Monday, 30 April 2012

Summer wine




Summer Wine

The sunshine relentlessly
packs the terroir into you,
summer stuff grabs by the heart  -
as if you might be picked up
this night.

Ah, that maddening blend,
so ripe in your summer loins -
the skin, the flesh and the seed...
man!, put your shades on, relax;
or mature.


'Cause that naked blooming chick
of phylloxera smirks there,
behind an ancient drunk thought -
spray the bitch cold: she's a harvest
killer.

And now get a tan and grow,
so that when the tasting comes,
the judge can take just one sip,
gurgle you ways and declare:
"Let's think…"

…and then, with a proper gulp,
after long hesitation:
 maybe note  "Definitely
no Vosne-Romanée, butwell,
drinkable."

Sunday, 29 April 2012

Poznaj Boga, poznaj siebie





"Poznaj siebie!"  Te pełne powagi słowa witały starożytnych Greków u wejścia do świątyni Apolla Pytyjskiego. A mądry, stary Montaigne mawiał, że wolałby znać dobrze siebie niż Cycerona. I Grecy, i Montaigne mieli rację, ale nikt nie zrozumie w pełni siebie samego jeśli nie zrozumie innych.

W tak prosty i trafny sposób zaczyna się przypadkowa[1] w moim życiu książka duńskiego antropologa Kaja Birketa-Smitha "Ścieżki kultury"[2].

W początkowej refleksji na temat istoty antropologii kultury, etnografii czy też etnologii (bogactwo nazewnictwa antropologii i jej aspektów dobrze chyba oddaje złożoność tematu) Duńczyk zauważa, że każda szanująca się nauka wyprowadza swoje początki od Herodota, a co najmniej Arystotelesa[3], ale w przypadku etnografii jest gotowy cofnąć się jeszcze dalej: "lecz jeśli wiek jest znamieniem dystynkcji, etnografia może rościć sobie pretensje do jeszcze większego dostojeństwa. Pierwszy człowiek z epoki kamienia, który wraz z członkami swego plemienia siedział przy ognisku[4] i rozśmieszał ich opowiadaniem o komicznych, trudnych do uwierzenia zwyczajach sąsiednich hord, był - w pewnym sensie - ojcem etnografii - to znaczy nauki opisywania ludzkości”. Przyznam, że po raz pierwszy spotkałem się z wizją człowieka pierwotnego opowiadającego anegdoty i wizja ta spodobała mi się bardzo -  i także rozśmieszyła.

Wkrótce czytam kolejny ujmujący fragment: Knut Rasmussen ujrzał kiedyś w polarnych okolicach bieguna magnetycznego małych Eskimosów bawiących się w szamanów. A kiedy zapytał rodziców dzieci, czy nie jest to profanacją mocy , które skądinąd budzą ich lęk i trwogę, odpowiedzieli mu że  duchy też znają się na żartach.

Żarty żartami a w międzyczasie Jezuici cały czas (no, może z krótką przerwą na kasację zakonu) pobożnie i sumiennie kochali, poznawali i budowali, co Birket-Smith profesjonalnie odnotował:


Pierwszy jednak krok na drodze badań etnograficznych zrobił francuski jezuita Józef Franciszek Lafitau, działający jako misjonarz wśród Indian Kanady w pierwszej połowie XVII w. Ojca Lafitau, który miał wykształcenie klasyczne, musiało uderzyć podobieństwo między wieloma obyczajami starożytnych i jego czerwonoskórych owieczek. 


Rezultatem była słynna praca „Moeurs des sauvages amériquains, comparées aux moeurs des premiers temps”  (1724) (Obyczaje amerykańskich dzikich, w porównaniu z obyczajami najwcześniejszego okresu). Dla niego prymitywne ludy to już nie "barbarzyńscy" czy "żyjące kurioza", lecz dla niego to ludzie, odzwierciedlający w swym sposobie życia stopnie kultury , przez które sami przeszliśmy. Z czasem ten punkt widzenia przyjął się w kołach historyków.

Z satysfakcją i radością przyjąłem zasłużony komplement dla przedstawiciela Kościoła Katolickiego, który był przecież w naturalny sposób, można by powiedzieć, predysponowany do tak trafnego - i dla wielu przełomowego spojrzenia –  na ludzi. Następnie natrafiam na postać, która w pierwszej chwili wydaje się być Leibnizem powracającym jako swoja własna farsa (choć chciałbym uniknąć sugestii, że ten pierwszy był tragedią… hmm - czego nie da się zrobić bez zrujnowania tej marksistowskiej analogii; ale co tam - to przecież tylko blog).

Wymieniając wczesnych antropologów, autor wspomina Adolfa Bastiana, dziewiętnastowiecznego niemieckiego lekarza, człowieka, któremu cały świat pod względem intelektualnym i fizycznym nie był obcy. W swoich zadziwiający pracach położył podwaliny pod ogólną interpretację kultury. Relacje z podróży, wnioski z własnych obserwacji, cytaty z ogromnej literatury, jaką przeczytał i wysunięte przeze niego teorie kotłują się w pstrym wirze, przy tym podane są tak niezręcznie, iż złośliwi, nie bez słuszności, obdarzyli Bastiana tytułem geheimer Oberkonfusionrat. (czyli „tajny radca arcyzamętu”; lub coś równie niejasnegomój niemiecki jest dziś bardziej Konfusion niż Präzision). 


Bastian brzmi – na pierwszy rzut oka [niekonsekwencja zamierzona – dla większego efektu stylistycznego] - jak ostrzeżenie, żeby unikać sytuacji, w których cały świat pod względem intelektualnym i fizycznym nie jest nam obcy, jeśli nie jesteśmy Arystotelesem, Akwinatą; lub przynajmniej Leibnizem.

(Dziwnym trafem pomyślałem w tym właśnie momencie o sobie i o tym blogu. Z pewnością dzielę z Bastianem poczucie, że świat pod względem intelektualnym i fizycznym nie jest mi obcy[5], choć muszę zaznaczyć, iż będąc raczej religijnego i konserwatywnego usposobienia nie mam może aż tak dużej wiedzy o fizycznym aspekcie świata jak, powiedzmy, Jung. Podobnie jak Bastian nie jestem Leibnizem czy Arystotelesem, nie mówiąc już o Akwinacie. Na szczęście znalazłem istotne i pocieszające różnice: to co piszę jest może również jak pstry wir, lecz jest tego na szczęście znacznie mniej niż u Bastiana. Mam też, muszę skromnie przyznać, nieporównywalnie mniejszą wiedzę od niego, choć posługuję się nią wyjątkowo nieskromnie, i w denerwujący sposób, także dla mnie samego, dochodzę czasem dzięki niej do frustrująco trafnych wniosków).

Byłem już gotowy zamknąć znajomość z Adolfem Bastianem tym podśmiewaniem się z niego, kiedy resztkami sumienności postanowiłem sprawdzić cały szereg innych źródeł (Wikipedia) i odkryłem z dużą dozą intelektualnego podniecenia i rosnącym uznaniem, że Bastian był jednym prekursorów[6] fascynującej idei archetypów i nieświadomości zbiorowej, którą zainspirował Junga.

I być może właśnie epizod z Bastianem sprawił, że przypomniałem sobie w końcu o swoim obywatelskim obowiązku, który nakazywał mi sprawdzić co Kaj Birket-Smith pisze o najważniejszym aspekcie życia ludzkiego – o następnym życiu, czyli religii i duchowych aspiracjach człowieka. Okazało się, że obywatelski obowiązek miał zupełną rację. Dostał w nagrodę szansę wytknięcia dwóch kardynalnych, śmiertelnie niebezpiecznych błędów i ostrzeżenia innych (choć wątpię, żeby akurat przy okazji lektury tej książki. Założę się, że biblioteka publiczna Woli ma jej przedostatni egzemplarz w Polsce).

W rozdziale "Życie duchowe", w podrozdziale: "Człowiek i moce nadprzyrodzone", Birket-Smith omawia szeroko rozpowszechnione w kulturach świata wierzenie w Istotę Najwyższą. Podkreśla, że spotykamy się z nim czasem nawet u najbardziej "prymitywnych" plemion. Andrew Lang wysunął myśl o najwyższym bóstwie jako fundamentalnym założeniu wiary prymitywnych ludów, a myśl tę niezależnie kontynuował  austriacki werbista, o. Wilhelm Schimidt.

Ponieważ Schmidt dopatruje się w tym wierzeniu śladu pierwotnego objawienia, Birket-Smith odrzuca to podejście jako nienaukowe i szuka „naturalnych” wyjaśnień. W trakcie swoich rozważań dochodzi do wniosku, że prawdziwy monoteizm trafił na bardziej urodzajny grunt u ubogich, pustynnych koczowników. Księżyc, który tym plemionom wędrującym w nocnym chłodzie wskazywał drogę i ponadto łączy się z poranną rosą i żyznym pastwiskiem, musiał stopniowo uróść do pojęcia władcy nieba w postaci uosobionej mocy boskiej El. Stał się Wielkim Bogiem, ojcem ludzi, co rządzi nimi surową ręką, ale również zsyła na nich swoje dary. Takim znajdujemy Jahwe, ze Starego Testamentu, który jest nielitościwy i ponury, aż do chwili wielkiego przebudzenia się proroków, kiedy to z wiary w zawziętego i okrutnego władcy Żydów zrodziła się koncepcja jedynego i miłosiernego Boga panującego nad światem.

Pominę ciekawe, lecz zupełnie arbitralne i intuicyjne spekulacje Birketa-Smitha dotyczące rzekomej roli Księżyca w powstaniu wiary w jedynego, wszechmogącego Boga i przejdę od razu do dwóch fundamentalnych błędów zawartych w tym rozdziale.


Autor uważa postrzeganie pierwotnej wiary w jedynego boga, złączonej z pojęciem o ojcu w niebiesiech jako wyłonionej z pamięci o pierwotnym objawieniu za punkt widzenia oparty na osobistym poglądzie na życie, który nie podlega naukowej dyskusji. Na jakiej podstawie można jednak odrzucić taki punkt widzenia jako nie podlegający naukowej dyskusji? Przeoczmy na moment (jak ja, w pierwszej wersji tego wpisu) wszystko to, co naukowo wskazuje na objawienie (jakie inne rzekome wydarzenie, w które wierzy praktycznie cały naród, i którego wiarygodnie szczegółową pamięć zachowuje jest przez naukowców tak łatwo odrzucane jako fikcyjne?) i zauważmy jedynie, że  nauka częściej chyba rozwijają nowe teorie i zakłada istnienie nowych  bytów [7] dlatego, żeby wyjaśnić coś, czego nie potrafili zrozumieć za pomocą dostępnego im dotychczas intelektualnego i ontologicznego arsenału - a nie dlatego, że pewne empirycznie potwierdzone zjawiska same ułożyły się w intelektualnie spójną całość, lub dlatego, że nowe dane same zgrabnie ułożyły w definicję nowego bytu.

By zobaczyć z jeszcze większą ostrością jak niebezpieczną pułapką jest takie podejście do kwestii istnienia Boga i historyczności objawienia, wystarczy przeprowadzić elementarny Gedankenexperiment[8]: przyjąć, że hipoteza Boga-Stworzyciela oraz historyczność Jego objawienia są prawdziwe i wyobrazić sobie tego konsekwencje wobec określeń 'naukowy' i 'nienaukowy'.

Natychmiast widzimy jak nienaukowe i szkodliwe dla poznania stają się wszystkie podejścia związane z naszym badaniem świata i samych siebie, które istnienie i działanie Boga a priori odrzuciły i jak dużo z tego, co uznajemy dziś za naukowe staje się z miejsca nienaukowe w najbardziej fundamentalnym tego słowa znaczeniu. Jeśli hipoteza, o której mówimy okaże się słuszna, to co przez wielu i na przestrzeni wielu ostaniach wieków było określane jako 'nienaukowe', okaże się źródłem i arche wszystkiego co oni badali, co próbowali zgłębić, zrozumieć. Zobaczymy wtedy, jak wielkim absurdem może okazać się to podejście: największa Prawda i Pierwszy Byt - źródło całej rzeczywistości i wszystkich mniejszych, 'naukowo' dostępnych nam prawd - odrzucane jako nienaukowe.

Nie ma więc żadnego względu usprawiedliwiającego odrzucanie w nauce możliwości istnienia Boga i Objawienia. Wręcz przeciwnie. Mamy pełne prawo pozostać sceptyczni wobec tych tez, lecz bylibyśmy skrajnie nieodpowiedzialni w stosunku do siebie i  innych zamykając na nie w niespójny i nieuczciwy sposób nasze i ich umysły (i oczywiście w perspektywie egzystencjalno-religijnej – życie).

Innym problemem jest jednak decyzja o odcięciu się od potencjalnie wyjątkowo płodnej hipotezy, a innym zwykłe zakłamywanie tej hipotezy. Duński antropolog przyznaje co prawda, że w dzisiejszej „koncepcji” Bóg jest jedynym i miłosiernym władcą świata, lecz po pierwsze mija się z prawdą twierdząc, że kiedykolwiek było inaczej. Po drugie sugerując tak drastyczną ewolucję koncepcji Boga skłania tych, którzy wahają się pomiędzy traktowaniem jej jedynie jako stworzonej przez człowieka koncepcji a przyjęciem jej jako prawdy o prawdziwym Bogu do wyboru tego pierwszego; co może okazać się wyborem tragicznym w skutkach.

By zrozumieć kim, dla ludzi, jest Bóg nie trzeba było, żadnego duchowego przebudzenia proroków, zawsze wystarczyła lektura kilku pierwszych rozdziałów pierwszej Księgi Tory, Bereszit. To co robili prorocy, to co mówili, to, z czego powodu rozrywali szaty – to jedynie nawoływanie, by Żydzi – a dziś my – czytali uważnie te rozdziały i je medytowali (co wg Psalmisty jest już byciem jedną nogą w Niebie).

Czy Bóg, który obiecuje staremu Abrahamowi i jego okrytej wstydem żonie[9] potomstwo na starość i założenie nowego, wielkiego narodu jest Bogiem nielitościwym? Czy Bóg, który odwiedza go osobiście i przyjmuje jego gościnę jest Bogiem ponurym. Czy Bóg, który - już po grzechu pierworodnym - daje Żydom dziesięć przykazań, z których aż siedem mówi o dobroci wobec drugiego człowieka i który dla dziesięciu sprawiedliwych jest gotowy oszczędzić miasta, które osiągnęły szczyt zła i zepsucia jest Bogiem zawziętym? Czy, wreszcie, Bóg, który stworzył dobry świat, Bóg, który stworzył człowieka, dał mu życie, umieścił go w ogrodzie Eden (i wkrótce otworzy przed nim drogę powrotu tam) jest Bogiem okrutnym?

Tak, ta sama Księga oprócz dobroci Boga opisuje też – i na tym skupił się Birket-Smith, i na tym skupia się tylu innych stronniczych komentatorów – Jego groźby, potęgę i gniew. Ale, na miłość Boską!, dlaczego w tej mieszance sceptycy, agnostycy i otwarci wrogowie widzą jedynie ponurość, okrutność, mściwość i nielitościwość? Przeoczenie boskiej miłości i boskiego miłosierdzia wśród tego, co jest nam z Bereszit i z empirii wiadome woła o pomstę do nieba!


A jak wyjaśnić to, że ten sam Bóg może i tworzyć i niszczyć, być i gniewny i miłościwy, i delikatny i przerażająco potężny? Odpowiedź jest w tej samej księdze i kto miałby to lepiej zrozumieć niż my: Bóg stworzył człowieka, na swoje podobieństwo stworzył go. (Rdz 5, 1)

I jestem przekonany, że dziś Kej Birket-Smith (20 stycznia 1893 - 28 października 1977) do podanej przez siebie na początku książki mądrości, że nikt nie zrozumie w pełni siebie samego jeśli nie zrozumie innych dodał, poniewczasie, inną: że nie tylko, jak mówił św. Augustyn, nikt nie będzie spokojny dopóki jego serce nie spocznie w Bogu, lecz też żaden człowiek nie pozna siebie, a żaden antropolog i żaden psycholog nie zrozumie innych dopóki nie pozna Boga.







[1] Chociaż kto to wie?
[2] Wiedza Powszechna, 1974; tytuł tłumaczenia angielskiego, z którego została przetłumaczona wersja polska: "The Paths of Culture";
[3] Pozwolę sobie uzupełnić: każda szanująca się nauka - a zwłaszcza te kardynalne, czyli psychologia, metafizyka i teologia  – kończy też na Arystotelesie, lub niewiele dalej, na Akwinacie.
[4] Nie wykluczone, że właśnie przyprawiając to, o czym opowiada.
[5] Co mi przypomina – wkrótce coś o teorii względności i nieśmiertelności.
[6] Ale nie zapominajcie o teologach siedzących od wieków na szczycie.
[7] Zarejestrujcie te 'nowe byty' i do jakiego paradoksu intelektualnego doprowadzą za chwilę w pewnym elementarnym Gedankenexperiment.
[8] Określenie na wyrost, gdyż idzie tu o najprostsze z możliwych sprawdzenie bezpośrednich skutków jednego z dwóch możliwych założeń; ale po prostu lubię ten wyraz.
[9] Któremu też to można by wg jednej z interpretacji przypisać. Ale zostawmy ten, wydawałoby się, paradoks na inną okazję – nie rozwiążemy wszystkich ważnych kwestii w tym jednym wpisie.

Friday, 27 April 2012

Ferrari. Making the world a better place





Terminy kluczowePZPR, 599 GTB Fiorano, Syndrom Totalnego Doceniania Piękna (STDP),  koszerność* 



Kiedy przechodziłem wczorajszą rozkoszną (praktycznie już) majową nocą** obok dawnego budynku Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zostałem brutalnie napadnięty przez piękno***; 

piękno, które czyni ten świat lepszym miejscem.





*(ale szerzej o tym - później)
** więcej o ciepłej majowej nocy jako o dowodzie na... - wkrótce
***szczegóły - niedługo





Straciłem wiarę


Stało się.

Straciłem wiarę w Polskę. 

Wciąż wierzę w nią jako uczące się społeczeństwo (a raczej społeczeństwa), wierzę w nią jako dynamiczne społeczności, wierzę - mocno - w Polskę jako tradycyjną rodzinę i wyznaję Polskę jako ortodoksyjne wyznanie. Ale nie wierzę już w Polskę jako państwo:  polskie państwo działa  - od zbyt długiego czasu, by to mógł być przypadek - przeciw polskiemu społeczeństwu. Dziś polska polityka jest jak czarna dziura, która wciąga i niszczy bulwersująco dużą ilość lokalnego talentu, czasu, energii, przedsiębiorczości. I nie wiem czy nie tracę też powoli wiary, że kiedykolwiek będzie inaczej.

Ktoś przenikliwy ujął kiedyś to o czym piszę jako 'okupację przez własny rząd'. Znakomite określenie, lecz wydaje mi się, że mimo wszystko zbyt pochlebne dla tych, którzy nas 'okupują'. Okupant - który musiał być bardzo zdeterminowany, skoro przedsięwziął agresję - ma na ogół wyraźnie sprecyzowane, choćby czasem niegodne, cele swojego działania. W tym kraju możemy jedynie mówić o serii chaotycznych i krótkoterminowych - od jednych do drugich wyborów -  prób i pozorów administrowania połączonych z też chaotyczną, lecz za to długoterminową i skuteczną grabieżą obywateli.

Nie jestem jeszcze zupełnym przeciwnikiem idei państwa polskiego. Być może warto by kiedyś ten pomysł poważnie i sumiennie wypróbować. Lecz jeśli ktoś się kiedyś na to zdecyduje, nie będę się tym zbytnio ekscytował.

Bo nie o niepodległe państwo w Polsce chodzi.



(zdjęcie: intlalliances.wordpress.com)

(I hate to say this - but) I'm right




Właśnie zdałem sobie sprawę, że w sporach dotyczących kluczowych kwestii ustawiam się 
z miejsca na niekorzystnej pozycji: 
mam rację.


Wednesday, 25 April 2012

It's in the eye, somewhere; (plus: sin seen on skin?)


I can confirm now the old truth (I think it is an old truth, isn't it?) that the worst visible effect of sin is on the eyes.

By the way, I'm sure the incidence of sin would be slashed by, say, half if it showed on your skin (or maybe it does*?)




*I wonder which way the lobbying of the cosmetics multinationals would go if there was any chance of conntecting the two more clearly: would they be lobbying like hell in very high places for sins not to be seen on the skin (fearing that people would repent, reform and thus easily get their looks right) or the other way round (counting on our lethal and costly - and at the same time profitable for others - attachment to sin?)

Regardless of what they'd do and irrespective of their influence (if any) on the final decision, the anti-globalists would be spreading it on thick via leaflets and stuff on YouTube assuring us that Heaven is in the pocket of Procter&Gamble, Colgate-Palmolive and Dr Irena Eris.



(pictures - top: photoblog.nicubunu.ro;   bottomsen-sennik.pl)

Tuesday, 24 April 2012

Beautiful AND Dumb


I’ve got three pieces of advice to give to the British Queen:

1.         First and foremost, that old-standing adhortation of mine: Ma'am, for Christ's sake, go to Rome and do as the Romans do: be Catholic.
2.         The second, I forget.
3.         And the third is to make Paul Heaton the Poet Laureate.

Dumb makes any erotic lyricist feel completely redundant. If you think of writing about being infatuated in a silly way, listen to the song or read the lines below at your own peril: nothing better can be written about silly infatuation (something more coherent - quite possibly).

“I gotta hand it to you, Boss - toys,
 it’s brilliant. Works like a dream.
“It sure beats your way of getting the stuff through Customs. 
 (Ooh, that was kind of painful)”
“Hey, Boss, what are we gonna do with the rubber ducks?  
 We gotta get rid of them. If they find them in the car, 
we have to leave town”.
“I say we get rid of them with the geek. 
 Let the duck sleep where the fish is.” 


This is such simple, powerful, no-nonsense love poetry. Listening to it, I understood that it says it all, so that you don't have to - and, to quote the bard of the South himself: Ooh, that was kind of painful


But let me finish on a lighter note: the song followed me for most of the day and I genuinely tried to get to the hidden depths of Heaton's lines. Especially the one about the labrador and the sun; but the telescope bothered me too. So I kept digging and digging until I dug it: It was me who was being dumb. 

(The only thing that could half-excuse me is that at the same time I tried to summarise Freud's and Jung's errors in the fewest possible sentences; which are coming up soon).



PS Sorry - a little mix-up*, here are the right words:

It doesn't take a mathematician
To add a simple sum
Either you are simply beautiful
Or I am simply dumb

It doesn't take Robert The Bruce
To see the web you've spun
Either you are simply beautiful
Or I am simply dumb

It doesn't take a labrador
To show a blind man sun
Either you are simply beautiful
Or I am simply dumb

The sun, the sky, the moon, the stars
Jupiter, Neptune and Mars
All these things I clearly see
It don't take 
a telescope -  

 - for you to love me




***I am simply dumb (or maybe I've seen someone simply beautiful?)



"I Would Do Anything For Love (and I WILL Do That)"[1]



Pod koniec sierpnia 1909 roku, Zygmunt Freud i jego bliscy współpracownicy, Karol Jung i Aleksander Ferenczi przypłynęli do Nowego Jorku. Masschusettski[2] Clark Uniwersity przyznał Freudowi dkoktorat honoris causa i Austriak przyjął zaproszenie rektora Stanleya Halla, by osobiście odebrać tytuł.


Psychologowie ze starego kontynentu postanowili wykorzystać tę okazję, by rozpocząć psychoanalityczną kolonizację Ameryki. Wykłady Freuda i Junga przyciągnęły wielu wybitnych lekarzy, naukowców i filozofów, m.in. Jamesa Jacksona Putnama i Williama Jamesa.

Jungowi udało się spędzić dwa wieczory sam na sam z Jamesem, pisze w biografii Junga Frank McLynn, i niezykle silne wrażenie zrobiła na nim jasność jego umysłu myśłi  i brak intelektualnych uprzedzeń. Obaj głęboko zainteresowali się mediumizmem i zjawiskami paranormalnymi.
[...] Sporadyczne aluzje Stanleya Halla, sugerujące, że James jest intelektualnym zerem, skoro interesują go takie sprawy, drażniły Junga.[3]  (Reakcja Junga świadczy oczywiście bardzo dobrze o jego naukowych - i w ogóle umysłowych - standardach).



Wizyta była dużym sukcesem. […] Europejczycy szybko udowodnili, że w wielu dziedzinach psychologicznego poznania daleko wyprzedzali Amerykanów. 


Co nie było to chyba zbyt trudnym zadaniem, jak sugeruje załączona przez McLynna ilustracja:
Putnam i James, obaj zainteresowani psychologią nerwic i psychoz, przywieźli ze sobą medium, które od miesięcy [podkr. moje] stanowiło dla nich zagadkę. Jung i Freud[4] natychmiast wydobyli z niej wyznanie, że jej zdolności są oszustwem, które miało zwrócić na nią uwagę młodego mężczyzny.





[1] Powiedziała 'medium'
[2] Sorki
[3] "Ale James, jak wkrótce Jung się przekonał, ku swej wielkiej radości, doskonale sobie z Hallem poradził. Hall pewnego razu zaprosił na wieczór Jamesa, żeby Jung i Freud mogli zbadać część jego materiałów. James przyszedł o umówionej porze, wsadził rękę do kieszeni i wyciągnął plik dolarów. Potem serdecznie przeprosił i z drugiej kieszeni wyciągnął właściwe papiery. Jung uważał to za szczególnie ciętą replikę."
[4] jak zobaczycie w nadchodzącej części zdania ci niepoprawni romantycy od razu rozszyfrują jej przekaz, a raczej - dotrą do jego serca (ale przeczytajcie najpierw tekst główny - nie chcę Wam psuć niespodzianki tym nic nie wnoszącym wtrętem, który jest tylko pretekstem do rzucenia kalambura; lub dwóch).





Let's cooperate



The young female sped up and cycled past me with a whiff of her .... whatever. I barely managed to catch her profile.

(Earlier someone talked about drawing life out of the young ones; not vampire-style though, he added).

"Hey, you!", my surpressed shout didn't go after her, "Stop!"

"Girl!", I started waxing lyrical, relieved - my image! - that there was no guitar in sight, "You've got that thrilling core of life I so badly need [verse 1]"

"But [intro to chorus; quite high] I have something that you may find exciting one day too:
the wisdom to be later what you are now -
[chorus; going even higher and finishing abruptly on A-minor] 
The wisdom to be young (when you're old).
Oh, yeah! baby..."

[guitar solo; a good one]

So, for youth's sake, let's cooperate!*"



*not sure what to do with this line; it's going to be either the first one of Verse 2 or repeated throughout the song by backup vocals.


picture (as seen in the picture): dreamstime.com




Sunday, 22 April 2012

everything has(n't?) happened yet

  


Like that girl in an old Punch cartoon who got a diary from her parents for her 18th birthday, for a moment today I wanted to say: "Everything has already happened in my life." – before I realised it’s a heresy. 


Oh, the blessed stage in your philosophico-emotionalo life when you’re wise enough to say to yourself (with conviction) a mere ‘But I guess the Dominicans wouldn’t like it’ to drop a thought that otherwise might lead you to some more embarrassing fallacy! 
( – say, a suicide)





PS Coming back to the song: Isn't it unsettling when the English rehearse one of their serious takes on life?

Saturday, 21 April 2012

Speaking of...


We spoke of a young couple from the Southern Italy who went to heaven and wanted pizza (and they'll get it).

I thought of tits in paradise (and I'll see them; if...).

The dogs that I walked made me think of dying.

So the provisional conclusion is that this life is bloody beautiful in Naples. And then you die.


PS No, that's not that. To be continued :)

Friday, 20 April 2012

A classic piece (of a gravestone)




At a cemetery, after a visit to a close relative’s grave the girl turns to her grandmother.

“Gran, let’s go to Auntie”.

“No”.

It seems that the child forgets that her granny fell out with Auntie a few years back and the two are not on speaking terms. But not really.

“I mean Aunt Christine, not Aunt Betty”.

“Ah! Sure!”

“Remind me where?”

“It's the second alley on the left, that big one at the end of it.”

Follow the dogs (down)! - and, somehow, survive.



The good news is that I survived.


Only just. 

Coming up ater a short break for Saint Albert Chmielowski, C.F.A.P.U.  - a surprising and original mixture of thoughts on taxes (too high), following dogs (low down), the female body (just about right), Heaven (high) and Spielberg's (no idea) and – perhaps - your role (high) in an important performance, for my sake.

Good Grace (Kelly)!

PS Yummy?


Thursday, 19 April 2012

Jego, bardzo wielka, wina





Tak, przyznaję: mam obsesję na punkcie Boga, ale to jego wina.

Gdzie się nie ruszę wpadam na niego (jakby mnie śledził. A może to on ma obsesję na moim punkcie?)

I nie mówimy o taniej religijnej egzaltacji, lecz o racjonalnym, ale wielce intoksykującym (w jak najlepszym tego słowa znaczeniu) cocktailu empirii i filozofii na bazie wysokoprocentowej egzystencji.

Oto moje 6 ścieżek do Niego; plus siódma – obejmująca wszystkie inne.

Życie – Bóg

Intelekt – Bóg

Miłość – no chyba nie ja?

Szampan – Bóg i mnich

Truskawka – Bóg

Atom – kto, jeśli nie Bóg? (taak, taak - atom sam się zrobił... już to widzę).

Coś jeszcze? – Bóg.

Więc to wszystko jego wina; w ogóle to wszystko jego i nie ma... sorry - i jest o czym mówić.


PS Jeśli przez chwilę, któryś z czujnych ateistów lub agnostyków (Oskar - zrozumiałeś lub uwierzyłeś już?) myślał, że nie jest to wywód zachowujący wysokie standardy filozoficzne, to się mylił:

Zło - nie Bóg; może ja?


In Egypt


Ogłaszam się Egzegetą Popu.

Wspominałem ostatnio (Pascha) pobyt moich przodków (jestem potomkiem Abrahama) w Egipcie i pomyślałem... - ale o tym wkrótce. Na razie soundtrack z tej myśli.

Dziewczyny odsuńcie się, próbuję się ogolić!





O taką choreografię poproszę w niebie (jeśli...), kiedy będę szedł rano do łazienki ogolić się. I nie - nie zdradzam tym islamskich tendencji, jedynie zbożną słabość do piękna i kobiecych nóg.



PS O cielesności nieba nie trzeba mnie, ani żadnego innego Chrześcijanina, przekonywać. Co do szczegółów Chrześcijanie wciąż spierają się - m.in. tu (właśnie zdałem sobie sprawę, że dzięki temu seminarium Szkoła Główna zamieniła się naprawdę na moment w Uniwersytet), ale wiemy, że będą tam wino i sympozja, być może sztuka i bieganie po kwiecistej łące (sorry, ale wierzcie mi – trudno zabić w sobie poetę.) Niektórzy, i nieliczni, są przekonani, że także dobry seks (planuję dłuższą sesję na ten temat, lecz zostawiam to na potem - jestem jeszcze zbyt podekscytowany).
Fascynującą kwestią są niektóre aspekty psychiki człowieka, takie jak potrzeba zmian emocjonalnych; napięć; okazjonalnego, stymulującego poczucia zagrożenia, itp., które wydają się koniecznie lub przydatne dla naszego poprawnego funkcjonowania, przynajmniej w wersji beta – ale o tym innym razem, być może dopiero przy jednym z elizejskich sympozjów (tylko nie greckie wino, proszę).

Jak widzicie więc jestem konsekwentnym i radykalnym (radykalizm jest zawsze partnerem konsekwencji) niebiańskim korporalistą. Okazuje się jednak, że przeoczyłem jeden ciekawy aspekt i zostałem przebity, ze wszystkich Chrześcijan, przez szwajcarskiego protestanta. I to na szczególnie ważnym dla mnie polu, na polu prasy.

Przeglądam bowiem właśnie znakomitą biografię tego pokręconego erotomana Junga i czytam:

Dziadek Junga ze strony matki był również niezwykłym człowiekiem. Samuel Preiswerk (1799-1871) był pastorem i syjonistycznym avant la lettre, obsesyjnie wprost zainteresowanym historią i kulturą żydowską. Przekonany, że w niebie mówi się po hebrajsku, nadał swoim dzieciom żydowskie imiona, a w hebraistyce osiągnął tak znakomity poziom, że mianowano go na stanowisko wykładowcy. Jednak źródłem jego największej satysfakcji było przekonanie, że będzie potrafił czytać niebiańskie gazety.

(Carl Gustav Jung, Frank McLynn, tł. Robert Bartołd, wyd. Zysk i S-ka, 2000)

I natychmiast szwajcarscy protestanci, którzy zajmowali jedno z ostatnich miejsc na liście ludzi, których kocham, przesunęli się o całe niebo w górę dzięki dziadkowi Junga, z którym kiedyś – jeśli czegoś nie schrzanię - w genewskiej kawiarni przy filiżance Lavazza di Cielo będę się spierał o wstępniak Św. Piotra*.




*który pisze je dość zwięźle. Św. Paweł (piękny styl) z drugiej strony...

Nasz układ




Jaka ulga - to jest układ dynamiczny!

(Boże, dzięki Ci!)

Wednesday, 18 April 2012

Give Chopin a Break!





Speaking of good music:


(You need to get some kind of ticket - free of charge - at the Univeristy before the concert; no idea if there's any left, but give it a try).

I've heard Mr Sterczynski play Chopin before and the power he's supplyin' is
electrifyin' as Danny Zucko would put it.

(Although I have to be honest here and go along with Danny, I guess: Olivia supllies a bit more; especially in that Amusement Park, oh, man..., but anyway - Chopin can also be exciting.)



*I had a chance once to disagree with Mr Sterczyński about the use of 'university' in this context. I was against it as university , in my opinion, must deal with sentences and do Theology. Then I thought of an argument that would actually support his position: the problem with sentences and music is not that music doesn't do them, but that it does too many of them, and forcefully, too; not necessarily, though, in a key that allows intersubjective verifiability -

... no, sorry - I'm talking out of tune: the experience shows that in this respect music is a few keys superior to language; I remember when in high school Chudy's band - which I was part of - tried to play, you could liten to it, only just; but when it argued about what to play, you couldn't make heads or tails of it.

Lord, keep your faith!




... in me.


(picture: imagerevival.com.au)

Let The Second Never Come True



THE SCENE between You're The One That I Want and We Go Together EXTERIOR/DAY

[Rizzo discovers she is not pregnant after all and reunites with Kenickie. Danny has become a jock but is shocked when Sandy appears smoking and dressed in black leather and teased hair. In song, the two admit they love each other and reunite. The film ends with Danny and Sandy departing in Danny's car which takes flight, and wave goodbye to their friends as they leave.]


[DIDI CONN/ FRENCHY:]
HEY, EVERYBODY! RIZZO AND KENICKIE HAVE MADE UP!

ALL RIGHT!

OH, LOOK! OH, THE GANG'S TOGETHER!

BUT WHAT ARE WE GONNA DO AFTER GRADUATION?

YEAH...

MAYBE WE'LL NEVER SEE EACH OTHER AGAIN?

[JOHN TRAVOLTA/DANNY ZUCKO:]
NO, THAT'LL NEVER HAPPEN.


PRAYER: I'll learn how to play, oh Lord, You're The One That I Want and I'll perfrm it outside the main campus gate in Warsaw (to convert a student or two; especially female ones) for you, my Lord, but please, Lord, please - make John Travolta a major prophet and let the first 'never' disappear or rot in Hell and the second one - unless we really want to go and spoil it all - come true.