Saturday, 28 May 2011

Jaskrawoczerwony? Niegroźny.

(drugim plusem było to, że dowiedziałem się, że prof. Balibar ma córkę aktorkę, która nosi udaną, jaskrawoczerwoną sukienkę)

W drodze na spotkanie z prof. Szczepanem Balibarem*, cieszącym się w pewnych kręgach szacunkiem francuskim Marksistą, i kilkoma lewackimi aktywistami ,, wpadłem na O'bamę (poważnie; chwilę przed 6-tą mijał Uniwerek). Krzyknąłem za nim: "Nie pytaj co Dualizm może zrobić dla ciebie. Zapytaj co ty możesz zrobić dla Dualizmu!" (ściemniam; zbyt krótko mi mignął).


*Spotkanie było nudne (więcej wkrótce), lewaccy aktywiści - niespójni, prof. Balibar - francuski (czyli mętny), dyskusja końcowa - zrujnowana przez jakiegoś XIX-wiecznego konserwatystę. Jedyny pożytek z uczestnictwa to konkluzja, że intelektualnie skrajna lewica nie ma szans na wyrządzenie nikomu szkód; oprócz samej sobie.

Tuesday, 24 May 2011

Disco Polo? Jesteś szalona!




Przede mną, w wodzie jeziora odbijał się księżyc i światła eleganckich bloków z drugiego brzegu*. Zza pleców nadszedł komfortowy - po kolejnym gorącym dniu, który nastąpił zamiast końca świata - chłód parku. Piwo było zimne i jasne (mówi się "trudno"). Obok, dwóch gości prowadziło inteligentną rozmowę o polskiej polityczce i właśnie miałem się włączyć z czymś przenikliwym typu "dajcie se spokój, szkoda czasu na to gówno", kiedy obfita i krzykliwa blondyna cierpiąca na deficyt uwagi swojego faceta, który flirtował z inną babką przy tym samym stoliku podeszła do baru i wcisnęła przycisk w przerażającym boomboxie.

Wydarł się Stachurski (nie będę się bawił w żadne 'y') i wieczór trafił szlag.

"Jestem - dla dobra mojej cywilizacji - gotów", pomyślałem wtedy, "wyruszyć na krucjatę przeciw ludom kulutry disco polo! Jestem gotowy bez wahania i litości zmiatać z powierzchni ziemi ten estetyczny chwast, tę stylistyczną perwersję, tę kulturową zarazę!"**

Czy byłem?

Dowodzony przeze mnie oddział robił porządek z ostatnim skażonym skrawkiem Lubelszczyzny Interior.

Po całym dniu ciężkiej i mało estetycznej pracy, pozostają nam ostatnie trzy domy, schowane w zakolu obojętnej na mającą nadejść rzeź rzeki. "Kończymy to bez ceregieli", wydaję niepotrzebną instrukcję moim ludziom. Pewnie jeszcze bardziej niż ja marzą o powrocie do zarekwirowanego niedaleko pałacu, by dzięki hektolitrom wina (z piwnic niejakiego Palikota; okazał się krypto-discopolowcem i dynda teraz z jednego z tuzina balkonów swojej posiadłosci) przetworzyć w naszych głowach zbyt ostre obrazy ostatnich dni w sztukę. Dla której przecież to wszystko robimy. Kałuża krwi z pobliskiego miasteczka już przeradza się u mnie w wizję, której nie powstydziłby się Rothko.


W naszych słuchawkach huczy "Kocham Cię kochanie moje"- jęki i krzyki tubylców rażą nasz smak prawie tak mocno jak ich muzyka. Ruszamy. Otaczamy domy i gromadzimy trzy rodziny w środku. Dwie chaty już płoną i właśnie ogień ma być podłożony do trzeciej, kiedy w jej progu pojawia się bosa dziewczynka w lnianej, zgrzebnej sukience. Ma płowe, nieuczesane włosy, piękną twarz i oczy pełne mieszanki szaleństwa i dumy. Na ramieniu trzyma staroświecki boombox. "Lolita", nazywam ją z miejsca w myślach, a ona - nim ktokolwiek zdołał zareagować - wciska przycisk. Rozlega się muzyka.

"Stop!", krzyczę.
Pochodnia zatrzymuje się w ostatniej możliwej chwili. Podobnie jak miecz Mocarta, który miał właśnie ściąć temu prawie dziecku jeszcze głowę za to, że śmiało ukrywać się tak długo. Mój zastępca gapi się na mnie i mnie nie poznaje, a ja zasłuchany patrzę w oczy tej małej, śmiejącej się ze śmierci ślicznotce. Nie słyszę już trzasku pożerającego domy ognia, zawodzenia kobiet i milczenia upokorzonych mężczyzn. Z głośników dociera do mnie "... kochałem cię i twe szaleństwa mocno tak ...", stary przebój kilku chłopaków, którzy leżą teraz w wielkiej zbiorowej mogile pod Radomiem. Ta melodia jest dla mnie jak zbudowany z lekceważeniem wszystkich zasad inżynierii most pomiędzy dwoma światami, których nic nie łączy i dla dobra sprawy nie powinno łączyć. Nikt nie wie - i nigdy nie dowie się - że w ukryciu, ze ściszonym do niemożliwości dźwiękiem słucham tej piosenki raz w roku. I płaczę. W rocznicę dnia, kiedy to ja usłyszałem od kogoś innego "Stop!".

Gdzieś w środku - we mnie, nie w moście - pojawia się niebezpieczne pęknięcie. "Zatrzymajcie egzekucję", rozkazuję. Podciągam małą na konia, sadzam przed sobą a odjeżdżając szepczę w ucho Mocartowi: "kiedy będę na tyle daleko, że ona nie będzie słyszeć, załatw wszystko bez niepotrzebnego okrucieństwa". Zbyt długo go jednak znam, żeby się łudzić, że mnie posłucha.

Osiem lat później leżę półprzytomny w swoim łóżku. Umieram. Nie wiem jeszcze, że otruty przez Lolitę. Nasze małe dzieci będą wkrótce tańczyć na mojej stypie do muzyki, której tępieniu poświęciłem całe życie, a którą ona zaszczepiła im potajemnie. Za miesiąc, po skróconej żałobie, Mocart zostanie jej mężem. Knuła z nim swoje spiski, kiedy ja znikałem na kolejne wyprawy na Ukrainę, Białoruś, Litwę, Niemcy (Szwabska 'ludowa' zaraza była wyjątkowo uparta) . Suka! "Szalona Lolita", jak ją nazwie historia za sprawą okrutnej, lecz skutecznej kampanii rozsadzającej na nowo chwasty, których wycinaniu ja poświęciłem życie. Jej zemsta wydawała się pełna.

Ale jeszcze nie była.


"To twój apartament. Nie pogubisz się?", Szatan zacharczał zużytym przez Ekstra Mocne gardłem śmiejąc się, kiedy wprowadzał mnie do celi, w której ledwo mieściła się dziurawa prycz. Na małym stoliku obok kilku świerszczyków stał ogromny boombox. Tamten. "Żeby ci się nie nudziło", wyjaśnił - tak mi się wtedy zdawało, ha!. Po latach, kiedy się nieco - nie przychodzi mi na myśl lepsze słowo - zaprzyjaźniliśmy, zaglądał do mnie od czasu do czasu, żeby odpocząć trochę od techno, którego słuchał na okrągło (krążyły pogłoski, że robi przy tym pewne niestosowne rzeczy, lecz nie śmiałem czynić żadnych aluzji; pierwszy - i jedyny - raz, kiedy sobie pozwoliłem na żart jego kosztem ustawił mi dźwięk na maksimum i zostawił grający sprzęt na miesiąc).

W czasie ostatniej wizyty rzucił mimochodem coś co nie pozwala mi od tygodnia spać i dzięki czemu spisuję to żałosne, bezużyteczne świadectwo. Pomiędzy zaciągnięciami swoim ohydnym papierosem, popatrzył na mnie prawie z litością i rzucił przekonany, że wiem o czym mówi: "Tak się władować! Za jedną chwilę słabości. Ha! Ha! Ha!".

Zgasił papierosa na moim przedramieniu (standard). "Puść to jeszcze raz!", powiedział zapalając kolejnego. "I śpiewaj z nimi", zażądał. "Lubię twój głos"
, dodał wypuszając cuchnący dym prosto w moją twarz. Dla większego efektu - był w tym dobry - zrobił krótką przerwę i zaryczał w końcu ze śmiechu. Włączyłem więc jedyną piosenkę, którą grał ten przeklęty boombox.

Łzy mieszały się ze słowami, które wychodziły ze mnie jak z zombie***:

"Miłość odchodzi, słyszę z twych ust. Prawda zawsze miała sens ..."


*
Park Skaryszewski, po wschodniej stronie rzeki. Może to ma tu znaczenie ...
** Uświadomiłem sobie właśnie, że - jak to często bywa - zamarzyłem o niemożliwych, bohaterskich czynach na dalekich wyprawach, a przegapiłem drobne, pożyteczne rzeczy, które można zrobić w domu. Powinieniem przecież grzecznie przeprosić i wrzucić boombox do jeziora.
***
to z Hollywood, a nie z filozofii umysłu

(Re: "Kocham Cię kochanie ... " i Stachurski potwierdza się wielka mądrość przekazana mi kiedyś przez mojego przedszkolnego kolegę, Piotrusia - nie zabija się nikogo przedwcześnie. To nie jest dobra wersja tej piosenki. Ale nie jest też tak zła, żeby oznaczała wyrok.
Link

PS Czy istneje jeszcze w ogóle disco polo? Nie słyszałem na szczęście nic z tamtych stron od lat. Może więc gatunek przeżył tylko dzięki mnie i tej piosence? (Matko! To jest dopiero realna piekielna wizja!)

Przypowieść o Anglii



Dziś rano w programie Today (BBC 4) codzienną duchową refleksją podzielił się bp Tom Butler (jego konsekracja jest nieważna, gdyż anglikanie przerwali sukcesję apostolską, ale nie o tej historii chcę Wam opowiedzieć). O tym wielebnym duchownym przypominam sobie czasem, kiedy szukam obrazków, aby komuś kto nie poświęcił Wielkiej Brytanii zbyt dużo czasu przybliżyć istotę tego przedsięwzięcia.

Ja na tę ilustrację trafiłem przeglądając w pubie lokalną gazetę. Znajduję tam tekst*, który opisuje pewne sympatyczne wydarzenie: londyńska policja zostaje wezwana, by zainterweniować w sprawie próby włamania do eleganckiego, czarnego mercedesa. Z drzwiami samochodu zmagał się mocno podpity facet, którego policja bez trudu zatrzymuje. Nieudolnym włamywaczem okazuje się być biskup anglikański, Tom Butler. Wracał z (wszystko sugerowało, że nie duszpasterskiej) wizyty w kilku okolicznych pubach, do których trafił po przyjęciu w ambasadzie Irlandii. Będąc zatem w znakomitym nastroju, wziął jakiś obcy mercedes za swój. Uprzejmi policjanci odwieźli biskupa do domu i zasugerowali, żeby po limuzynę przyjechał ktoś inny.

Podksztuszając się nieco ze śmiechu, wpatrzyłem się w głębokiej refleksji w brąz opackiego ale i już zatęskniłem do Anglii, choć jeszcze nie planowałem wyjechać: ostre imprezowanie u Irlandczyków, szwędanie się po pubach, podpity biskup, przyjaźni policjanci, żadnej antyklerykalnej nagonki w prasie. Cała Anglia.


P.S. Ale to nie koniec. I tu naprawdę zaczyna się Anglia: rok później siedzę w innym pubie i przeglądam gazetę. Trafiam na taką oto historię: "Grupa wiernych z diecezji Southwark przeszła wczoraj trasą ubiegłorocznej wędrówki - zakończonej interwencją policji - po lokalnych pubach bp Toma Butlera. Chcieli w ten sposób upamiętnić tamto wydarzenie i wyrazić poparcie dla swojego biskupa".

*odnalazłem to właśnie w znakomitych prawicowych gazetach: The Daily Telegraph i The Daily Mail. Historia okazuje się jeszcze lepsza niż zapamiętałem (też sporo wypiłem wtedy). Nie koryguję już nic, po prostu przeczytajcie sami. Finał, zauważcie, rozgrywa się na Crucifix Lane.

Monday, 23 May 2011

Piękne rzeczy o 11.30




Piękne rzeczy dzieją się w kościele pw. Bogurodzicy na Jelonkach w czasie Mszy Św. dla dzieci o 11.30.

Dzięki!

Sunday, 22 May 2011

Finzi: Come away, come away, Death



Wpadłem dziś do bemowskiego domu kultury na kilka kawałków w wykonaniu delikatnych z pozoru dziewczyn i dobrego, przystojnego barytonu z lokalnego konserwatorium, tzw. Uniwersytetu Muzycznego. Moje przegapienie Mendelssohna (przez spóźnienie), krótka drzemka oraz klaskanie w niewłaściwych momentach, nie musiało wcale ozaczać, że się zawiodłem. Wręcz przeciwnie. Ten Schumann, ten Rachmaninow! To trio g-moll*! Ludzie trzymajcie mnie! Zawiedli natomiast bemowiczanie: spośród ponad stu tysięcy na sali zjawiło się 25.

To nie Rachmaninow jednak dźwięczał mi w uszach, kiedy wychodziłem ukradkiem (zwinąwszy z tamtejszej kawiarni Die Zeit; z grudnia 2010 r.). Ostatnim akcentem koncertu było kilka pieśni, w tym piękne Paderewskiego ("Un jeune patre"). I nagle przypomniałem sobie inne, śpiewane przez kogoś z drogiej mojemu sercu Walii: Bryna Terfela, któremu towarzyszy często na fortepianie Malcolm Martineau a kilka słów dorzuca od czasu do czasu pewien Wilhelm Sz.

*klaskałem niewłaściwie, gdyż Siergiej Wasiljewicz przez pomyłkę wstawił na początek finał; a przynajmniej tak to zinterpretowały dziewczyny.

Thursday, 12 May 2011

Ein Gewaltexperiment


Umysł - ciało: zwariowany związek tej pary zajmuje od wieków dystyngowane komputery, wybitne ciała oraz zaawansowanych technologicznie filozofów.

Pytanie o intymne aspekty konsumpcji ich małżeństwa w człowieku jest jednym z najbardziej podniecających, przed jakimi staje nasze ciało? ... umysł? ... pójdźmy na kompromis: głowa. W wersji ekstremalnej brzmi ono: czy jest w ogóle o czym mówić? Czy jesteśmy czegokolwiek świadomi czy tylko nam się tak zdaje (i zdaje nam się, że nam się zdaje). Znalazła się nawet grupka prowokatorów, którzy odpowiedzieli: problemu nie ma, pytania nikt nie może nawet zadać, świadomość nie istnieje.

Zwykle zakładałem, że podejście to było stosowane - z wyjątkiem sporadycznych przypadków klinicznych - jako Gedankenexperiment. Kiedy jednak słuchałem niedawno* inteligentnych i, wydawało się, świadomych facetów sugerujących bez mrugnięcia okiem, że mój umysł może nie różnić się w swojej istocie - jedynie w stopniu złożoności - od porządnie oprogramowanego komputera, uświadomiłem sobie, że debata osiągnęła punkt przełomowy.

W sali była przecież młodzież (w tym dwie atrakcyjne studentki; na szczęście, z tego co wiem, przynajmniej jedna z nich była odporna na werbalne prowokacje nie respektujące procedur i elementarnych zasad metodologicznych). Mogę zrozumieć perwersyjne zabawy dorosłych za zamkniętymi drzwiami, lecz deprawacja młodych przestała mnie już ekscytować a zaczęła oburzać.

Uwzględniając zatem dobro pięknych dziewczynek, parę wykładów, spisy treści kilku wybitnych dzieł oraz obfite - i obficie zakrapiane - przemyślenia własne, dochodzę do wniosku, że czas przenieść tę kluczową dla nas dyskusję na wyższy poziom. Od teraz, kiedy ktoś zakwestionuje przy mnie świadomość lub porówna ludzki umysł do komputera, dostanie w mordę.

Jeśli okaże się posiadać treść sporu, jest szansa, że zmityguje swoją reakcję, gdyż będzie w stanie wczuć się w moje qualia i wywiąże się ciekawa dyskusja. Jśli jest jednak jedynie robotem, zombie lub laptopem, wejdzie bez namysłu w ducha tego eksperymentu i ja też dostanę w mordę. Ale czego nie robi się dla mądrości.

I może to właśnie będzie mój drobny wkład w metodologię filozofii: ein Gewaltexperiment (wersja na ludziach; bicie psów już posunęło nas do przodu swego czasu).


*seminarium zorganizowane z okazji wydania polskiego tłumaczenia wpływowej książki Davida Chalmersa "Świadomy Umysł" (PWN), tłumaczenie: Marcin Miłkowski (b. dobra prezentacja, lecz zgodnie z moim nowym podejściem, teraz byłaby bójka)

Monday, 9 May 2011

Katedry




Jednym z najpiękniejszych aspektów Anglii są jej katedry.

Kiedy Normanowie, pod wodzą Wilhelma Bękarta, przepłynęli Kanał i wyjaśnili z Anglosasami pewne techniczne kwestie dotyczące sukcesji, przywieźli ze sobą nie tylko język francuski, ale też francuski gotyk. I rozrzucili po wyspach architektoniczne symfonie dorównujące wielkością i pięknem temu, co zostawili na kontynencie. Canterbury, Westminster, Salisbury, Durham, York rzucają nas natychmiast na kolana i po prostu szarpią naszą głową kierując ją w górę ...

Dziś Anglicy nie budują już spektakularnych katedr, lecz - tak jak reszta świata - świątynie nowych kultów: spektakularne biurowce, lotniska i centra handlowe. Miejsce gotyckich arcydzieł nie pozostało jednak puste - zajęła je muzyka. To co wkładano kiedyś w budowę duchowych drapaczy chmur, wkłada się teraz na Wyspach w tworzenie wielkiej muzyki. Mam często wrażenie, że właśnie na tej intensywności i rozmachu polega główna róźnica pomiędzy nutkami wypływającymi z Wysp a tymi z większości innych miejsc: Brytyjczycy po prostu zaprzedali duszę temu ... muzyce. I chcą odebrać nam oddech, nie dać nam szans odmowy, zawłądnąć nami. Nie oczekują po nas, że ich kawałki nam się spodobają - my się mamy na nie nawrócić.

Religijna intensywność tej muzyki jest zapewne konsekwencją tego, że właśnie muzyka stała się dla większości Wyspiarzy substytutem Chrześcijaństwa (pomijam ten czysto pogański: piłkę nożną). Co nie dziwi zresztą, gdyż wszyscy wiemy, że muzyka - obok używek - jest najbardziej naturalnym kandydatem na koło ratunkowe po odrzuceniu religii. Nic tak łatwo jak ona nie wydaje się móc nas na chwilę choćby wyrwać z tego zamkniętego - jak się nam zbyt często wydaje - i śmiertelnego kręgu.

I tak jak kiedyś masoni w skupieniu, wiedzy, umiejętności, szacunku dla najmniejszego detalu i - można mieć wrażenie, że często - oddaniu sprawie układali z architekury porywające koncerty, dziś nieco mniejsze, lecz równie oddane ekipy budują, album za albumem, wspaniałe katedry z melodii i rytmu.

A wieże jednych i drugich - jeśli dobrze się wsłuchać - wskazują ten sam kierunek*...

(*I would say that, wouldn't I?)

Thursday, 5 May 2011

Koszerna bez jaj


Zrobiło mi się wczoraj prawie żal mojej najmniej ulubionej polskiej gazety*, kiedy przeczytałem podtytuł głównego tekstu Wybiórczej. Choć nie mam ani krzty sympatii dla skompromitowanego wielokrotnie największego w naszym kraju dziennika, przykro jest widzieć jak oprócz standardów etycznych idą w dół te rzemieślnicze. "Jeśli jego miejsca nie zajmie ktoś równie utalentowany w zbrodniczym rzemiośle to zagrożenie terrorystyczne zmaleje", napisał na pierwszej stronie Jagielski (lub dorzucił mu to jakiś przebojowy redaktor dyżurny).

Za taką linijkę, po zabiciu najsłynniejszego i najskuteczniejszego terrorysty wszech czasów, powinni kogoś w redakcji wysadzić w powietrze. (Tytuł zresztą - podobnie jak towarzyszące tekstowi zdjęcie - był też beznadziejny: "Świat po Osamie". Czy Agory nie stać na przejęcie kogoś z reklamy do wymyślania nagłówków czy po prostu są skąpi?)

W innym kawałku w tym samym numerze przemęczony, co zrozumiałe, Jagielski nieodpowiedzialnie lub niefortunnie twierdzi, że "[Bin Laden] stał się jednym z najgłośniejszych przywódców współczesnego świata Islamu". Duży błąd. Bardzo ważnym aspektem jego kariery było to, że - często hipokrytycznie - wszystkie ważne środowiska islamskie odcięły się od niego oficjalnie. Mógł być dla wielu bohaterem lub symbolem, wielu Muzułmanów mogło mu po cichu lub głośno kibicować, lecz na szczęście - i to należy docenić - nie został nigdy przywódcą.

Określenie go w ten sposób i porównanie go do Nasera lub Chomeiniego jest nie fair wobec Islamu i byłoby - gdyby gazeta Jagielskiego miała większe wpływy (na szczęście nie ma) - wymiernie szkodliwe, gdyż stanowiłoby, niezamierzone zapewne, pomniejszanie ważnego dla Islamu i Zachodu moralnego i psychologicznego sukcesu.

Uwagę od Jagielskiego odciąga jednak sam naczelny. W swoim komentarzu Michnik przygotowuje chyba grunt pod swoją beatyfikację, której są pewne - założę się - zastępy wielbicieli tego wielkiego autorytetu moralnego, męża stanu, guru i w ogóle. "Nie należy się cieszyć z niczyjej śmierci ...", zaczyna świętoszkowato a kończy mdło: "nie powinno się mówić źle o zmarłych, ale ...". Czy poproszono go, żeby napisał wstępniak do gazetki jakiegoś kółka różańcowego, który przez pomyłkę trafił na pierwszą stronę jego własnego dziennika?

Nie upieram się, że moja propozycja - "Dorwali skurwiela!" - byłaby idealna, ale na pewno lepsza. A przecież wystarczyłoby, żeby Michnik poprosił starego kumpla, Urbana o pomoc i wczorajsze wydanie nabrałoby rumieńców jak obaj wybitni dziennikarze po wspólnie obalonej butelce wódki.

Tymczasem Wybiórcza oprócz tego, że jest obrzezana (w czym naturalnie nie ma niczego złego) wydaje się jeszcze być wykastrowana.

*już prawie skłamałem: z wyjątkiem Naszego Dziennika, przy którym Wyborcza to ideał dziennikarskiej sumienności