all here. “I’m perfectly fine standing." The words had an unpleasant ring to them and I expected “mind your own business!” to follow up, but for whatever reason it didn’t.

While I was retreating, embarrassed, the man leaned towards his wife and asked loudly and – true to his face – brusquely. “What was he after?” The woman didn’t turn. “Never mind”, she replied quietly, evidently not expecting him to hear it. “What?”, he said.

At that moment, the tram made a delicate turn as it approached Narutowicza Sq, the movement made the woman lose her balance again, but somehow she held her ground. I smiled.

But the punch line came with two young Indian or Bangladeshi guys who got on at the next stop and stood right next to me. They looked around the tram with interest – they must have been new to our country. They immediately noticed the couple and one could see disapproval in their faces. They gave me a glance as if enquiring: “Is this how you treat old folks over here?”. The reply they saw in my face was the smile, which I hadn’t managed to remove in time. They turned their eyes away from me. Clearly, I was an unpleasant sight.

The tram began to slow down before the next stop and the couple made their way towards the door. Suddenly, the woman misstepped and nearly fell over. I couldn’t help but laugh. The Indian guys looked at me with bewilderment.

And I knew right away what they’ll write back home in their first letter from Poland.

“Dear Mom ,
Warsaw is an interesting place. It’s quite ugly and the weather’s a bit on the cold side, but the people here are very .... well, the people here are strange: they they let the old ones live longer than we do, but make them stand on trams and buses. The reason may be that they seem to enjoy watching them trip.
I'll write more soon.
Your Rajiv”



1With all due respect – I love/hate Polish history like all patriots, but aren’t we going over the top and making our lives a bit too hard for the sake of cramming too much of the good stuff into steet names? Some time ago I heard of a proposal to change the name of Al. Jana Pawła II. I thought: “JPII – I can live with that". Then I learnt that the change was to be to ...“Al. Papieża Jana Pawła II”.
Or perhaps I’m wrong – and giving more details of events and people in place names does something good to people subliminally, apart from stretching their patience ultraliminally? But then, why not go the whole hog and instead of ‘Bitwy Warszawskiej 1920 r.’ have “Ul. Bitwy Warszawskiej 1920 r. Określanej Jako Jedna z 18 Najważniejszych Bitw w Historii, Podczas Której Wojsko Polskie Zatrzymało Grożącą Całej Europie Nawałnicę Bolszewicką"?
2 Perhaps a wrong word here: can you intervene in something that isn’t happening? (Or maybe something was happening without any sign of it?)
3 What if the calls are the work of mindless Nature and – as I’ve suggested before; probably not originally – I am at my most human, when I suppress them?
4 Which could be plain rubbish - perhaps he simply struggled to achieve any facial expression at all (and maybe when he did achieve it, the poor chap could hardly control what it was)?

Wednesday, 15 February 2012

My friend and I are one


When I lost the Iliad and the Oddysey to Targówek, apart from the reflection on how human fates interact – sometimes, it may seem, producing reverse effects at relevant ends – and how to understand and shape this dynamic and malleable interaction, I made a resolution to reach more often for the classics standing, most of the time, bored stiff on the shelves in the few places that I live in (at various times).

The first book I dusted off was the Complete Works of William Shakespeare. And this is what I found right away:


XLII

That thou hast her it is not all my grief,
And yet it may be said I loved her dearly;
That she hath thee is of my wailing chief,
A loss in love that touches me more nearly.
Loving offenders thus I will excuse ye:
Thou dost love her, because thou know'st I love her;
And for my sake even so doth she abuse me,
Suffering my friend for my sake to approve her.
If I lose thee, my loss is my love's gain,
And losing her, my friend hath found that loss;
Both find each other, and I lose both twain,
And both for my sake lay on me this cross:
But here's the joy; my friend and I are one;
Sweet flattery! then she loves but me alone1,2,3.



1 I know, I know, I know – to annotate and boldface Shakespeare’s sonnets is more than an offence - it looks awful.

2 I thought that if I can’t have any other relation with the Bard, at least I’ll make him turn in the grave by doing this to him.

3 He’s good, isn’t he?




PS The other day I was going to meet up with a friend of mine and I wanted to take with me a book I'd borrowed from him - “How to care about your brain and improve your memory”, or something like this, I can’t remember exactly. I couldn’t find it. Then I remembered – it was in the bag I left on that bus (I kid you not!). Damn it!


(Above: the most ridiculous cover I've ever seen)

Monday, 13 February 2012

Głupota wyjaśniona bełkotem (zbyt ostro - przepraszam...)





(...It's a sad, sad situation
And it's getting more and more absurd...)

W polityce...

- ... nie - nie dziś, dziś jest niedzie.. chociaż nie! – kraj się wali i trzeba to opisywać na bieżąco! (i spójnie) -

... w polityce, zatem, obserwujemy liczne sytuacje, w których goście mający władzę mówią rozsądne rzeczy i jednocześnie robią głupoty.

Zdarzają się sporadycznie takie, w których goście mówią bzdury, lecz robią w miarę rozsądne rzeczy.

Bywają też – i one są niestety (niestety - dla umysłu) najczęstsze – takie, gdzie z polityków wychodzi i w sferze słów i w sferze działania jakaś trudna do określenia mieszanka.

Dwa rodzaje przypadków są jednak wyjątkowo rzadkie w demokratycznych systemach: pierwszy to ten, kiedy politycy mówią rozsądne rzeczy i je wdrażają w życie. (Dysponujemy niestety bardzo skromną dokumentacją takich wydarzeń, zapewne z tego względu, że większość świadków nie przeżywa tego fenomenu padając na zawał serca spowodowany szokiem).

Drugi z tych specyficznych przypadków dotyczy facetów, którzy robią bzdury i tłumaczą je bełkotem, tak jak czyni to obecny polski rząd1,2. W większości w miarę ugruntowanych demokracji europejskich faceci tacy wylatują z hukiem po pierwszej kadencji (by powrócić po krótkiej, wietrzącej pamięć wyborców przerwie).

Wywiad, jakiego udzielił „Gazecie Wybiórczej” Michał Boni - minister, który na szczęście wydaje się mało robić i przez to mieć dużo czasu, żeby mówić - jest tego przypadku sztandarową, od ostatniego piątku, ilustracją.

Min. Boni zbyt szczerze jak na polityka – ale pamiętajmy: to jest wyjątkowo niekompetentna ekipa - opisuje jak on i jego koledzy nic nie rozumieją z tego co się dzieje, następnie nie uzyskują pojęcia o tym, co robić i jak potem to, o czym nie uzyskali pojęcia nieskutecznie wprowadzają w życie.

Pretekstem dla tego obrazka polskiej demokracji w akcji jest niesławna umowa - chyba tylko Papież Internetu wie czego dotycząca – ACTA. Boni ma do niej podejście typowe dla jednej z podstawowych kategorii demokratycznego wyborcy; podejście śmiertelnie niebezpieczne, dodajmy. „Ufam politykom", deklaruje taki wyborca, "ufam instytucjom, ufam establishmentowi - zwłaszcza unijnemu”. Minister tak też broni wcześniejszego rządowego poparcia dla ACTA: „Komisja Europejska i prawnicy resortów patrzyli na tę umowę. Ona w olbrzymiej większości dotyczy walki z podróbkami”.

Boni miałby pełne prawo tak się bronić - gdyby był zwykłym obywatelem. Obywatele są skazani na elity w takich przypadkach (jedyny zarzut wobec nich to zdawanie się na niewłaściwy rodzaj elit), gdyż system jest zbyt skomplikowany, by mógł go ogarnąć człowiek, który ma na głowie rodzinę, pracę, podatki, zamarznięty akumulator, oszronioną szybę i teściową - w sumie, jak mówi znane powiedzenie: "Obywatel ma święte prawo do bycia politycznym idiotą". Michał Boni nie jest jednak przeciętnym obywatelem, delegującym elicie trudne decyzje - on jest członkiem rządu i jako taki powinien, poza wszystkim innym, wiedzieć choćby to, że aktów prawnych nie ocenia się na podstawie arytmetycznego bilansu dobrych i złych zapisów3.

Chwilę potem, kiedy dziennikarka „Wybiórczej” pyta – sadystycznie – o farsę związaną z ustawą refundacyjną, pada jedna z pereł tego wywiadu:

„ -Proszę pytać osób, które za to odpowiadają”
- Pan pytał?

-Chciałem to wiedzieć, minister zdrowia Bartosz Arłukowicz wyjaśniał. Jakoś nie było koncentracji na realizacji tego zadania”.

W tym momencie zaczynamy się zastanawiać czy jest mowa jedynie o nieogarniających sytuacji politykach czy też o klinicznych wariatach. Przypominamy sobie jednak jak w dość wczesnej części wywiadu min. Boni uspakaja rozmawiającą z nim red. Kublik, że raczej idzie o to pierwsze:

Ale rząd traci zaufanie a ma jeszcze przed sobą trudne reformy.
- Nie ma świadomej polityki tracenia zaufania 4.

W pewnym punkcie rozmowy, Boni - zauważywszy zapewne sam, że tak on jak i cały rząd ugryzł więcej niż potrafi przełknąć - decyduje się uciec w bezpieczną sferę meta-teorii i nierealnych, wielowiekowych planów (takich jak jego ulubiony: „Polska 3020”). Ponieważ tak szybko i sprawnie poradzono sobie ze wszystkimi innymi kwestiami, Boni proponuje zajęcie się niewinnym mega-projektem intelektualnym: „Ale powinniśmy z tego wszystkiego wyciągnąć lekcję, która polega na tym, że nie można stworzyć zapisu prawnego, który dotyczy tradycyjnej rzeczywistości, a trochę wchodzi w świat cyfrowy, bez przemyślenia, jak definiować problemy obszaru cyfrowego”.

Mniej więcej w połowie tak przebiegającego wywiadu oczekujemy, że po dewastującej krytyce własnego rządu i jego potencjału intelektualnego, Boni złoży uroczyście dymisję na ręce p. Kublik i zapowie, że dysponując takimi dowodami przeciwko własnej drużynie osobiście złoży wniosek o skierowanie jej przed jakąś komisję – dochodzeniową lub lekarską.

Tymczasem nie:

„Odpowiedzialność władzy polega m.in. na tym, by zidentyfikować błąd. Byłoby gorzej, gdybyśmy pełni pychy mówili: Cha, cha, nic się nie stało, ucichły protesty, bo jest mróz. Można było wybrać taki wariant i byli tacy, którzy suflowali takie rozwiązanie. Wybraliśmy wariant najtrudniejszy: przyznania się do błędu”.


I nie wiem jak wy, ale ja w tym momencie dałem się unieść wzruszeniu, podziwowi i wdzięczności – i nagle drobne niedoskonałości rządu Donalda Tuska zmalały do nieistotnych rozmiarów. A kiedy przypomniałem sobie to, co Boni mówił o swoim szefie kilka linijek wyżej, omal nie wybuchnąłem ze wzruszenia - i byłem święcie przekonany, że gdybym spotkał wtedy premiera, uścisnąłbym go pełen wdzięczności z całych sił … czy może udusiłbym? Te wszystkie emocje wywołują u mnie niebezpieczny zamęt – tracę spójność .... przepraszam, ale ...

Minister Cyfryzacji

Michał Boni

o wybitnym mężu stanu, Premierze,

Jego Ekscelencji

Donaldzie Tusku:


„Który z polskich premierów,

który z premierów na świecie!,

potrafił w tak trudnej sytuacji

powiedzieć:

Przepraszam?”


(to samo po cyfryzacji:)





1
Który przebija wszystkich: robi rzeczy wołające o Trybunał Stanu i wygaduje bzdury sprzeczne nie tylko z elementarną logiką lecz nawet z euklidesową geometrią. Polska w ogóle produkuje niestety więcej tego typu polityków niż jest w stanie sama skonsumowaćx.

2Obiecałem opanować te drobiazgi po tamtej butelce Beaujolais – i opanowałem. (Tak jak przypuszczałem, rzecz polegała na kliknięciu jednej ikony ukrytej gdzieś przemyślnie na ekranie. Zauważam od razu, że ten typ odnośników nadaje tekstowi pewną gravitasy).

3ACTA to podobno 45 artykułów i łatwo można sobie wyobrazić: B: „Donald, mamy tu taką amerykańską umowę. Na 45 artykułów 32 są niezłe, 5 jest złych a ośmiu nie rozumiemy. Podpisujemy?” D: „Na czterdzieści pięć aż 32 dobre? – nie ma się co zastanawiać!”

4Następne dwie linijki:

- To skąd ten spadek?
- Przez złośliwy przypadek i naszą nieumiejętność.

xza Lordem Palmerston: „Bałkany wytwarzają więcej historii, niż są w stanie skonsumować lokalnie.”

yo gravitas w kontekście polskim – wkrótcez .

z ale serio – to zaczyna wyglądać jak praca naukoważ.

ż co nie?