Thursday, 31 March 2011

Donald Donald



Przyśnił mi się jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Postać, która inspiruje mnie do dziś i której życiowy paradygmat z entuzjazmem i dużym balonem wystającym mi z ust przyjąłem.
W dramatycznej końcówce snu - szczegóły innym razem - Kaczor Donald okazał się ... Tuskiem.

Tusk działa, jak wiadomo, na pododobnej co Donald zasadzie: improwizuje; ściemnia; naciąga; udaje, że wie co robi, kiedy tak naprawdę nie ma kaczego pojęcia. Ustępuje jednak oryginałowi w tym, że w ogóle nie jest śmieszny.

Mimo, że znakomita farsa - kalecząc odrobinę Marksa - powtórzyła się jako kosztowna dla kraju tragedia, zrozumiałem, że przez tę nomenklaturową zbieżność nie mogę choć raz nie uśmiechnąć się na myśl o tej naszej ofermowatej szelmie*.

* i postanowiłem zobaczyć Donalda i inne sprawy w cieplejszych barwach. Dorzuciłem zatem trochę ciepłych barw do mojej ostatniej, nieco szorstkiej oceny.

Wednesday, 30 March 2011

Ujmujące chamstwo


Kiedy Waldemar Pawlak powtórzył niedawno włany bon mot o "wyciskaniu brukselek" (z Unii) i dorzucił nowy chyba o "pożytecznych" urzędnikach "produkujących śliczne, błyszczące euro" (dotacje), pomyślałem, że być może czas wybrać się do starego Bronka, wziąć na krechę litr jego nagradzanego na międzynarodowych konkursach bimbru i pogodzić się wreszcie z moimi chamskimi korzeniami.

Wśród ubijających na lewo i prawo prywatę polityków, jedynie ludowcy są honorowi: nie ubierają tego w patriotyczną szatę spiętą półinteligencką retoryką. A precyzyjniej: próbują, lecz robią to tak nieudolnie, bezczelnie przy tym puszczając do nas oko, że niechcący popadają w jakąś - mnie przynajmniej - rozbrajającą szczerość.

I do tego ten styl! Mówta co chceta, wy miejskie ęą, ale czy nie wolicie słuchać Leppera i - kiedy nie jest zahipnotyzowany - Pawlaka niż znających długie słówka Komorowskiego, Tuska czy Kaczyńskiego, którzy jednak mają poważne problemy ze zbudowaniem - choćby na spółkę - jednego mającego związek z rzeczywistością zdania? Kiedy mówią ludowcy, wiemy, od razu o co się rozchodzi. Przekaz jest prosty, zrozumiały i pilny: chcemy więcej kasy! I to jeszcze przed przednówkiem. O ile upraszcza to negocjacje.

Biorę więc bimber i idę ubiegać się o stołek kronikarza lokalnego kółka łowieckiego - celuję w chłopską burżuazję, a co! A że to będzie koło stołeczne - zasugeruję mimochodem polowania na posłów.

Obama: Yes, we can. Fail.

Zaczynam się uczyć mandaryńskiego.

Zupełnie niepotrzebne podstawienie nogi Anglii i Francji plus szokująca (choć coraz mniej z jego strony) niekompetencja Obamy w sprawie Libii potwierdza rację tych, którzy przyszłość Stanów Zjednoczonych i pośrednio Cywilizacji Zachodniej pod jego przywództwem widzieli czarno. Obamie grozi osiągnięcie - niewiarygodne! - poziomu naszego ukłonu w stronę amerykańskiej kreskówkowej farsy: polskiego Donalda (Tuska).

Jeśli szefowie najważniejszych potęg - z winy amerykańskiego prezydenta, trzeba im przyznać - Zachodu nie są w stanie skutecznie przeprowadzić kilku rozmów telefonicznych w sprawie trzecioligowego państwa i skoordynować sygnału wobec graczy w Libii, czego możemy się spodziewać kiedy wybuchnie kolejna wojna na Bliskim Wschodzie, Niemcy zajmą Dolny Śląsk po rozpadzie Unii, Indie zaatakują Pakistan lub Rosja Ukrainę?

Ta kompromitacja w oczach Chin, Indii, Brazylii, Turcji oraz Iranu będzie Zachód, w tym jego drugą ligę obejmującą Polskę, bardzo drogo kosztować.

Uniwersyteckie mity


W jednym z niedawnych wpisów wymknęła mi się nieopatrznie informacja, której obiecałem swojemu źródłu nie ujawniać. Przepraszam. To ta, że Wydział Prawa i Administracji jest co tydzień remontowany a całe jego wyposażenie wymieniane na nowe. Dowiedziałem się o tym od osoby - szczegółów oczywiście nie zdradzę - która jest rzekomo zaangażowana w zakrojone na na szeroką skalę badanie dotyczące uniwersyteckich mitów ("University Myths" - w międzynarodowej literaturze fachowej). Ten akurat okazał się prawdą, lecz badający odkryli kilka innych, które obecnie weryfikują:

Raz w miesiącu wszyscy wykładowcy Wydziału Filozofii zbierają się na strychu jego siedziby i czytają na głos Sumę Teologiczną.

Pomiędzy Uniwersytetem a Pałacem Prezydenckim biegnie podziemny tunel, dzięki któremu politycy mogą prywatnie zasięgać porad najwybitniejszych umysłów w kraju.

Tajny tunel łączący Uniwersytet i Pałac Prezydencki jest nieużywany.

Co roku odbywa się kultowa impreza zamknięta:
wybory Miss Mokrego Podkoszulka Gender Studies.

W każdy czwartek o 17.15 główną aleją kampusu uniwersyteckiego idzie w stronę Krakowskiego Przedmieścia
najładniejsza studentka uniwerku*.

Uniwersytet wydaje co roku ogromne pieniądze na niepublikowane badania, m.in. dotyczące uniwersyteckich mitów; zostają one każdorazowo odejmowane z budżetu przeznaczonego na modernizację Wydziału Socjologii.

(*To JEST mit. Wiem kto jest najładniejszą studentką i przynajmniej w część czwartków nie ma jej tam.)

Tuesday, 29 March 2011

Das Gewaltmonopol















Nie wykluczam, iż pojawiła się ostatnio w lokalnych komentarzach politycznych pewna intensywność, granicząca być może z - ukrytą gdzieś przemyślnie między wierszami - agresją.

Gdzie jest tego źródło? Definicja tematu może coś wyjaśnić: państwo to organizacja społeczna mająca monopol na przemoc (myśl brzmiąca - naturalnie - nieco lepiej po niemiecku: Gewaltmonopol des Staates; lub w innym, także ładnym ujęciu: das Monopollegitimen physischen Zwanges*)

Mam nadzieję teraz, że jeśli użyję okazjonalnie jednego nadliczbowego przymiotnika lub czegoś łagodnie wulgarnego będzie to, kurwa, zrozumiałe.


*Max Weber: "Politik als Beruf", wykład wygłoszony na Uniwersytecie Monachijskim w 1919 (a za oknami szalała rewolucja).

Kontakt wzrokowy


Rzuciłem po raz kolejny okiem na Bachusa i Ariadnę Tycjana, których swego czasu miałem szczęście oglądać regularnie w londyńskiej National Gallery. Nie chcę być banalny i wycinam wykrzykniki. Zwrócę jedynie waszą uwagę na jedno spojrzenie.

W orszaku Bachusa idzie komiczny pod kilkoma względami satyr wymachujący zwierzęcą nogą. Nie zważając na zgiełk i służbowy kontekst decyduje się wysłać jednej z bachantek niepasujące do swojego image i zaskakująco - w przyznaniu się do swojej słabości - szczere spojrzenie. Ta, ze schrzanioną przez Tycjana lub któregoś z pomocników dłonią, podejmuje wzrokowy kontakt. Nie sposób jednak zgadnąć jaki sygnał wysyła. Czy jest to "nic z tego nie będzie i jest mi dziwnie smutno", "coś z tego będzie i dlatego - patrząc na ciebie, drogi - jest mi dziwnie smutno" lub jeszcze coś innego? Ich kontakt wzrokowy jest częścią całego cyklu na tym płótnie.

Każdy patrzy tu na kogoś wymownie: oczy Bachusa ogłaszają, że mu odbiło: jest teraz skrajnie niebezpiecznym, zakochanym bogiem. Ariadna już uchwyciła to spojrzenie i natychmiast zawiązuje się nić. Dezerter Tezeusz jest już przeszłością, choć jej ciało goni go jeszcze rozpędem nagłego romansu i wspólnej nocy na statku (z którego - jeśli nie pamiętacie - kazał ją śpiącą przewieźć na wyspę i porzucić; do dziś psychologowie i historycy nie wiedzą dlaczego). Druga bachantka patrzy z ciekawością i prawie przyjaźnie i na nową żonę - skuteczność oświadczyn Bachusa jest blisko stu-procentowa - swojego guru (to taka niezgrabna aluzja do faktu, że byli niedawno razem w Indiach). Jest pewna, że wróci do niej wcześniej czy później, nie widać więc w jej oczach ani śladu spodziewanej zazdrości. Nawet gepardy są w siebie wpatrzone! Jeśli dla samego Bachusa rytuał jest mniej ważny niż prywatne namiętności, nikt w procesji nie ma zamiaru być świętszy niż bóg.

Jedynie mały satyrek ze swoją uroczą zabawką nie ładuje się w żadne komplikacjogenne relacje i ma czas dla nas. Chyba że właśnie dostrzegł wśród zwiedzających jakąś uroczą przedszkolankę.

PS Dwie ciekawostki. Obraz został najpierw zlecony Rafaelowi, ten jednak miał inne zobowiązania (wobec Stwórcy). Na pierwszym planie zmaga się z wężami muskularny mężczyzna, który sprawia wrażenie jakby był częścią desantu z innego dzieła sztuki. I jest. Z jakiego - dojdźcie sami.

Sunday, 27 March 2011

Przegląd lokalnej polityczki




Czy ich, stokrotki , zupełnie fiołki?




Czy ich, stokrotki , zupełnie fiołki?

Ojczyzna jest na skraju chabrów (lub już bez, lecz o tym jeszcze nie wiemy); instytucje państwowe są w różach; sądy mają takie zaległości, że zajmują się jeszcze sprawami z okresu PRL; prawo jest nieograrnialnym - nawet przez dywizjię powracających z frontu żołnierzy - bławatkiem; bezrobocie jest wciąż dziurawcem (podobnie biurokracja), zarobki pachnącą dalią a przedsiębiorczość wciąż aktywnie begonia.

A tymczasem, cyklamen ...

... ktoś rozmawia w telewizji o tym, że Jarosław Kaczyński zrobił zakupy. Nawet jeden z uczestników znudził się w końcu i ... po pół godziny zauważa, że na poważnej konferencji PiSu – bo takie rzekomo też są - o OFE zjawiło się ... trzech (cyfra: 3, III, Eng: three) dziennikarzy. (Brawo, hortensja dziennikarze! W rankingach społecznych przebiśniegów jesteście na drugim miejscu, po politykach.)

... gdzieś indziej na falach bredzi coś pierwszy irys polskiej polityki Niesiołowski (przy okazji też pierwszy przebiśnieg). Jak to, lilie, jest możliwe, żeby ten genetycznie tulipan komentował w mediach co drugie wydarzenie i nie-wydarzenie w naszym kraju? Czy tylko dlatego, że są równie pelargonie jak on?

... w Wybiórczej coś o logo PJN. Co to, żonkil , jest PJN? Czy możemy pogadać o stanie państwa zamiast o jakimś wyimaginowanym PJN?

... inne źródło podaje, że nasturcje z Brukseli w ramach promocji gospodarki nakazowo-rozdzielczej zabrali się jakiś czas temu za centralne sterowanie rynkiem cukru i wydali prikaz obniżenia produkcji na Starym Kontynencie o 15%. I zrobiło się gorzko. Wniosek jaki wyciąga ‘kaczyńce’ premiera pan Donald? Prosi Centralę w Brukseli o … interwencję przeciw spekulantom!

Panie Donald, ty bluszczu - Bruksela i rząd, na którego czele masz szanowny Panie stać (ale fiołki, fuksje) to najwięksi spekulanci w okolicy. Rynki próbują jedynie sobie z szanownymi wami jakoś radzić. Kapujesz, goździk? Nie? Tak się spodziewałem, prawdę - gerber - mówiąc.


... ktoś inny właśnie dzwoni do storczyki TVN-owskiego Szkła Kontaktowego (po jaką begonię ja to oglądam?) i chwali poziom rozmowy Tuska z redaktorem Playboya i wybranych artystów (w jakim innym trzecioligowym państwie - o pierwszoligowych i drugoligowych nie mówię, bo nas nie dotyczą - programy publicystyczne daje się prowadzić redaktorom Playboya?). Bzdura! Meller zmarnował okazję zrobienia czegoś dla Polski - przez cały program powinien cyklamen głową Tuska o stół. Nie ma zbyt dużej szansy na poprawę, ale może warto by przynajmniej temu szanownemu gościowi - którego ambicje tak tragicznie przerosły możliwości - dać szansę?


Ojczyzna jest na skraju chabrów (lub już bez, lecz o tym jeszcze nie wiemy); instytucje państwowe są w różach; sądy mają takie zaległości, że zajmują się jeszcze sprawami z okresu PRL; prawo jest nieograrnialnym - nawet przez dywizjię powracających z frontu żołnierzy - bławatkiem; bezrobocie jest wciąż dziurawcem (podobnie biurokracja), zarobki pachnącą dalią a przedsiębiorczość wciąż aktywnie begonia.

A tymczasem, cyklamen ...

... ktoś rozmawia w telewizji o tym, że Jarosław Kaczyński zrobił zakupy. Nawet jeden z uczestników znudził się w końcu i ... po pół godziny zauważa, że na poważnej konferencji PiSu – bo takie rzekomo też są - o OFE zjawiło się ... trzech (cyfra: 3, III, Eng: three) dziennikarzy. (Brawo, hortensja dziennikarze! W rankingach społecznych przebiśniegów jesteście na drugim miejscu, po politykach.)

... gdzieś indziej na falach bredzi coś pierwszy irys polskiej polityki Niesiołowski (przy okazji też pierwszy przebiśnieg). Jak to, lilie, jest możliwe, żeby ten genetycznie tulipan komentował w mediach co drugie wydarzenie i nie-wydarzenie w naszym kraju? Czy tylko dlatego, że są równie pelargonie jak on?

... w Wybiórczej coś o logo PJN. Co to, żonkil , jest PJN? Czy możemy pogadać o stanie państwa zamiast o jakimś wyimaginowanym PJN?

... inne źródło podaje, że nasturcje z Brukseli w ramach promocji gospodarki nakazowo-rozdzielczej zabrali się jakiś czas temu za centralne sterowanie rynkiem cukru i wydali prikaz obniżenia produkcji na Starym Kontynencie o 15%. I zrobiło się gorzko. Wniosek jaki wyciąga ‘kaczyńce’ premiera pan Donald? Prosi Centralę w Brukseli o … interwencję przeciw spekulantom!

Panie Donald, ty bluszczu - Bruksela i rząd, na którego czele masz szanowny Panie stać (ale fiołki, fuksje) to najwięksi spekulanci w okolicy. Rynki próbują jedynie sobie z szanownymi wami jakoś radzić. Kapujesz, goździk? Nie? Tak się spodziewałem, prawdę - gerber - mówiąc.

... ktoś inny właśnie dzwoni do storczyki TVN-owskiego Szkła Kontaktowego (po jaką begonię ja to oglądam?) i chwali poziom rozmowy Tuska z redaktorem Playboya i wybranych artystów (w jakim innym trzecioligowym państwie - o pierwszoligowych i drugoligowych nie mówię, bo nas nie dotyczą - programy publicystyczne daje się prowadzić redaktorom Playboya?). Bzdura! Meller zmarnował okazję zrobienia czegoś dla Polski - przez cały program powinien cyklamen głową Tuska o stół. Nie ma zbyt dużej szansy na poprawę, ale może warto by przynajmniej temu szanownemu gościowi - którego ambicje tak tragicznie przerosły możliwości - dać szansę?

Saturday, 26 March 2011

Regulatory Impact Analysis

Postanowiłem złożyć wizytę uniwersyteckiej klasie posiadającej i stwierdziłem, że Rektor ma rację praktykując inwestycyjny sceptycyzm wobec Wydziału Filozofii: uprawianie drugiej co do rangi, po Historii Rock'n'Rolla, nauki nie byłoby możliwe w miejscu gdzie nie widać upływu czasu i działa klimatyzacja. Wszytko na Wydziale Prawa i Administracji wydaje się bowiem nierealnie nowe, wypasione, działające i zapewne wymieniane co tydzień. Wejście tam daje poczucie wstąpienia do infrastrukturalnego Elizjum; a w Elizjum jak wiadomo filozofia jest już zbyteczna, gdyż została zastąpiona swoim celem: komfortem. Pretekstem wizyty u moich burżuazyjnych kolegów był wykład dr Wojciecha Rogowskiego z SGH i Instytutu Ekonomicznego NBP, który był gościem Koła Naukowego Analizy Prawa "Ratio Legis".

Zaproszenie zaczynało się "Ile kosztuje ustawa?" i w przekonaniu, że jest to idealny wstęp do niuansów naszej lokalnej polityki, zachęciłem do udziału dwóch młodzieńców o skłonnościach politycznych: "Wpadnijcie koniecznie, temat jest gorący - korupcja w Sejmie: jak załatwić sobie ustawę". Przyszli, lecz byli nieco zawiedzeni. Reszta informacji, której nie doczytałem, brzmiała: "Ocena Skutków Regulacji: geneza, metodologia, praktyka" i rzecz dotyczyła b. pożytecznej procedury wprowadzonej u nas po wejściu naszego kraju do OECD. Nie biorę jednak całej winy za nadinterpretację tytułu - zaglądam przecież czasem do gazet (robię to ukradkiem, gdyż przecież nie wypada interesować się tak wulgarnymi sprawami jak polska polityka). Cieszę się mimo wszystko, że moi młodzi znajomi zajrzeli: zrozumieli ile trudnej i nudnej wiedzy trzeba wchłonąć, żeby zostać prawnikiem. Nie jeździ się najnowszym modelem BMW za friko.

Wykładowca, po świetnym, dynamicznym wstępie, zrzucił nam na głowę stertę niezwykle ważnych i męczących informacji. Dr Rogowski jest wyjątkowo kompetentną osobą do ich zwalania na głowę, gdyż siedzi w tych kwetiach po uszy - przygotowywał m.in. ocenę ustawy o kultowych już chyba OFE. Dane pokazywały, że kiedy wprowadzono omawianą procedurę jej wykonanie graniczyło z dowcipem, lecz nastąpił zdecydowany postęp i dziś jest to już kompletny dowcip. (Odwołuję i przepraszam - to głupi żart, nie mogłem się powstrzymać. Postęp nastąpił w kierunku ODDALAJĄCYM OD DOWCIPU. Chyba piszę to zbyt późno).

Czy jednak - "Zaczyna się!", słyszę. Tak, zaczyna się. - postęp ten jest adekwatny do prędkości tworzenia prawnego bałaganu w Polsce? Nie jest. "Analizy kosztów i skutków ustaw są jeszcze dalekie od zadowalających. Poza tym nie obejmują szeregu typów ustaw, np. poselskich. Rząd korzysta z tej furtki". Co gorsze, na pytanie czy robione są analizy trafności ocen post factum, padła odpowiedź, że nie. "Losy OFE", zauważył dr Rogowski, "są idealnym przypadkiem do takiej analizy. I powinna ona powstać jak najszybciej. Problem w tym, że przypuszczalnie pojawi się ona prędzej w ... Oxfordzie niż w Polsce".

Wykład i krótka dyskusja po nim emanowały atmosferę oświeconego, że tak powiem, pesymizmu charakterystycznego dla spotkań osób, u których poziom wiedzy jest zbyt wysoki zarówno na optymizm jak i ordynarny pesymizm. Zdecydowanie dobrze jednak było zobaczyć grupę zdolnych i ambitnych studentów, którzy byli gotowi oddać swój cenny czas - który w idealnym świecie, bez Sejmu i przestępców, byłby poświęcony ustawowemu piwu - na zdobywanie zaawansowanej wiedzy o chaotycznym wulkanie, który wyrzuca z siebie polskie prawo.

Ich wiedza, dobre chęci a potem sumienna praca zderzą się jednak z demokracją. Dr Wiesław Staśkiewicz (Wydział Prawa i Administracji UW), w znakomitym zamknięciu zwrócił uwagę, że "przeciętnie wdrożenie się w nowe funkcje zajmuje nowej ekipie rządzącej półtora roku. To samo dotyczy posłów". Zostaliśmy jednak potraktowani łagodnie, gdyż dr Staśkiewicz nie przypomniał nam, że ostatni okres kadencji, zwłaszcza mającej się zakończyć wyborczą porażką, jest z pewnością poświęcany przez niektórych - w Polsce z pewnością bardzo nielicznych ;) - polityków na załatwianie szwagrowi i sobie awaryjnych stanowisk w zarządach spółek, teściowi fotela w jakiejś radzie nadzorczej, a kilku zasłużonym dla kraju znajomym pomniejszych synekur, by zapewnić sobie w województwie, a w najgorszym wypadku w powiecie, długowieczną sławę męża stanu*.

*Vide: wiedza ludowa z Mazowsza lub Public Choice z University of Chicago

Lilia lub wino* na depresję (*chłodne zwalcza, ciepłe wywołuje)

Zaniepokojony niezdrowymi pogłoskami krążącymi ponoć w środowisku neuropschychiatrów, samych psychiatrów oraz psychologów, że alkohol nie jest eliksirem na depresję, wkręciłem się na krzywy ryj na konferencję dotyczącą Cymbalty, antydepresyjnego leku produkowanego przez farmaceutycznego giganta Eli Lilly (i zostałem Panem Doktorem; ach, ten urok tytułów - "Panie Doktorze to", "Panie Doktorze tamto").

Profesor Jerzy Vetulani, znany neurobiolog i psychofarmakolog a niegdyś konferansjer w krakowskiej Piwnicy Pod Baranami, wprowadził temat z dużym rozmachem i jeszcze większym tempem - przez pół godziny nie postawił ani jednej kropki i zaledwie kilka przecinków. Zapytałem po jego prezentacji jak do metod klinicznych i farmakologicznych mają się psychoterapeutyczne, nieingerencyjne alternatywy. "Osiągają takie same rezultaty. Ciało i duch są jednym - każda zmiana w umyśle prowadzi do zmian w ciele; każda zmiana w ciele prowadzi do zmian w umyśle", odpowiedział. Mogę się mylić, lecz przedstawiciel Lilly odwrócił się w moją stronę i wydawał się wstrzykiwać mi wzrokiem znacznie wyższą niż dozwolona dawkę Cymbalty.

W przerwie wyciągnąłem z profesora Vetulaniego kilka wyznań filozoficznych. "Czy dopuszcza pan w możliwość istnienia niezależnego od ciała intelektu?", zapytałem. "Nie wykluczam tego, lecz nawet gdyby taka inteligencja istniała, nie miałaby żadnych możliwości wyrażania się. Najbliższy jest mi monizm Spinozy: materia i duch to dwa aspetky tej samej rzeczywistości."

Wyszedłem z konferencji w bardzo złym stanie psychicznym. Winne (nomen-omen) były aspekty somatyczne. Mało mnie już dziwi, lecz wciąż coś wkurza, zwłaszcza jedna rzecz jest eliksirem na moje dobre samopoczucie (tzn. zawsze je rujnuje): tanie, słodkie białe wino. Serwowane na gorąco. By wino miało prawo być słodkie musi mieć dobre - bardzo dobre - usprawiedliwienie a to nie tylko, że go nie miało, ale nawet nie wiedziało o co je pytam.

Zastanawiam się więc czy nie wysłać Lilly propozycji stworzenia stanowiska Chief Wine Executive i nie zaproponować im swojej kandydatury (moje CV jest pod tym kątem adekwatne; a jako dodatkowy atut - wiem coś o depresji). Jestem pewien, że marnują miliony dolarów na głupsze rzeczy.

Friday, 25 March 2011

*

McTaggart - ten, który nie wierzył w czas - twierdził, że cały świat tworzą jedynie połączone miłością dusze.

Pewnego zimowego dnia - posiłkując się idealizmem, religią, życiem oraz winem - sam zacząłem iść w tym kierunku. Zauważcie, że im więcej dowiadujemy się o materii, tym mniej jej zostaje. Na pewnym etapie nie sposób jej nawet pokazać palcem, a w każdym razie nim przydusić. Coraz mniej się liczy się ona sama a coraz więcej to jak jeden ledwo, ledwo - że tak powiem - istniejący klocek materii współgra z innymi omal nieistniejącymi klockami materii. (Tak więc wy wszyscy, którzy zaraz po przeczytaniu tego wpisu rzucicie się na wasze - lub nie wasze - żony, konkubiny czy też kochanki pomyślcie tylko: ta kształtna materia, na której punkcie wam odbija jest, suma sumarum, tak niesamowicie małą drobinką, że nawet mózg obecnego rządu jest od niej większy! Zostawszy w jakiś cudowny sposób rozdmuchana do objętości jaką ma, jest tak rozproszona, niesolidna i praktycznie pusta, że można ją zapewne w byle jakim miejscu bezkarnie przeszyć.)

Hardware zatem prawie zanika, a na scenie wszechświata swój wielki popis ma software. Ponieważ - tu odwołuję się do religii - Miłość, która zdecydowanie nie jest hardware, wypuściła na rynek oba, kusi, żeby pójść krok dalej i uznać, że hardware jest tylko jakąś pochodną software; że motyw jest treścią; że natura tego co powstało jest taka jak Tego co tworzyło. Nie brzmi to może zbyt arystotelesowsko (a Arystoteles jest, jak wszyscy wiedzą, kryterium prawdy), ale zapewniam Was, że w trakcie drugiej butelki czerwonego ta wizja zaczyna nabierać rąk i nóg.

Wychodząc zatem od miłości jako naczelnej siły napędowej świata (mało oryginalne), idąc poprzez miłość jako niezbędny warunek istnienia (nieco odważniejsze), zaczynam rozważać miłość jako jedyne co, pluralistycznie, istnieje a wszystko inne jako iluzję. Teraz zaczyna się to robić przyzwoicie szalone. W końcu najwyższa pora, żeby mi, chrześcijaninowi na punkcie miłości odbiło.

Thursday, 24 March 2011

Jest już 2011. Porozmawiajmy, błagam, o podatkach.

Wszystko - wolno lub szybko, prosto lub krzywo, radośnie lub boleśnie, drogo lub tanio, z happy endem lub samobójstwem - prowadzi do prawdy (lub do miłości, która może okazać się prawdą - na starość zaczyna mi odbijać, tak jak McTaggartowi*).

Wielokrotnie byłem świadkiem jak po najbardziej nawet nieludzkim starcie w duchu filozofii analitycznej przy mecie dochodzono do bardzo sexy, scholastycznych kwestii. Dyskutując ostatnio z grupą młodych-zdolnych kwestię umysł/ciało zdałem sobie jednak sprawę, że powyższe myślenie pozwala łatwo wpaść w pożerające czas - i niekiedy zastawiane świadomie - pułapki.

Wbrew pozorom, którym kontakt z 'wiecznymi' pytaniami sprzyja, szybkość postępu jest ważna. Filozofia bowiem to nie matematyka - nie trwa wiecznie, jest ścisłe powiązana z czasem i materią. Nasza osobista skończy się z naszą śmiercią, ta przez duże 'F' - wraz z końcem tego etapu ludzkości.

Czas który podarowaliśmy - w bardzo ciekawej rozmowie! - absurdalnym pomysłom redukcji naszych myśli do wewnątrzmózgowej elektroniki mógł zostać poświęcony transcenedentaliom, etyce nikomachejskiej lub nawet - tak, pozostaję niepoprawnym romantykiem - podatkom.

*dorzucę później - muszę łapać 506, by pogadać o Tertulianie, świeć Panie jego duszy!

Wednesday, 23 March 2011

"Ale czy ma ekscytować?"

Po niedawnej konferencji naukowej* na temat wielkiego polskiego logika Kazimierza Ajdukiewicza, dogoniłem prof. Adama Nowaczyka licząc na więcej anegdot o 'Cesarzu' - jak czasem Ajdukiewicz sam siebie nazywał - polskiej logiki. Nie zawiodłem się co do smakołyków (Quine usłyszał od Ajdukiewicza taki oto komentarz o swoim fundamentalnym poglądzie: "Proszę przyznać - pan tak naprawdę nie wierzy, że zdania syntetyczne i analityczne są tym samym!"), ale nie to zostanie mi w pamięci z mojej krótkiej rozmowy z filozofem z Łodzi.

Idąc wolnym krokiem zalanym słońcem dziedzińcem starej Biblioteki a potem Krakowskim Przedmieściem rozmawialiśmy m.in. o pomyśle bardziej nieformalnych spotkań starszych naukowców i filozofów ze studentami. Zachęcałem, żeby mój rozmówca zgodził się być gościem specjalnym. Rozpędziłem się i zapomniałem, że mówię do analityka. "Mógłby pan podzielić czymś bardziej osobistym, np. tym co pana w nauce i filozofii ekscytuje". Zatrzymaliśmy się przy Koperniku trzymającym nieruchomą, tutaj przynajmniej, ziemię. Profesor przeszył mnie swoimi niezrozumiale pogodnymi, prawie młodymi, błękitnymi oczami. "Ale czy ma ekscytować?", zapytał. Pożegnaliśmy się. On ruszył w stronę Powiśla, zapewne w poszukiwaniu romantycznych wspomnień ze swoich studenckich, warszawskich czasów; a mnie na szczęście nogi same poprowadziły do starej Biblioteki, gdyż umysł wciąż dochodził do siebie po tym ataku na mój fundamentalny nielogiczny aksjomat.

*K. Ajdukiewicz: Język i Poznanie; zorganizowana na UW przez Koło Filozofii Analitycznej MISH UW oraz Ośrodek Badań Filozoficznych.

Thursday, 17 March 2011

Kto zwinął wiosnę?

Kto zabrał wiosnę?

A jeśli to ona zamierza bawić się w chowanego, przeliczy się. Nie wchodzę w żadne niepoważne gierki - czekałem kilkanaście miesięcy (czy ile tam trwała zima w tym roku) i kilka kolejnych nie zrobi mi już zbyt dużej różnicy.

Nawiasem mówiąc, przychodząc tym razem - a
raczej przechodząc, wydaje się teraz -
podsunęła mi argument przeciw idealizmowi i racjonalizmowi: jeśli jest tak jak twierdzą, i do poznania wystarczają umysł i idee, to dlaczego ponownie spotkana wiosna działa na nas zupełnie, zupełnie inaczej niż ponownie spotkane twierdzenie Pitagorasa?

(Może i banalne, ale czyż nie wiosenne?)

Wednesday, 16 March 2011

Odwaga oceny, tchórzostwo wizji

Jeszcze w ubiegłym tygodniu byłem święcie przekonany, że trudno przebić moją tak niską, że aż boli opinię o dzisiejszym państwie polskim. Ale w poniedziałek poznałem kilku profesorów, którzy to bez trudu osiągnęli. W ramach dyskusji (zorganizowanej przez Koło Młodych Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Filozofii Prawa i Filozofii Społecznej) prof. Jerzy Kwaśniewski (Wydział Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji UW), dr Wiesław Staśkiewicz (Wydział Prawa i Administracji UW), prof. Andrzej Kojder (Wydział Prawa i Administracji UW) - jako moderator dyskusji - oraz sędzia Trybunału Konstytucyjnego Mirosław Wyrzykowski oraz współgospodarz spotkania, prof. Tomasz Stawecki (Kierownik Katedry Filozofii Prawa i Nauki o Państwie) zarysowało tak czarny obraz, że zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem do tej pory nie byłem optymistą. Oto kilka - całość przytłoczyłaby Was - treściwych opinii. Pamiętajcie, że nie pochodzą one od fundamentalistycznej, niszowej sekty politycznej, lecz przedstawicieli establishmentu:

"Dzisiejszy poziom patologii systemowych w Polsce jest taki jak za PRL-u. Są to inne patologie, lecz ich ilość jest podobna."

"Żadna ekipa rządząca nie zajęła się patologiami w ramach jakiegoś konsekwnentego programu naprawy państwa."

"Mamy post-totalitarną subkulturę biurokratyczną."

"Wolę już PRL-owskie plany 5-cio letnie niż opowiadania min. Boniego o Polsce w roku 2030. Władza nie ma pojęcia co się wydarzy za dwa lata a udaje, że może wiedzieć co będzie za dwadzieścia lat."

"Żyję już 60 lat i nigdy nie żyłem w Polsce w innym systemie niż patologiczny."

"Nowelizacja ustaw jest niekontrolowaną, praktycznie pozaproceduralną działalnością ustawodawczą."

"Przez dwadzieścia lat Polska nie dorobiła się służby cywilnej."

"Czarna magia procedur."

"Społeczeństwo nie ma szans, by oswoić się z prawem, gdyż to zmienia się w tempie niemożliwym do śledzenia." [A tym samym chyba i do przestrzegania? - moje]

Potwierdziłem - w części otwartej - szanownym profesorom, że zrozumiałem ich naukowo wyrażony apel o zamach stanu i poprosiłem o ich oświecone sugestie kto miałby go dokonać i na jaki system miałby zostać zmieniony ten, na którym nie zostawili suchej nitki (społeczeństwo też nie uszło bez razów, lecz tu środki zaradcze byłyby nieco bardziej skomplikowane). Niestety odwaga oceny nie przełożyła się na śmiałość wizji, nie mówiąc już o akcji, i usłyszałem zapewnienia, iż "nie jesteśmy kółkiem spiskowym" oraz zarzut przypisywania panelowi niecnych intencji: "pana uwaga przypomina mi oskarżenie, jakie usłyszałem w czasach PRL-u, kiedy wraz z kolegami przygotowałem krytyczną analizę pewnych aspektów tamtego systemu. Zarzucono nam, że chcemy obalać socjalizm", powiedział prof. Kwaśniewski.

A nie chciał Pan?

New Wave?

Japonia tkwi od lat w maraźmie. Sklerotyczna koalicja etatyzmu, socjalizmu, niezdrowych układów polityczno-biznesowych, papierosowego dymu (który im podobno w ogóle nie szkodzi!) i okropnej sake ciąży nad wyspami jak depresyjna chmura. Pogarsza sytuację fakt, że Japonia przegapiła religię. Jej zagubiony duch kołacze się pomiędzy ślepym zaułkiem Shintō a letargicznym buddyzmem, tęskniąc za misją, ryzykiem, walką, podnieceniem, nowością (nie mówimy o tej banalnej - technologicznej).

Czy ostatnie wydarzenia okażą się dla Japończyków błogosławieństwem, które ich naszło w tragicznej masce? Czy odbudowa kraju ze zniszczeń będzie impulsem do otwarcia tych tak niepokojąco egzotycznych i hermetycznych wysp na wolność i ryzyko czy też pretekstem dla etatystów, by mocniej zacisnąć swoje zamieniające społeczeństwa w zombie macki na gardle narodu, który dopiero co wynurzył się spod wody?

Tuesday, 15 March 2011

Analityczna

Od dawna gryzło mnie to: moje lekceważenie filozofii analitycznej jako logiki, która zerwała się ze smyczy nie mogło być całkowicie słuszne. I nie było. Te wszystkie skrupulatne, intensywne, w porywach obsesyjne analizy i syntezy - zbyt meta-meta-meta... lub sub-sub-sub ... w stosunku do bytu by mogły być pełnokrwistą filozofią - nabierają zupełnie innego, przyprawiającego o dreszcz sensu w połączeniu z ... Teologią. Pierwszy Logik sprawia, że mają bezpośrednie i spektakularne przełożenie na Wszechświat: niuans interpretacji zamienia Syriusza w czarną dziurę* a status ontologiczny pegaza zależy od tego czy Pierwszy chciał, żeby jego myśl była intensjonalnie prawdziwa.

*coś co nauka (także ta materialistyczna i pozytywistyczna) uznaje, a czego nigdy - z definicji - nie da się zaobserwować. Być może warto rozważyć tę technikę tu i tam?

Monday, 14 March 2011

Zachwyt nad niezłą sztuką

Mała grupka stała na przystanku.

Nie cierpiąca na niedobór kształtu, mająca czym chodzić 30-stka była zajęta rozmową przez telefon. Dwóch facetów, jej kolegów chyba, wpatrywało się w nią bardzo intensywnie z odległości nie respektującej prywatności rozmowy i z aż zbyt widoczną przyjemnością - nawet na moment nie odrywali od niej wzroku.

Był w ich oczach czysty zachwyt nad pięknem, lecz dominował bezczelnie czytelny akcent pragmatyczny: tak jakby patrzyli na Tycjana, lecz jednocześnie byli przekonani, że można go zabrać do domu oraz (niekoniecznie oni, lecz najchętniej - tak) zjeść.

Po minucie lub dwóch nadjechał autobus. Kobieta zakończyła rozmowę, rzuciła facetom upomnienie oczami, złagodzone dzięki ich bezsłownemu komplementowi, i ruszyła do drzwi. Mężczyźni .... pozostali na przystanku, odprowadzili ją jedynie szarmancko wzrokiem.

Kiedy autobus odjechał, popatrzyli na siebie porozumiewawczo: ten zastrzyk przypadkowo spotkanego piękna wystarczy im na długo, a przy odrobinie szczęścia po południu może trafią na jakiegoś Bronzino.

Skok na aptekę Wendego

Szwendałem się wczoraj bez celu - uderzony potężnie w głowę wiosną - po Krakowskim Przedmieściu i trafiłem na tablicę upamiętniającą pewne okupacyjne wydarzenie. Krótko przed wybuchem Powstania Warszawskiego, grupa AK-owców wpadła do mającej niemieckich właścicieli apteki i zabrała stamdąd dużą ilość leków, które zostały potem wykorzystane przez powstańczych lekarzy i sanitariuszy. Poczułem się upokorzony.

To o czym kazała mi pamiętać ta tablica jest tak odległe od aspiracji obywatela wielkiego i silnego kiedyś państwa: oczekiwałem przypomnienia, że w tym budynku urodził się generał, który rzucił rosyjskie wojsko na kolana pod Sankt Petersburgiem; gubernator polskiej kolonii w zachodniej Afryce lub że w 1975 założono w nim zakład zegarmistrzowski, który rozrósł się w firmę, która właśnie przejmuje Nokię.

Tymczasem dowiedziałem się, że na progu szalonego, nieprzygotowanego i z góry skazanego na tragiczną porażkę zrywu przeciw okupantowi, który w dwa tygodnie zajął mój - niepodległy zaledwie od dwudziestu lat po ponad stuletniej nieobecności na mapie - kraj, grupa uzbrojonych mężczyzn skierowała lufy w stronę aptekarzy i zabrała tonę leków z miejsca przy ruchliwej stołecznej ulicy. Pół wieku później ktoś inny decyduje, że skok na sklep jest godny rozgłaszania wśród kolejnych pokoleń Polaków oraz przygodnych chmar zagranicznych turystów.

Do upokorzenia wynikającego z bycia mną, dochodzi to z bycia Polakiem. Najwidoczniej więc udaję tylko, że jestem chrześcijaninem, gdyż nie ma przecież mowy, żebym był w stanie nieść trzy krzyże.

(Ale po przestawieniu ostrości w obiektywie, coś się da z tym tym zrobić, czyż nie?)