Monday, 27 June 2011

Największy przekręt wszechświata*****


Najbardziej fascynujące w filozofii i nauce jest tym co jest religijne. Przekłada się to na ideologię, która z kolei jest zaangażowana w politykę, tę naukową i inną (bo w nauce nie ma debat. Jest tylko mówienie swojego, walka o władzę i nagłe, niewyjaśnione przełomy). Tak naprawdę jednak w największych filozoficznych i naukowych dysputach idzie o religię.

Spotkały mnie ostatnio trzy ciekawe rozmowy: jedna dziś na fb z mężnie broniącym materializmu kolegą z roku; druga w sobotę, z Sajgonem - o różnych życiowych sprawach niezwiązanych z dualizmem (i Sajgon i ja zgadzamy się co do jego zasadności, mówiliśmy więc innych kwestiach, m.in. o ekstremalnym eksperymencie Sajgona – ostrej mieszance by-passów, palenia i picia); i ostatnia - ze starszym kolegą ze studiów filozoficznych; jako skromna odnoga dualistycznej dysputy, tym razem rozgrywającej się w Pawilonach.

Mój ostatni rozmówca był umiarkowanym sympatykiem filozofii analitycznej. Powiedział, że zgadza się z nią, że pierwotnym sposobem naszego postrzegania rzeczywistości jest fizyczny (choć – z tego co wiem – nie wszyscy analitycy podzielają ten pogląd). Nie zgodziłem się z nim. Metafizyka, odpowiedziałem, pojawia się u nas ludzi równocześnie z fizyką. I ma prymat.

Zaproponowałem przyjrzenie się banalnej sytuacji: spotykamy drugiego człowieka. Jest piękny, ma rozpuszczone włosy i intrygujące oczy, urzekającą bluzkę w zielone kwiat … mniejsza z tym - spotykamy człowieka. Od razu wiemy, że to osoba. Ktoś kto ma ciało, jakąś wiedzę, poglądy, uczucia; kto może nas za chwilę polubić lub nie (może już nas lubi lub nie); kto może czegoś od nas chcieć.

Fizycznie dostrzegamy jednak w pierwszym momencie tylko to pierwsze. Co więcej - nic innego nie jesteśmy wstanie dostrzec w ten sposób. Skąd więc wiemy aż tyle? Ponieważ zaangażowaliśmy metafizykę: dokonaliśmy z miejsca metafizycznej klasyfikacji tego co widzimy jako ‘osoba’. I stąd nasza ogromna, natychmiastowa wiedza o tym co widzimy. Jak ten pierwszy moment spotkania wyglądałby z fizycznego i czysto materialistycznego punktu widzenia? Skromnie.

Pojęcie ‘osoby’ jest nieznane fizyce. I nie może być znane. Jak może być poznane przez coś co odbiera jedynie fizyczne bodźce? Jak nasz fizyczny mózg, który działa na zasadzie elektronicznej mógł dojść do idei, która zawiera zamiary, wiedzę, poglądy polityczne, uczucia? Nie mógł. Wymagałoby to przeskoku kategorialnego wykraczającego poza to co uznajemy dziś za możliwe, logiczne, racjonalne. Nie ma przeskoku z elektronu do emocji, z atomu do aspiracji, z prądu do prawdy.

Jak to więc możliwe, że taki przeskok jest proponowany poważnie a nie jedynie jako Gedankenexperiment i – co znacznie gorsze – nauczany poważnie? I tu dochodzimy do sedna sprawy: materializm, naturalizm i redukcjonizm są stanowiskami ideologicznymi. I to agresywnie ideologicznymi. Agresywne ideologie mają to do siebie, że potrafią śmiało iść do przodu po trupach tego co możliwe, logiczne i racjonalne. Za cenę przemilczeń, przekłamań lub nawet - dla idei! - ordynarnych kłamstw. Te, o których mowa bez skrupułów więc przyprawiły gębę ich konkurentowi: stanowisko, które jest zgodne z doświadczeniem, z tym jak żyjemy, z logiką i z intuicją przedstawiają jako nienaukową, religijną fanaberię.

A jest dokładnie odwrotnie: materializm jest zakładającym klapki na oczy kultem - i wiemy jakiego cielca ma za boga, choć nie wszyscy jego wyznawcy zdają sobie z tego sprawę; dogmatyka nie jest słabym punktem wyłącznie dzisiejszych chrześcijan.

To odwrócenie pozycji jest największym naukowym szwindlem wszech czasów. (Ale ma zbyt dużo dziur, by nie przebijało się trochę światła. I przebija się - patrz: Karl Popper, John Eccles, Charles Sherrington, Francisco J. Ayala, David Chalmers, Paul Davies, John R. Gribbin, a teraz Raymond Tallis; arystotelicy i tomiści czekają już naturalnie na szczycie na resztę*).

To, że niektórzy chcą propagować tę materialistyczną niedorzeczność i dołączają do sekty, bo wynika to z ich świadomie przyjętych dogmatów to jedno. Jak jednak wyjaśnić, że tak wiele niekoniecznie dogmatycznych ludzi na nią się nabiera?

Angielski poeta, lekarz i filozof Raymond Tallis określa sprowadzanie skomplikowanego życia ludzkiego do zjawisk i procesów materialnych jako ‘na szczęście prosty błąd’, który – podobnie jak teoria Marxa – miał upraszczać świat, dawać prosty wzór jego interpretacji; błąd, który – Tallis ma taką nadzieję – może też zostać łatwo skorygowany (ma w tym pomóc jego nowa, mająca się ukazać w przyszłym miesiącu książka „Aping** Mankind: Neuromania, Darwinitis** and the Misrepresentation of Humanity”).

Prostszy błąd nie musi niestety oznaczać bezpieczniejszego błędu. Może jest to błąd tak elementarny, tak fundamentalny, że łatwiej dostrzeże go dziecko niż naukowiec? Naukowiec, którego kłopot nie polega na tym, że założył uznanie jedynie tego co może być zaobserwowane, lecz na założeniu, że można uznać tylko to co da się zaobserwować jego narzędziami. Naukowiec, który był indoktrynowany od samego początku i jest teraz wytresowany tak, jak wg niego wytresowane*** nasze połączenia mózgowe, by reagować strachem, radością, smutkiem czy śmiechem na pewne kształty, zapachy i dźwięki (bo przecież nie idee, myśli, zdania - tych przecież mózg nie odbiera a tylko on odbiera, czyż nie?).

A za naukowcem podąża zaślepiona jego ‘nauką’ owieczka****.

Jak przekonać kogoś, komu podano ten błąd za młodu i kto go ufnie połknął i przyswoił? Wydaje się to niewykonalne. Ale zawsze można się modlić. Co przecież właśnie robię.



PS Już intuicja podpowiada, że redukcjonizm idzie w złą stronę: nasza wiedza i doświadczenie odsłaniają coraz bardziej skomplikowany obraz nas samych i świata. Dobra teoria powinna zatem komplikować a nie upraszczać.

*przypomniało mi się w związku z tym to, co powiedział pewien fizyk zaangażowany w badania dotyczące ewentualnego początku wszechświata, po tym jak jego nauka doszła do Wielkiego Wybuchu: „Mieliśmy takie uczucie jakbyśmy po setkach lat ciężkiej wspinaczki dotarli wreszcie na szczyt, z którego mieliśmy zobaczyć więcej niż ktokolwiek do tej pory … a tam czekali na nas uśmiechnięci i wpatrzeni w dal teologowie.” (Twórcą teorii Wielkiego Wybuchu jest – jako ciekawostka - belgijski duchowny katolicki i fizyk, Monsignor Georges Henri Lemaître)

**Aping: tutaj zapewne neologizm: umałpianie; Darwinitis: -itis - zapalenie, choroba jak w meningitis i laringitis

***A ta tresura wg naukowca to właśnie 'my'.

****
Dziecko stoi obok i powinno się śmiać, ale jest smutne.

*****wróciłem na moment. Wszystkie sytuacje związane z obroną dualizmu są stanami absolutnej wyższej konieczności. Wrócę jeszcze jutro w sprawie czerwonych, ażurowych majtek.

Friday, 24 June 2011

Look away now!



(vintageshopsigns.wordpress.com)

Wakacje, zawirusowany laptop, rekreacyjny alkoholizm – w sumie: przerwa w blogowaniu.

Po niej (jeśli dożyjemy):

O prawicowym lansie i lewicowym lamusie.

Jak w 1989 r. Polskę rzucono od razu na głęboką wodę, ale nie jesteśmy przecież narodem z pierwszej łapanki. (Chyba?)

Jak naiwnie byłoby łudzić się, że wraz z wolnością nie przychodzi zawsze jej orszak: kłamstwo, manipulacja, korupcja, złodziejstwo i głupota.

O lewicowych skłonnościach Instytutu Filozofii UW i konieczności prawicowej korekty.

O rzucaniu telewizora na głowy sofistów od reklamy, po filozofii; i o siedzeniu na płocie, jak to mówią Brytyjczycy.

Jak Kazimierz Ajdukiewicz stukał głowami swoich (później wybitnych) asystentów mówiąc: „Wbijcie wreszcie to sobie tutaj: Bóg istnieje!” (Przy innej okazji, patrząc na górski krajobraz: „Bóg jest piękny. A co z niego zrobili teologowie!”)

O tym jak wg dr. hab. Ryszarda Kleszcza (UŁ) filozofia analityczna skończyła raz na zawsze z ludzkim niepokojem z powodu istnienia wszechświata, ‘udowadniając’, że zdania mówiące o tym niepokoju nie mają sensu (powiedział to patrząc mi prosto w oczy).

Jak gej z Parku Skaryszewskiego przypomniał mi innych, z Hampstead Heath. I o pudłowaniu miłością.

O przeżyciu się zaawansowanych technicznie efektów wizualnych (zamiast nich proszę o kamień).

O świętych z bliżej nieznanej pozaziemskiej cywilizacji (na pewnym renesansowym obrazie).

O egzotycznych światach na Uniwersytecie Warszawskim („Może prawo własności jest fundamentem Pana cywilizacji”, powiedział mi prowadzący spotkanie – współorganizowane przez Instytut Filozofii! – z francuskim marksistą, prof. Balibarem. Przed wystąpieniem profesora, prezentowała się radykalna, antysystemowa, lewacka organizacja – wszystko to dwa kroki od Wydziału PRAWA i Administracji!)

„Halt!” - jak Niemcy robią się u nas bezczelni językowo (Weltbild zamiast „Świat Książki”)

O tym jak polska klasa średnia i wyższa zawodzi naród i Kościół nie wydając z siebie księży (a potem, hipokryci, narzekają, że „znowu kazanie było słabe”).

Z jakiego powodu Jacek Żakowski nie budzi się zalany potem w środku nocy (a powiedział mi, że budzi się tak czasem).

Jak Jacques Chirac studził entuzjazm Aleksandra Kwaśniewskiego przed wejściem Polski do Unii Europejskiej („to przede wszystkim przedsięwzięcie biurokratyczne, które nie pociągnie już pewnie zbyt długo”).

Czy konstytucja może być dobra, kiedy państwo jest złe? (Zaległa – i to jak! - relacja z b. ciekawego spotkania współorganizowanego przez prężnych studentów prawa UW nt. naszej ustawy zasadniczej).

O tym co w nauce najbardziej ekscytujące – o bezpardonowej walce o władzę.

Jak spacyfikowałem nieznośnego bachora Leibnizem.

O moim nadchodzącym pożegnaniu z Markiem (Zuckerbergiem).

O piwie, winie i wódce.


Panika intelektualna


Na niedawnym na spotkaniu poświęconym zmarłemu 30-go maja prof. Markowi Siemkowi; filozofii, którą się interesował (Fichte, Schelling, Kant, Hegel); jego znakomitym podobno wykładom oraz wyjątkowemu – wg powszechnego świadectwa - stylowi dydaktycznemu, uderzyła mnie pewna wielce niepokojąca myśl.

Poziom rozmowy panelistów był znakomity. Pojawiały się w niej intrygujące terminy („transcendentalna filozofia społeczna”) i przenikliwe spostrzeżenia. Jedno z nich pochodziło od dr Marcina Poręby. „Prof. Siemek wykonywał ogromną pracę intelektualną przygotowując się do swoich wykładów ciągle powracając do pewnych tematów, patrząc na nie z różnych pozycji, szukając dogłębnie ich genezy. A w trakcie wykładu robił rzecz najtrudniejszą z możliwych: całe to przygotowanie stanowiło jedynie podstawę do rodzącej się w trakcie wykładu myśli” (cytuję z pamięci).

(Inna z ciekawych uwag Dr Poręby to ta – wypowiedziana podczas sesji naukowej „Świadomość, Umysł, Filozofia” - że „zarzut non sequitur jest niestosowny na pewnych etapach filozofowania”)

W trakcie uświadomiłem sobie jednak coś strasznego: nie było to oczywiście spotkanie dyskusyjne czy polemiczne, lecz nawet gdybym się uparł, nie wymyśliłbym żadnego kontrowersyjnego komentarza – tak zaawansowane, głębokie i eleganckie były wypowiedzi panelistów. Było frustrujące* słuchać tych inteligentnych erudytów i móc tylko w milczeniu ich podziwiać**.

Z drugiej strony, stale powracającym wątkiem była niemiecka filozofia idealistyczna, której – z tego co słyszałem – nie da się zbyt spójnie komentować (nie wspominając już tym, że podobno nie da się jej też czytać).

Na osłodę wyniosłem tę anegdotę: „Mówi się, że filozofowie nie potrafią zarabiać pieniędzy, ale już przecież Tales udowodnił, że bycie filozofem nie wyklucza dojścia do majątku. Więc my nie musimy.”


PS Wikipedia zawiera takie oto intrygujące zdanie o profesorze: "Siemek rysuje obraz Hegla jako twórcy teorii swoiście nowoczesnej formy uspołecznienia, która umożliwia realizację ideału wolności wszystkich, urzeczywistniającego się dzięki rozumowi, zrodzonego z racjonalności instrumentalnej, zapośredniczonej przez złożone procesy społeczne (chytrość rozumu)".


*;-)

**Rzeczy wróciły na szczęście do normy trochę później, na spotkaniu z dwoma neomarksistami i Żakowskim, z którego - nawiasem mówiąc - wyciągnąłem wyznanie, że budzi się czasem w nocy zalany potem i z przerażeniem w oczach. Ale o tym innym razem.

Wednesday, 15 June 2011

Dawno temu, 4-go czerwca ...


Cała Warszawa ostatnio mieści się dla mnie na kawałku Krakowskiego Przedmieścia, mniej więcej od Kościoła Św. Krzyża, poprzez Uniwerek a kończąc w okolicy Pałacu Prezydenckiego. Ten odcinek jest jak rynek niedużego miasteczka lub większej wsi. Urzęduje przy nim sołtys, jest kościół z plebanem i lokalna szkółka. Jak przystało, jest też knajpa, w której - jeśli nawet nie na sołtysa czy plebana (a szkoda!) - można wpaść na kilku ciekawych typów, paru miejscowych notabli i jednego czy dwóch miasteczkowych bogaczy.

Stałem zatem niedawno przed Zakąskami Przekąskami, czując wciąż w ustach śledzia, popijając piwko i przysłuchując się żywej - takiej jak powinna być i w miejscu w jakim powinna być - dyskusji pomiędzy kilkoma mieszkańcami miasteczka a grupką przyjezdnych, kiedy zauważyłem nagle idących w moją stronę dwóch postawnych facetów. Mieli groźne miny, ale nie bałem się - wiedziałem, że byli po mojej stronie.

I chcąc niechęcąc wróciłem myślami do pewnych wydarzeń, których byłem świadkiem - ba! uczestnikiem – ponad dwadzieścia lat temu …

Patrząc bowiem na idących od strony urzędu sołtysa dwóch Garych Cooperów, przypomniałem sobie swoją skromną rolę w obalaniu komuny, kiedy to agitowałem intensywnie za możliwą wolnością w 1989, przygotowywałem grunt - jako jedna z mrówek - na nadjeście tej całkowitej, w 1991.

... "Nie życzymy sobie, żebyście nas filmowali", rzuciłem agresywnie w stronę kilku gości, którzy ustawili się przed naszym 'Solidarnościowym' stolikiem. Obsługiwałem go razem z kilkoma kolegami. Byliśmy na kompletnym politycznym haju – po raz pierwszy od czasów narzucenia nam władzy przez Sowietów mogliśmy w Polsce wybierać niezależnych od władzy kandydatów. Rozdawaliśmy cały dzień ulotki, odznaki, plakaty, pewnie zbieraliśmy też jakieś podpisy i krzyczeliśmy przez tubę: "Głosujcie na naszą Basię kochaną! Pozycja 5 na liście!", promując późniejszą lewicową działaczkę i publicystkę, Barbarę Labudę. Goście z kamerą i mikrofonem zaczęli coś tłumaczyć, ale przerwałem im. Jak każdy kto miał wtedy choć krztę przyzwoitości lub inteligencji gardziłem reżimowymi mediami i nawet nie miałem zamiaru z nimi gadać. "Powiedziałem: odmawiamy zgody na filmowanie. Do widzenia!". Wściekła ekipa zwinęła się i mrucząc coś pod nosem oddaliła. Bardziej spostrzegawczy (lub inteligentniejszy), lecz mniej porywczy kolega powiedział wtedy: "Wiesz, to chyba nie była reżimowa ekipa". "Co ty? Nie widziałeś jaki mieli sprzęt?". "Widziałem. Ale dlaczego nosiliby w takim razie odznaki 'Solidarności' w marynarkach?". Przepędziłem ludzi z wrocławskiej, niezależnej, solidarnościowej telewizji.

Miałem na szczęście też mniej sabotażowe epizody w mojej działalności opozycyjnej.

Jednym z nich była zorganizowana z kumplami licealna uroczystość z okazji odzyskania niepodległości w 1918r. Można ją było od niedawna obchodzić i postanowiliśmy ją obejść dosadnie. Działo się to już po zniesieniu stanu wojennego, lecz długo przez Okrągłym Stołem. Atmosfera w kraju robiła się coraz bardziej napięta. Ludzie dochodzili do siebie po bandyckim zduszeniu 'Solidarności' przez zdrajcę Jaruzelskiego i zaczynali tęsknić za dniami, kiedy wydawało im się, że mieli szansę unieść, choćby trochę, komunistyczny but. Umocowana przez słabnących Sowietów władza była niespokojna i czujna. Nie wiedziała tego jednak pilotująca nasze przedsięwzięcie ze strony szkoły sympatyczna i spolegliwa nauczycielka, niezbyt zainteresowana polityką - ani tą międzynarodową, ani krajową, ani szkolną. Mogliśmy więc nie liczyć się ze słowami. I nie liczyliśmy się, przesuwając akcent o dwa lata - z momentu odzyskania niepodległości na jej obronę przed zalewem barbarzyńskiego komunizmu ze wschodu.

W tamtym dniu przy wielkim, rozstrojonym fortepianie usiadła córka lokalnego szefa PZPR (co miało potem znaczenie) i zgrała wielce oryginalną interpretację melodii "Pierwszej Brygady". Niektórzy mogli myśleć, że jest to jakaś jazzowa wersja, lecz prawda była taka, że dostała dużą widokówkę z portretem Marszałka i nutami kwadrans przed imprezą i po prostu uczyła się grając przed zgromadzoną w pięknej auli szkołą. Co kilka fraz przerywała, by ktoś z rzędu stojących na scenie patriotów, uzupełnionych kilkoma przypadkowymi i naprędce zwerbowanymi posiłkami, mógł przeczytać jeden z soczystych, anty-sowieckich kawałków wybranych przez mojego brata, naszego ówczesnego specjalistę od Piłsudskiego (po latach dopiero doceniłem, że dobrał je tak, by przekaz był jednoznaczny, lecz dyrektor nie dostał jednak zawału). "Konieczność zatrzymania czerwonej lokomotywy", była jednym z łagodniejszych określeń jakie padły ze sceny. Impreza spodobała się naszym kolegom i dostaliśmy hojne oklaski. Jedynie pierwszy, nauczycielski rząd siedział dziwnie skamieniały.

Osobiście byłem przekonany, że idealnym zwieńczeniem byłaby duża wewnątrzszkolna afera. Nie jednak nastąpiło nic. Dopiero kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się poprzez kogoś z koneksjami w lokalnych władzach (to był mały, powiatowy świat), że rozważano poważnie wywalenie nas ze szkoły. "Uratowała" nas drugoplanowa, lecz rzucająca się w oczy rola córki partyjnego sekretarza. Jak żałowałem po kilku latach, że do tego nie doszło! Gnuśniałem wtedy w szarej, depresyjnej Polsce i nie miałem żadnego pomysłu jak się wyrwać na wolność, na 'Zachód', a taki punkt w CV mógłby mi otworzyć wiele drzwi.

Oprócz kilku 'doszłych' epizodów, pamiętam też wyraźnie jeden niedoszły. Na obowiązkowy wciąż pochód 1-Majowy przygotowałem czerwoną flagę zamazaną w większości czarną farbą. Planowałem pomachać nią przed nosami lokalnych notabli w jakimś kluczowym momencie pochodu. Spędziłem dużo czas na jej przygotowanie. Rano zniknęła z podłogi, gdzie schła. Znalazł ją ojciec i - w trosce o mnie - zniszczył. Była to ostatnia pyskówka, jaką z nim miałem.

I ważne było, że przez cały czas, przy każdym drobnym incydencie czułem, że jestem częścią większej i szlachetnej sprawy. A ludzie wspierali się w niej, pocieszali, podtrzymywali na duchu. Choć to co robiliśmy było - w naszym wydaniu - na małą skalę, np. odważny polityczny spór z nauczycielem w czasie godziny wychowawczej, miało to duże znaczenie dla naszego sumienia: byliśmy gotowi... nie powiem 'walczyć', lecz po prostu robić coś dla wolności, dla prawdy. Nie wiem jak bym się dziś czuł, gdybym w paru momentach nie powiedział głośno "Nie!", kiedy wszystko w środku mówiło mi "nie"; lub, gdzie było trzeba - "Tak!" Brzmi banalnie, ale znam wielu ludzi, którzy nigdy w tamtych czasach tego "nie” nie byli w stanie powiedzieć.

Patrząc wstecz, nie wiem czy byłbym w stanie wytrzymać tyle lat ze swoim narodem, gdyby nie tamte przeżycia i tamte chwile. Gdyby nie tamte momenty, kiedy czułem tę prawdziwą i tak silną więź ze wszystkimi - a było ich wielu - których naturalnym instynktem jest prosta prawda a nie proste kłamstwo; momenty, kiedy mogliśmy liczyć na siebie, na Kościół, na Reagana i Thatcher.

I mieliśmy postulaty. Nie mówię o tych stoczniowych (tylko wielki szacunek dla tamtych robotników, nie pozwala mi nazwać większości z ich żądań 'śmiesznymi') - lecz o innych, zapisanych tu i tam między wierszami, ale wyraźnie w nas samych. Było ich niewiele i ich lista nie była identyczna u każdego, ale kilka z nich powtarzało się zawsze: chcieliśmy, by zrobiono pierwszy kroku w stronę sprawiedliwości - zlikwidowano największe, wołające o pomstę do nieba niesprawiedliwości; chcieliśmy więcej racjonalności w walącej się gospodarce; i wreszcie - być może najważniejsze, gdyż od tego zależało chyba wszystko pozostałe - wolności, by nazywać rzeczy po imieniu, głośno i publicznie. Wiem, że dziś kiedy produkujemy więcej opinii niż jesteśmy w stanie skonsumować, możemy nie docenić jak ważne jest to, by gdzieś ktoś w tej kakofonii prawd nazwał coś trafnie i głośno; i żeby ktoś gdzieś to odebrał. Ale to jest ważne.

Pamiętam, co znaczyło dla mnie móc po raz pierwszy w życiu usłyszeć jak ktoś nazywa rzeczy po imieniu w politycznej debacie w telewizji. Wybuch butli z tlenem w buzi rekina ze "Szczęk", lądowanie Marsjan w "Wojnie Światów", pierwszy pocałunek Janka i Marusi z "Czterech Pancernych i Psa" razem wzięte nie przebiją tego dreszczu, który przechodził przeze mnie, kiedy Ryszard Bugaj zbijał wyuczone na pamięć formułki jakiegoś partyjnego eksperta.

I wiem, że Okrągły Stół był czymś więcej niż się dziś sprzedaje młodzieży w podręcznikach (kto oddaje państwo za darmo? Nie oddawali go za ocalenie własnej skóry - nawet w oddali nie pojawiła się przecież groźba szubienic... I rozumiem tych, którzy poszli na układ z komuną; nie rozumiem tych, którzy go nie zerwali). Inaczej też patrzę dziś na rolę wielu pierwszo- i drugoplanowych postaci tamtych wydarzeń.

Lecz wiem też coś innego: w tym co się działo było wystarczająco dużo prawdy, autentyczności i racji - jeśli nie wśród przywódców to na pewno wśród zwykłych Polaków - żeby ocalić tamten moment. I one sprawiły, że te wszystkie prawdziwe i wymyślone spiski, oszustwa, tajne programy, nieujawnione ambicje i cele - za które płacimy do dziś - znalazły się wtedy w cieniu tej wielkiej, wymarzonej przez nas, zbudowanej naszymi rękami i wysłanej Polakom przez Polaków Statuy Wolności; statuy budowanej od Powstania Warszawskiego, poprzez WiN, NSZ, w czasie uwięzienia kard. Wyszyńskiego, Poznania '56, Grudnia '70, Czerwca '76 aż do tamtego pięknego Sierpnia (o którym do dziś na Litwie pod strzechą piosenki śpiewają) i - a niech tam! – Wałęsy; statuy, którą w pewne południe zaanonsował Gary Cooper i która - mówcie co chcecie - przybyła w końcu dwadzieścia kilka lat temu, 4-go czerwca, w samo południe.

PS I jeszcze jedno: być może był to pierwszy i ostatni raz w moim życiu*, kiedy delektowałem się wolnością - jej smaku nie czuć przecież, kiedy jest, tylko kiedy przychodzi.

*Przed tym rzekomym, nieco większym wyzwoleniem.

Monday, 13 June 2011

Uniwersyteckie mity i ploty


Oto ostatnia, najprawdopodobniej, garść mitów uniwersyteckich, do których dorzucam tym razem kilka solidnie wyglądających plotek zebranych na Uniwersytecie i w okolicach przez grupę badaczy pracujących w ramach tajnego programu Instytutu Socjologii i Innych Nauk Niestosowanych . Ponieważ tracę regularny kontakt ze swoim źródłem, będę wdzięczny za Wasze informacje. Podrzucajcie je w komentarzach.

Jak to mówią studenci anglistyki, (ci słabo przygotwani, którzy wpadają czasem w polonizmy)
please:

Podobno Rektor UW jest w rzeczywistości kobietą.

Każdy egzaminowany dostanie pozytywną ocenę, choćby najniższą, jeżeli popatrzy w oczy egzaminatorowi przez
16 sekund w milczeniu i bez mrugania.

Jeśli przez pomyłkę czas
bezmrugnięciowego, milczącego wpatrywania zaliczeniowego zbliży się do 31, oblewa się bez względu na wartość odpowiedzi.

Studenci Instytutu Filozofii, którzy siadają przy ścianach
przylegających do kościoła św. Krzyża choć raz w swoim życiu pójdą do kościoła.

W danym momencie liczba studentów
ASP żałujących po cichu, że nie wybrała UW i liczba studentów UW pragnących w sercu studiować na ASP są identyczne.

Obie uczelnie sponsorują tajny program zidentyfikowania tych studentów i hurtowej wymiany.


Moje źródło, które miało wgląd we wstępne listy twierdzi, że jeśli dojdzie do wymiany
walory estetyczne UW - choć to turdne do wyobrażenia - jeszcze wzrosną.

We wtorki pomiędzy 9.45 a 9.50 z trzeciej kabiny od prawej w męskiej toalecie IF korzysta najinteligentniejszy student lub studentka filozofii (jeśli korzysta więcj niż jeden/-a, rozstrzygnięcie następuje przez siłowanie się na rękę).

Pracownicy Zakładu Transportu Miejskiego nazywają Tramwaj Filozoficzny '
Demokryt' - jest wesoły, materialistyczny i krótki jak to co zostało jego z pism.

Przed każdym kursem Tramwaju Filozoficznego
motorniczy przechodzi przyspieszony kurs filozofii, na wypadek konieczności rozmowy w trasie.

Kurs przygotowany przez kadrową motorniczych jest rzekomo tak skuteczny, że władze Instytutu zażądały jego
utajnienia bojąc się konieczności skrócenia studiów i utratę etatów.

Zachęcona sukcesami w innych obszarach relacji z Polską, Moskwa zarządała podobno od naszego rządu zmiany nazwy Uniwersytetu na
"Warszawska Szkoła Główna".

Wedłu
g mojego źródła trwają właśnie tajne negocjacje w tej sprawie, lecz premier Tusk rozważa zadanie kłamu zarzutom bezjajecznej polityki zagranicznej i nie wyklucza odmowy.

Konserwa




Konserwatyzm jest sercem, które narzuciło sobie - po męsku - rozum.


Konserwatyzm jest myślą, która biegnie przed czynem. I czynem wyprzedzanym przez myśl - kiedy inni, o dobrych i dziecinnych sercach, zrywają się z okrzykiem, wierząc, że ruch ma wrodzony sens.

Konserwatyzm jest świadomością, że rządzenie państwem jest jak żeglowanie - nie przez oczywisty wymóg rzadkich umiejętności i doświadczenia - lecz przez to, że jest przed nami cały ogrom spraw, na które państwo nie ma wpływu. Mają go obywatele.

Jest ojcem, który stając przed krzywdą nim wyda osąd dociera do jej sedna - kiedy syn porywa sztandar i pędzi, nie wiedząc gdzie.


Konserwatyzm wie, że nierówność nie musi oznaczać niesprawiedliwości. Walczy z tą, która wynika z nierównego traktowania ludzi; broni tej, która wynika z nierówności w samych ludziach.

Konserwatyzm wie, że ludzie rozumieją hierarchię i autorytet, bo każdy z nich jest własnym królem.

Konserwatyzm rozumie, że są systemy zbyt duże by człowiek mógł nimi sterować. I wie, że to błogosławieństwo.

Konserwatyzm wie, że najlepszy sposób w jaki państwo może pomóc ludziom osiągnąć dobrobyt to nie przeszkadzać im w tym.

Konserwatyzm wie, że ból bywa dobry, że płacz jest darem. A państwo jest marnym (i najdroższym) pocieszycielem.

Konserwatyzm rozumie, że porażka jest sprężyną. Że najmocniej stoi co przeżyło upadek. I że nie wszystko musi przeżyć upadek. Dlatego nie próbuje za wszelką cenę ratować kruszącego się.

Konserwatyzm najpierw pokornie uczy się świata. A potem go zmienia.


Konserwatyzm wie, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość cały czas trzymają się za ręce.


Konserwatyzm, jak żydowski kupiec, widząc biedę - liczy.
A nie, jak zubożały szlachcic-rewolucjonista, z nieswojego chce rozdawać.

(Konserwatyzm wie, że biurokraci - do których nic nie ma personalnie - rozmażają się jak króliki w ciepły wiosenny dzień; po deszczu. I ich - znowu: nie personalnie - tępi jak szczury, czy coś takiego -
jest to dla mnie zbyt emocjonalny temat, by pilnować spójności metafor)

Konserwatyzm wie, że państwo nie może kochać - tylko człowiek; ż
e dar od drugiego jest szansą a dar od władzy jest pułapką.

Że zabrane i rozdane pod przymusem powróci się zemścić.


Konserwatyzm nie boi się wziąć władzy, ale jej nie pożąda, bo wie, że jest groźnie bawić się w Boga.


Konserwatyzm nie wierzy, że cel uświęca środki.

Konserwatyzm nigdy nie poświęca życia obywateli dla idei (jeśli już to dla sprawy). Ale dla ich obrony nie waha się zabić.


Konserwatyzm pali pachnącą fajkę i jest stabilny, jak mądry kapitan, który przepłynął siedem mórz i nie łudzi się, że statek dopłynie do Nowej Jerozolimy (tam - na innym statku). Ważne jest, żeby nie zatonął.*

Konserwatyzm jest jak dziewczyna w rozwianych na wietrze historii włosach jadąca nago na białym ... (- no może tu mnie odrobinę poniosło. Pomińmy ten punkt).

W każym razie, żeby nie przynudzać dłużej podsumujmy: konserwatyzm jest ekscytującą propozycją inlektualną, którą każdy młody mężczyzna powinien poważnie rozważyć (dla starych mężczyzn, którzy jeszcze do niego nie doszli jest już za późno. Ale cuda się zdarzają. A i jeszcze to -

Konserwatyzm nie liczy na cuda, ale ich nie wyklucza).


*Michael Oakshott


Bibliografia: Arystoteles, (Platona - z wiadomych względów - pominiemy;
zrobił sporo dla ducha, ale nie znał się na Państwie), św. Tomasz z Akwinu O.P., de Soto O.P, Suarez S.J. (dwaj ostatni ze wspaniałej Salamanki), Chateaubriand, Burke, Turgot, Say, Smith, Menger (z Nowego Sącza), Böhm-Bawerk, von Mises, Hayek, Kirk, Friedman, Bocheński, Dzielski, Korwin-Mikke (z Józefowa)

Saturday, 11 June 2011

158/99


Znudziwszy się w toalecie Saulem Kripke (nadrabiam zaległości; tak, mój 'timing' jest specyficzny) zaczynam przeglądać metkę bielizny i trafiam na dziwne zjawiska cywilizacyjne: kultura F - podonie jak US - zadowala się oznaczeniem rozmiaru jako 'M'; ludy D zmieniają literę na cyfrę, lecz także nie wychodzą poza jeden znak - 5; te określane jako I, dorzucają drugi: 48. Najciekawsza jest jednak kultura CN - by opisać moje proste (choć stylowe) majtki potrzebuje aż sześciu znaków: '158/99'*. Mam nadzieję, że jakiś antropolog to bada.


PS U dołu tej samej, kilkutomowej metki, natrafiam na jeszcze bardziej intrygującą różnicę**:

"US - cotton 95%, elastin 5%
CAN - cotton 98%, elastin 2%
CN - cotton 97,6%, elastin 4,8%"
D - cotton 105%, elastin 3%, silk -8%"


*nie podaję chyba zbyt wielu poufnych informacji o sobie?
**za to ostatnie odkrycie nie dam głowy - druk był okropnie mały, a ktoś się dobijał do drzwi.

Friday, 10 June 2011

Mit Herrn S. in der "Schöne (?) neue Welt"



Knajpa* była pełna. Ktoś świętował urodziny i roiło się od nieintensywnych rozmów, kuszącego śmiechu i pogodnych ludzi. Choć był wyjątek.

Jedyna wolna kanapa znajdowała się w kąciku dla dzieci. Było to lewicujące miejsce, w którym - poza wieloma innymi błędnymi poglądami - naiwnie wierzono w możliwość rodzinnego picia i gdzieś w rogu stworzono 'salkę zabaw'.

Zaciskając zęby (w piciu alkoholu, jak wiadomo, image jest kluczowy), ruszyłem w tamtą stronę. Na drugim końcu kanapy siedział przesadnie elegancko ubrany Niemiec. W rękach trzymał grubą, łacińską książkę. "Czy mogę?" Nie odpowiedział tylko wykonał minimalny gest głową - przyzwalający, lecz jakby niechętnie.

Na stoliku leżała otwarta gazeta. Wziąłem ją do ręki. Było to coś satyrycznego i w pewnym momencie wybuchnąłem głośnym śmiechem. Niemiec podniósł wzrok i mnie nim upominał. Powróciłem do lektury, już cichej.

Dopijałem pierwsze piwo, kiedy mój sąsiad pochylił się niespodziewanie w moją stronę i szepnął: "Der blinde, vernunftlose Weltwille". Zbił mnie zupełnie z tropu. Myślałem, że chciał rozpocząć rozmowę, lecz nim zdołałem cokolwiek powiedzieć on powrócił do swojej księgi. Zaniepokoił mnie. I zaciekawił. "Piwo?", zaproponowałem. Odmówił bez słowa.

Wstałem i poszedłem w stronę baru. Słowa Niemca pracowały. Kiedy barman napełniał szklankę, rozejrzałem się jeszcze raz dookoła.

Brzydka intelektualistka pisała coś na Macu. Obok leżała książka "Jak napisać scenariusz. I go sprzedać". Miałem już gotową recenzję: powstaje kolejny gniot. W jej twarzy było dużo inteligencji i sarkazmu, sporo cynizmu, odrobina dowcipu i zero miłości.

Stolik dalej dwóch facetów rozmawiało o takich rzeczach, że szkoda byłoby na nie czasu, nawet gdyby dotyczyły ich własnego życia. Jedna z kelnerek biegła do urodzinowego stolika z kieliszkami, o których ktoś zapomniał. Dwie pozostałe rozmawiały o rewelacyjnej szmince. Kiedy skończyły, zabrały z lodówki beznadziejne, słodkie musujące wino i podążyły za koleżanką.

Zaczynałem rozumieć Niemca.

W drodze od baru minąłem jubilatkę, prowadzoną z zamkniętymi oczami do stolika, na którym znalazł się tort. "Uważaj!", rzuciłem, "przed tobą jest ogromna czarna dziura".

Kiedy wróciłem w kąciku bawiły się dwa bobasy. Jeden bazgrał niemiłosiernie na dużej kartce papieru. Jego mama podeszła i pochwaliła go wylewnie, rzucając w jego serce ziarno skrzywionej samooceny i pychy. Drugi biegał bezmyślnie wokół niskiego stolika. I biegał. I biegał. Niemiec popatrzył na mnie. Chciałem zapytać go o coś, lecz on zatrzymał mnie kiwnięciem głowy i zatopił wzrok w łacinie. Ja ponownie skierowałem swój na salę.

Dziewczyna świętująca urodziny nie dotarła jeszcze do stolika. Przy nim jedna z koleżanek komplementowała ją w sposób, który ewidentnie miał drugie, mniej przyjemne dno. Czy miało to związek z pięknym chłopakiem, który siedział naprzeciw niej, a w którym obie - jak miało się potem okazać - były zadurzone? Cała ich część sali była zresztą przepełniona flirtem, gorącymi spojrzeniami i czułymi szeptami. Był to bolesny i nieprzyjemny widok: jak ci młodzi wpadają na oślep w coś co tak naturalnie i szybko zamordują nim się w ogóle zorientują co mieli.

I czy w całej tej roześmianej grupce znajdzie się wtedy choć jeden przyjaciel, kiedy oni będą zwijać się na podłodze skomląc? Czy, tak jak teraz, będą razem, tylko kiedy będą od innych czegoś chcieli? Podziwu, seksu, dowartościowania? I nawet jeśli ten przyjaciel tu jest czy na czas się zorientują? Czy rozpoznają go dopiero w swojej godzinie słabości, lecz wtedy okaże się, że już go kończy zabijać jakaś nieuleczalna choroba ...

A może te urodziny były jeszcze posępniejsze niż się wydawało i przyniosły największe nieszczęście jakie spotka tę śliczną dziewczynę - jej męża.

"Niemiec się nie myli", pomyślałem. "Ta krzątanina nie prowadzi do niczego dobrego. Więcej - nie prowadzi w ogóle do niczego. Można sobie darować. Wszystko" - przypomniałem sobie, że także moje ciało rozkłada się a wszechświat stygnie. Popatrzyłem na niego i chciałem powiedzieć ... , lecz dokładnie w tym momencie mały chłopczyk potknął się o zabawkę i poleciał bezwładnie w stronę stolika. Rzuciłem się do przodu i w ostatniej chwili uchwyciłem szklankę z piwem.

Trzymałem się jej kurczowo. Ożywcze zimno przeszyło moją rękę, ciało i serce. Miałem w dłoni pierwszy punkt oparcia. "Nie rezygnuj. Poczekaj na przyszłość**..", powtarzałem sobie jak modlitwę. Wziąłem duży łyk. I kolejny. I kolejny. Odbiło mi się po nich potężnym odbiciem - instynktowną afirmacją może niedużego, ale skrawka życia.

Odwróciłem się w stronę Niemca, ale już go nie było. "Nie szkodzi", pomyślałem. I tak nie powiedziałbym już: "Das stimmt".



*w dawnych czasach. Po umieszczeniu w oknach głupiego plakatu, bywanie tam jest obciachem, nawet w czasie promocji (do 17.00 Lech za 6zł)

**dopiłem drugie i poszedłem po trzecie.

Wednesday, 8 June 2011

Dziś Madryt, jutro Warszawa



"Dziś Madryt. Kiedy Warszawa?", pyta plakat w oknach Komitetu Centralnego lewicowej młodzieży warszawskiej, knajpy Nowy Wspaniały Świat.

Dziś Madryt, kiedy Warszawa - co? Opustoszeje na wakacje, zostanie zalana falą gorąca czy dotknie ją jakieś inne naturalne zjawisko, n.p. wylew na ulice lewicowej młodzieży?

W wielu miejscach Starego Kontynentu Europejczycy doskonale wiedzą, że kiedy latem jest parno i pochmurnie, będzie burza i dobrze jest zabrać ze sobą parasol; kiedy wcześniej niż zwykle przychodzi śnieg, drogi będą nieprzejezdne i w podróż trzeba się wybrać pociągiem; a kiedy nadchodzą trudniejsze ekonomicznie czasy, można się spodziewać wysypu lewicowej młodzieży i możemy się spóźnić do pracy.

Do wszystkich z tych zjawisk można się przyzwyczaić i dostosować. Po żadnym z nich nie spodziewamy się też intelektualnej treści, nie mówiąc już o spójności. Nie oczekujemy od deszczu, że wymyśli efektywniejsze sposoby wykorzystywania energii; od śniegu, że opracuje reformę systemu edukacji; ani od lewicowych młodych gniewnych, że zaproponują coś ciekawego na temat polityki czy gospodarki.

"Ten protest jest przeciw kapitalizmowi, przeciw dyktatowi rynku, przeciwko bankom, przeciwko nie działającej demokracji a za prawdziwą demokracją", deklaruje jeden ze sfrustrowanych Hiszpanów. (Demokracja była zapewne prawdziwa, kiedy zwyciężał socjalista Zapatero, na którym spoczywa największa odpowiedzialność za dzisiejsze problemy gospodarcze Hiszpanii i na którego większość z obecnych na placu Puerta del Sol głosowała). Czy za tym 'programem' obalenia całego systemu idzie coś konstruktywnego, przemyślanego i choćby częściowo i z dobrymi rezultatami sprawdzonego? W takich samych ilościach jakie spadają z deszczem.

Jest jednak pomiędzy tymi, powiedzmy, klimatycznymi zjawiskami pewna groźna w konsekwencjach różnica: żyjemy w populistycznych demokracjach i od czasu do czasu ten ostatni, ludzki fenomen może mieć wpływ na politykę. Bezmyślna demonstracja w Madrycie czy Warszawie może utrwalać szkodliwą politykę państwa lub prowokować nowy, kosztowny błąd. I koło się domknie.

To właśnie może się stać w Madrycie: od rządu oczekuje się materialnych konkretów. Żądania czegokolwiek namacalnego od rządu są żądaniami autodestrukcyjnymi. Rządy bowiem by móc cokolwiek dać muszą znacznie więcej zabrać. A zabieranie obywatelom jest tym co te tygryski lubią najbardziej i nałóg ten wyrwał się już im dawno w całym zachodnim świecie spod kontroli. Konserwatyści są tego doskonale świadomi, lecz ta kluczowa diagnoza nie dotarła jeszcze do lewej części politycznego spektrum.

Rząd z definicji nie jest w stanie dać czegokolwiek materialnego. Jedyne co może zaoferować to straż nad infrastrukturą pozwalającą obywatelom na bezpieczne życie i powiększanie swojego duchowego i tego mniej ważnego dobrobytu. A w sporadycznych przypadkach reperowanie i - w idealnym świecie niechętne - rozbudowywanie tej infrastruktury. Wszystko to przy zachowaniu fundamentalnego prawa: obywatele muszą mieć możliwość wypracowania wystarczających zasobów, by utrzymać siebie i państwo. W takiej kolejności.

Problem z dzisiejszą populistyczną i bankrutującą demokracją polega na tym, że zamiast ułatwiać utrudnia wypracowywanie zasobów. A kolejność rozliczeń odwróciła. Państwo - z wielką pałą - zgłasza się pierwsze, kiedy stłoczona w małym mieszkaniu i nie będąca w stanie opłacić bieżących rachunków rodzina czeka pokornie z tyłu. I często się nie doczekuje.

Okrzyki w Madrycie i może wkrótce w Warszawie zwiększają jedynie prawdopodobieństwo pogorszenia sytuacji. Demokratyczni politycy mogą zostać już całkowicie - teraz są w większości jedynie - zaabsorbowani zabieraniem obywatelom pieniędzy, by móc - zgodnie z żądaniami - oddać ich ułamek. Wtedy dochodzi do kompletnego ogołocenia społeczeństwa i zrujnowania infrastruktury.

A potem do tego co wczoraj stało się w Atenach, dziś zaczyna się dziać w Madrycie. A jutro stanie się w Warszawie.




PS Właśnie czytam informację, że rząd hiszpański chce podnieść płacę minimalną. Czyli wyrzucić z pracy kolejną transzę Hiszpanów (co wiedzą konserwatyści, lecz nie lewicowi demonstranci).