Thursday, 28 April 2011

Sciąć głowę zielonego smoka!



Zielony smok znowu podnosi swoją głowę.

Zbierający cięgi na każdym innym froncie lewicujący aktywiści poczuli wiatr w turbinach i po dokładnym ;) przeanalizowaniu ;) solidnych danych ;) podawanych przez wiarygodne ;) Greenpeace za pośrednictwem centrali 'zielonych' i socjalistycznych partii ruszyli na ulice porywając za sobą tabuny zatroskanych i dobrze zorientowanych w temacie ;) ludzi, żeby protestować przeciwko energii nuklearnej.

W naszym kraju promujące ostatnio męskie ciuchy, kosmetyki i internet za pomocą modela Napieralskiego SLD zauważyło szansę na inne niepoważne, lecz mogące przysporzyć im głosów zajęcie i nawołuje do referendum. A energia jądrowa jest przedostatnią rzeczą, o którą należy pytać lud (ostatnią jest to kto powinien rządzić krajem). W niedalekiej przeszłości wystarczyła jedynie obawa co wolałby lud, by zatrzymać jedno z nielicznych sensownych przedsięwzięć PRL-u: Żarnowiec.

Szkody spowodowane w mózgach Polaków przez źle rozumianą miłość do drzew to Mały Chłopiec w porównaniu ze spustoszeniem wśród Niemców wywołanych 'eko'-Car-Bombą. Po jej eksplozji w latach 80-tych Niemcy zachowują się jak pijany Al Gore w zielonej mgle. Kiedy reszta świata jest w trakcie intensywnych przeprosin z energią nuklearną, Niemcy - za poradą lewackich studentów i ekscytujących się sortowaniem śmieci gospodyń domowych - planują pożegnać się z nią do 2035 (Zieloni i Socjaldemokraci postanowili kiedyś, że będzie to 2022; Chrześcijańscy Demokraci dorzucili rok temu kolejne 17 lat.) Realia zmienią tę datę, a fakty zaczynają powoli przedzierać się przez mętną dżunglę zielonych umysłów, nawet niemieckich.

Pamiętam, że jeszcze jako mały chłopiec śmiałem się z kumplami na podwórku z naszych zachodnich (wtedy jeszcze tych 'zachodnich' zachodnich) sąsiadów, którzy nie dopuścili do otwarcia nowej, prosto od krawca elektrowni jądrowej, kiedy kilku (opłacanych zapewne przez Moskwę) Zielonych zapytało: "a co się stanie, jeśli zdarzyłoby się u nas trzęsienie ziemi jakiego jeszcze nigdy nie było i na jakie nic a nic nie wskazuje?" Nikt oczywiście nie potrafił odpowiedzieć i gotowa do startu, warta miliardy marek machina nigdy nie wystartowała. Niemcy powinni być jednak wdzięczni Zielonym za to, że nie zapytali co by się stało, gdyby w ich wybrzeże uderzyła fala tsunami, jakiej jeszcze nigdy nie było i na jaką nic a nic nie wskazuje. Kierując się tą samą żelazną logiką musieliby zapewne opuścić Oldenburg, Cuxhaven, Hamburg i Bremę.

I tu i tam i w wielu innych miejscach napędzani jakąś odnawialną, niestety, energią ludzie dobrej woli i złej informacji będą więc domagać się marnowania dalszych publicznych pieniędzy na doprowadzającą do głodu w Azji i szkód w silnikach uprawę roślin spożywczych dla uzyskania paliwa, niewydajne farmy wiatraków i żałośnie nieskuteczne, ale za to piekielnie drogie baterie słoneczne.

Czas wezwać zachodnie rycerstwo, by rozprawiło się wreszcie z tą pustogłową, zieloną bestią!

Tuesday, 26 April 2011

Pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie




Po bardzo długiej, porannej sesji kreskówek, przeglądania na Allegro zabawek (i cen: "To jest bardzo tanio, wujek!") oraz uzupełniania mojej wiedzy o Ninjago (przebój) i wydarzeniach z życia nieistniejących, kolorowych postaci pytam: "Chłopaki, słyszeliście o czymś takim jak rzeczywistość?". Aleks się zastanawia a Staś udaje, że się zastanawia. "Tak", przypomina sobie Aleks (blondyn; zdolna, wielka, neurotyczna niewiadoma), "wczoraj było coś o tym w telewizji".

Staś - brązowe oczka; wyrywający się w minutę z rozpaczy po nieotrzymaniu prezentu o jakim marzył urwis tego typu, że zawsze dostanie kolejną szansę dwa razy szybciej niż powinien - przymierza moje okulary (pasują mu lepiej niż mnie), biega z nimi po domu i oznajmia: "jestem okulistą". Po trzech rundach, dwóch zderzeniach ze stołem (-3 dioptrie) i jednym z dziadkiem oddaje mi skrzywione okulary i bez powodu (przynajmniej ja niczego nie zauważyłem; ale nie zdążyłem jeszcze założyć okularów, muszę przyznać) dmucha w gwizdek i wszczyna alarm: "Ukradli bank!". "Okradli", poprawia go brat. "Ja widzę lepiej", mówi Staś, "jestem okulistą".


Dla Stasia ulubionym wypełniaczem chwil pomiędzy prawdziwymi walkami z bratem jest produkcja generycznego szumu imitującego wszelkie wynalezione lub mające wkrótce zostać wynalezione w kreskówkach zaawansowane technologie bojowe oraz boksujące lub karatujące ruchy rękami. "Daj buziaka", proszę go rozckliwiony jego aniołkowatym zachowaniem. W moją stronę leci seria symulowanych ciosów. Przyciągam go jednak i całuję w czoło (twarz zakrył dłońmi a nogami próbuje mnie odepchnąć). "Pokonam Cię miłością", ogłaszam swoją misję. On wymyka mi się, robi groźnie skrzywioną minę i ozajmia nieustraszony: "NIKT mnie nie pokona miłością!" ("Załóż się", myślę z naiwnie pewną siebie miną.)


Aleks cieszy się manną, która właśnie spadła na niego dzięki mnie. Staś rysuje coś przy stole a obok niego leży wygrzebany skądś pistolet należący być może kiedyś do śp. państwa Pietch, lokalnych muzyków, antynazistów (którym w czasie wojny niemiecka administracja przydzieliła gorliwego NSDAP-owca na lokatora) i właścicieli domu, który dziś jest nasz.

Aleksowi udaje się cudem utrzymać połowę ogromnego kawałka sernika na łyżeczce i teraz próbuje ją - trzy razy większą niż światło jego buzi - włożyć do ust. Dostał ją, gdyż ośmieliłem się zranić boleśnie moją mamę i odmówić kolejnej porcji jej znakomitej specjalności. ("Po prostu już nie mogę, bo przecież wiesz, że jestem fanem twojego sernika". "To dlaczego nie poprosisz go o autograf?", pyta Aleks).

Rozdzierającą serce refleksję o niewdzięcznym synu lekceważącym więzi rodzinne, własne zdrowie oraz ducha Świąt przerywa Staś: "A Aleks powiedział, że Pana Boga można zabić."

Zapada cisza. Chłopaki obserwują naszą reakcję a my zastanawiamy od jakiego teologicznego punktu zacząć wykład. "Był kiedyś filozof, który tak twierdził. Ale źle skończył", rzucam na rozgrzewkę, ale Aleks nie ma na nią czasu: "Pan Bóg JUŻ został zabity". Mówi to głosem, który domaga się innego traktowania przy stole. Wie, że wie więcej niż się spodziewaliśmy.

Choć to niedziela wielkanocna i po wydarzeniach ostatnich kilku dni nic już nie powinno nas szokować, ten prosty język robi na wszystkich obecnych w pokoju duże wrażenie. Wciągniętym w wir tych dzieciaków dorosłym na ogół zależy, by wchłaniały jak najwięcej z wizyt w miejscach spotkań stowarzyszenia założonego przez Syna Bożego, zbija nas jednak czasem z tropu ich rozkład akcentów.

"Ale nie pistoletem!", kieruje kwestię na techniczny tor Staś i rozładowuje filozoficzne - a może w przypadku niektórych także emocjonalne - napięcie.

Saturday, 23 April 2011

Kings College Faure Pie Jesu and Agnus Dei

Wszystkie drogi prowadzą do ...



Dotarłem wczoraj do Wrocławia na czas, by zdążyć odwiedzić kościół w jedyny dzień w roku bez Mszy Świętej. Tym samym pociągiem z Warszawy musiała przyjechać piękna dziewczyna, która mignęła mi kilkakrotnie, kiedy szybkim tempem zmierzałem w stronę zakonu Alberta Wielkiego, Tomasza z Akwinu, Mistrza Eckharta i Fra Angelico.

Wychodząc w pośpiechu z tramwaju na placu Dominikańskim zahaczyłem o bagaże tej samej dziewczyny, przeprosiłem, zauważyłem, że jest jeszcze ładniejsza niż myślałem i popędziłem na rozpoczęte już nabożeństwo.

Liturgia Wielkiego Piątku (zwanego trafnie przez anglojęzycznych 'dobrym') to adoracja Krzyża, modlitwa wiernych i przede wszystkim czytania.

Słowa Izajasza były zbyt bolesne i potężne, by o nich tu wspominać: nie przeszłyby przez klawiaturę.

Przy czytaniu Męki Pańskiej młodemu księdzu, narratorowi, załamuje się w pewnym momencie głos i zaczyna łkać.*

Wcześniej, kiedy Jezus mówi Piłatowi o "każdym kto jest z prawdy ...", grający go celebrans zwalnia a w tle pojawia się chór. Miało to wszelkie zadatki, by brzmieć tandetnie. Brzmiało przeszywająco.

W trakcie jednej z pieśni (częściowo po grecku i łacinie), rozejrzałem się po kościele. Dziewczyna stała kilka metrów ode mnie.


*Potwierdza, że dowodem prawdziwości Ewangelii, jest ona sama.

Wednesday, 20 April 2011

... w akcji



Jestem patriotą brytyjskim i codziennie przechodzę tortury.

Na moich oczach Wyspy toną. Czasem tylko spod niszczącej ducha modernistycznej wydzieliny i hipnotyzujących intelekt, anty-cywilizacyjnych oparów 'poprawności politycznej' wyłoni się jakiś zaszyty na cichej wsi pub, gdzie trzymając w ręce ciepły Palec Biskupa i rozmawiając ze staruszkiem, który razem z Polakami zestrzeliwał chłopaków Goeringa można próbować zapomnieć o groźbie prawdziwego końca imperium (bo trwa ono przecież do dziś - kulturalnie).

Choć wiadomość o terapii zatrzymującej rozwój płciowy 12-latków, którzy są pewni, że natura popełniła w ich przypadku pomyłkę okazała się mniej jednoznaczna niż się obawiałem, od lat 50-tych ubiegłego wieku wydarzyło się jendak zbyt wiele, by mieć jakiekolwiek złudzenia kto stał się wpływowym graczem brytyjskiej polityki.

Oto garstka jego sukcesów:

Kilka lat temu Parlament ogłosił prawo zmuszające wszystkie agencje adopcyjne do oferowania swoich usług także
parom homoseksualnym, co oczywiście i zrozumiale nie było przez część z tych agencji do przyjęcia. Setki organizacji katolickich - cieszących się dużą popularnością, zaufaniem i respektem - zostało zamkniętych.

W wielu szkołach podstawowych - do czego zachęca rząd i co sponsoruje podatnik - uczniom wyjaśnia się, że mają kilka
równorzędnych opcji życia seksualnego i rodzinnego. Jedną z nich jest ta, która pojawia się czasem w staroświeckich filmach i książkach. Lecz w żaden sposób nie ma ona przewagi nad innymi.

Aborcja jest w praktyce
dostępna na życzenie. Prawie 200 tys. razy w roku. Liberalny-demokrata David Steel, dziś Lord Steel, który przygotował i promował przyjęte później przez Parlament prawo mówi dziś, że nigdy nie przewidywał - i nigdy nie chciał - takiego obrotu wypadków.

W Walii pigułki wczesnoporonne rozdawane są za darmo w aptekach już 13-letnim dziewczynom. Pilotażowy program rozpoczęto kilka lat temu w grudniu. Jeden z urzędników wyjaśniał: "o tej porze roku młodzież dużo pije i imprezuje, więc popyt na środki 'ratunkowe' jest większy niż zwykle. Dziewczęta poniżej szesnastego roku życia są naszym głównym celem". Wszędzie tabletki te dostępne są poprzez lekarza rodzinnego.


Małżeństwo W. zostało właśnie poinformowane przez sędziego, że będzie musiało utrzymywać swoje - że tak powiem; kto zresztą jest w stanie się rozeznać - dziecko. Mimo tego, że nie może go widywać. Znaleziona porzez internet kobieta - biologiczna matka zapłodniona nasieniem męża niepłodnej żony - która to dziecko urodziła jeszcze w trakcie ciąży postanowiła je zatrzymać (wraz z £5000, połową ustalonej za tą przysługę sumy). Natępnie zwróciła się do sądu wymuszenie na 'rodzicach' alimentów.


Czy jest możliwe, żeby Brytyjczycy doszli do tego sami? Czy ludzie mogą własnymi siłami osiągnąć taki przyprawiający o zawrót głowy poziom głupoty, ignorancji i zła? Z pewnością nie.

Tak wygląda Szatan ...

Thursday, 14 April 2011

Rozchmurzenie



Żeby nie było, że tylko zrzędzę:

Polska
ma ładną nazwę.
(Ale we fladze strzeliłbym niebieski krzyż)

Możemy być dumni z krawatów naszego premiera.

Gender Studies na UW organizują znakomite imprezy zamknięte (dostałem właśnie zaproszenie!)

Jarosław Kaczyński zrobił doktorat (i nie skonfliktował się przy tym z całą komisją).

Mazowsze przechodzi w pewnym miejscu w Małopolskę.

Jakby człowiek dobrze i długo pomyślał, znalazłby - chyba - jakąś państwową instytucję działającą wzorowo.

Ładniejsze sąsiadki mógłbym mieć tylko w Anglii.

Niedaleko Wolumenu jest przyjemny kawałek wody.

Przy dobrej pogodzie z pewnego pagórka niedaleko Dębic widać niezłą panoramę Sudetów.

W końcu nikt nie powiedział, że każdy duży naród musi umieć się rządzić.

Liczba uprzejmych kierowców warszawskich autobusów zrówna się wkrótce z chamskimi.

Polska nie jest pierwsza - jak uważano do tej pory - na liście najbardziej zachmurzonych krajów Europy. Jest druga.

Luksusowa jest palce lizać.

Wednesday, 13 April 2011

Nadzieja (zakopana głęboko)?



Gdzieś głęboko w jego umyśle może drzemać nasionko przełomu: Jarosław Kaczyński znał kiedyś pewne słowo, za wymówienie którego przy Wodzu dziś rozstrzeliwują w PiS. Tematem jego pracy doktorskiej była 'Rola ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą'.

(obrazek z: actbus.net)

Kaczordonaldia



Żyję w KACZORDONALDII.

Tuesday, 12 April 2011

Idoci! Myślicie, że macie ją na zawsze?


Niemożność wspólnych (choćby żałośnie) udawanych uśmiechów lub zespołowo (nawet kiepsko) granego oburzenia w Polityce Zagranicznej to - na innej płaszczyźnie - ekwiwalent męża, który biegnie do sąsiadów i krzyczy, że żona go bije. Skandaliczne i nieodpowiedzialne.

Polityka zagraniczna jest testem zdolności państwowej. Właśnie go oblewamy. Rzuciłem dziś (idiota!) uchem na wiadomości; w tle leciało Szkło Kontaktowe (podsłuchiwałem; oglądał ktoś inny). Po pięciu minutach musiałem - musiałem!! - wyskoczć po Luksusową. Żeby się - w pełni uzasadnienie; kiedyś, kurwa, wytoczę proces Kaczorowi i Donaldowi i, plan minimum, odzyskam akcyzę, poprzez którą przez lata utrzymywałem to państwo - schlać.

Tymczasem ktoś w Niemczech i w Rosji robi teraz haczyk przy Polsce i notuje: Goście sobie nie radzą. Potrzebują pomocy.

Zrobiłbym to samo.

(Czy ktoś - typu ludzie ze Szkła - myśli jeszcze, że to jest wciąż zabawa?)

Monday, 11 April 2011

Rok po roztrzaskaniu: roztrzaskana lekcja

Społeczeństwo jest w takim zamęcie jak było. Państwo pozostaje tak bezwładne jak było. Politycy … szkoda mówić. Może tylko Polacy znowu musieli stać się mądrzejsi?

Wróciłem do kraju dzień czy dwa po tym jak ten nieszczęsny, przeciążony elitą samolot roztrzaskał się gdzieś w rosyjskim lesie.

Kalejdoskop emocji i wydarzeń, które nastąpiły był galopujący i kompletny. W ciągu kilkunastu tygodni przeszedłem wraz z milionami innych szok, smutek, żałobę, naiwną nadzieję, odrobinę optymizmu, zażenowanie, frustrację, złość .

Po pierwszym, jednoczącym momencie drogi rozeszły się oczywiście w wielu kierunkach: wszyscy przeżywaliśmy to samo, lecz w innych momentach i przy innych epizodach tej … właśnie: tragedii, komedii, kryminału, kabaretu?

(„Najlepsze czasy już się dla was skończyły”, zagadnąłem stylowego i profesjonalnego właściciela knajpy vis-à-vis Pałacu Prezydenckiego. „Co pan wygaduje!", zaczęła się gorzka tyrada."Przychodzili tylko do toalety, nic nie zamawiali - czy wyglądali według pana na ludzi, którzy wydadzą cokolwiek w barze? Miałem same straty - toaleta nie sprząta się sama. A jeszcze Nasz Dziennik napisał, że jest tu siedlisko szatana!”, skończył i podał mi espresso. Z jego twarzy aż biła złość. Zrobiło mi się go żal, chciałem go jakoś pocieszyć:„Ale to nieprawda?” Nie odpowiedział.)

Po roku wiadomo – i to boleśnie wiadomo – że ze Smoleńska wyniknie tylko jedna lekcja: nikt już nie wpakuje do jednego samolotu całego polskiego Sztabu Generalnego. To trochę za mało.

Głębszy sens pojawi się może kiedy pewnego dnia przy samotnie pitej wódce ktoś patrząc w nic nie mówiący mazowiecki krajobraz uświadomi sobie, że z tych klocków - nieudolności, małostkowości, zacietrzewienia, mściwości, nienawiści – nie można ułożyć udanego państwa, ale może jakąś niezłą, smutną historię…

Saturday, 9 April 2011

Polska satyra, anglofilskie pozerstwo


Dość tego anglofilskiego pozerstwa!

Siedziałem niedawno w pewnej warszawskiej knajpie* z piwem (zimnym i jasnym; nie będę jednak zaczynał od zrzędzenia) i czytałem dobrą gazetę. Najważniejszy argument o przewadze Wysp nad Kontynentem wziął więc w łeb.

Gazeta zachęcała rozłożona na wygodnej kanapie (na drugim jej końcu siedział jakiś Niemiec) - było to coś satyrycznego. Od czasu PRL-owskich 'Szpilek' nie miałem w ręce polskiego czasopisma tego typu, więc zabrałem się z entuzjazmem za przegląd.

Zaczęło się mocno: "Kontrolerzy MON, symulując atak terrorystów, bez problemu weszli na teren GROM i specoddziału żandarmerii. Obecność intruzów wykrywa dopiero elektroniczny system monitoringu. Wtedy komandosi GROM wzywają POLICJĘ. Gdy ta zjawia się przed bramą główną, panowie z ochrony jej nie wpuszczają, tłumacząc, że jednostka jest tajna i nikt z zewnątrz nie może wejść na jej teren bez odpowiedniej zgody". Smaczkiem miał być zmyślony fakt, że armia niby zleciła ochronę swoich obiektów ... cywilnym firmom.

Dobre, lecz zbyt mało prawdopodobne (Brytyjczycy mają na to zgrabne określenie: "far-fetched"): ktoś miałby pozbawiać bezczynne w większości wojsko szansy na choćby banalną palcówkę przed mającym nadejść kiedyś, uchowaj nas ..., koncertem? Jeśli ich zadaniem jest ochrona państwa, to z pewnością zaczęliby od ochrony własnych budynków? Tekst nie załapałby się do "Private Eye", ale uśmiałem się, mimo wszystko.

Kolejny kawałek wzruszył mnie, bo był udaną aluzją do kontekstu moich słodkich, dziecinnych lat: PRL-u. Politycy na wojnie ze spekulantami. Donald Tusk rozpoczyna batalię o cukier. "Żarty się skończyły. Będziemy szukali wszystkich dostępnych metod, aby tam, gdzie jest to możliwe, ceny nie były efektem takiej wulgarnej, bezczelnej spekulacji", ktoś wciska komiczne słowa w usta premiera, który - w ramach UE - jest członkiem największego rolniczo-żywnościowego kartelu w historii ludzkości, ustawiającego ceny dla setek milionów sponsorujących administrację tego kartelu europejskich frajerów.

Potem śmiałem się z:
- "pijanego oficera BOR-u, który pobił polskiego dyplomatę";

- wyimaginowanej opery mydlanej polskiej polityczki, pt. PJN; pomysł zwariowany, ale przy odrobinie fantazji można go chyba kupić: 'historia' wirtualnej, nic nie znaczącej, nic nie mówiącej i nic nie potrafiącej partyjki, którą media namiętnie jednak rozchwytują (lecz poświęcenie aż kilku kolejnych odcinków trzecio-planowej postaci 'Bielan', jest już way too far-fetched).

- ABW, które pyta urzędników: „Czy Pana/Pani partner/partnerka pozostaje w związku małżeńskim z inną osobą?" (Może zabawne, ale miałoby sens!)

- gościa znanego wszystkim od lat jako Bolek, który nie znosi swojego imienia i procesuje się na lewo i prawo.

W sumie to co czytałem okazało się całkiem udanym satyrycznym przedsięwzięciem. Czas mnie jednak gonił, dopiłem więc (już mniej zimne na szczęście, ale wciąż jasne niestety) piwo, zamknąłem gazetę i zacząłem się zbierać, by szukać innej knajpy. Odchodząc rzuciłem jeszcze okiem na tytuł: "Rzeczpospolita". Zapamiętam.

(Dopiero na koniec zauważyłem, że barman nie nalał mi pełnej półkwarty! W Anglii byłoby to nie do pomyślenia ...)

*prestiżowa ulica, blisko uniwerku, klienci to głównie nie szalejący przy szampanie studenci. Lewicujący. Jak oni to dostali i jak zarabiają na tym? Wyczuwam nosem cyklistę ...

"Rp" z 25/03

Thursday, 7 April 2011

Dystans, proszę


Boję się tego obrazu.

Piękno mnie przeraża.

Malując te naczynia, w drugiej połowie XVII wieku, surowy i pobożny estremadurczyk Zurbaran zbliżył się nieodpowiedzialnie niebezpiecznie do Totalnego Docenienia Piękna (Syndrom TDP, w nomenklaturze psychiatrycznej), dolegliwości, która często kończy się tym, że stajecie przed drzewem i muszą was - gapiących się półprzytomnie we fragment kory - siłą odciągać; po trzech tygodniach. Nie zdarzyło się to wam? Mnie też nie, lecz Zurbaran czyni to znacznie bardziej prawdopodobnym. Ja przegapiłem już wykład o Epikureizmie gapiąc się w te - klasyczne, bo klasyczne, ale tylko - pojemniki.

Co gorsza, obraz Zurbarana może okazać się jedynie ostrzegawczym szturchnięciem przed zabójczym ciosem: jeśli tak niebezpiecznie piękne jest to co stworzył człowiek, co się z nami stanie jeśli wpadniemy w szpony totalnego docenienia piękna człowieka? Aż strach pomyśleć! A jak poradzilibyśmy sobie, gdybyśmy poszli dalej i zapytali czy przypadkiem nie czeka nas termojądrowa bomba piękna tam skąd ... rozwińcie ten argument dalej sami - ja się boję. Gdybym miał dojść do nieuchronnej konkluzji, stanę jak wryty i będę się gapił aż do końca świata - i żadna siła nie zdoła mnie odciągnąć.

Dlatego proszę: dla dobra państwa - nasz w większości kołchozowy wciąż sektor usług lekarskich na pewno zdechłby dziś pod ciężarem dodatkowych wydatkow związanych z TDP - zachowajcie zdrowy dystans do piękna.

Monday, 4 April 2011

Cały dzień nago przed żabą

(zdjęcie: hqwalls.blogspot.com)

W programie, który ostatnio intensywnie promuję, oprócz znakomitej rozmowy z Prymasem Anglii i Walii, znajdziecie również tę z Davidem Eaglemanem (zaczyna się ok. 12'), dużo jak na swój wiek publikującym amerykańskim neurologiem. Miło jest poznać uczonego, który przyznaje – przynajmniej tutaj - że nie wie do jakich odpowiedzi doprowadzą nas dzisiejsze pytania dotyczące człowieka, a jest ich mnóstwo. (Można, oczywiście, znać już dziś wszystkie odpowiedzi, lub wszystkie ważne odpowiedzi, lecz nie jako uczony). Umsył, wolna wola, świadomość, romans? „To wszystko jest jeszcze pełne tajemnic. Niczego nie możemy wykluczyć”.

W innym miejscu Eagleman proponuje świetnie brzmiącą analogię: „Nie jesteśmy jedną osobą, lecz całym społeczeństwem, w którym konkuruje bezustannie mnóstwo różnych grup i podgrup. Nasze świadome ‘ja’, to które zadaje pytania, jest najmniejszą częścią tego co się dzieje w naszym mózgu. Jest jednak bardzo ważne, żeby nie być zbyt redukcjonistycznym – neurobiologia ma problem z absolutnym redukcjonizmem”. Zwróćcie uwagę, jak rozsądnie komentuje to arcybiskup i co podkreśla.

Amerykanin nie potrafi, niestety, ugryźć się w język i nie wypowiedzieć czarodziejskiej ‘emergencji’, rodem z Hogwarts. Tylko dlatego, jest ona niezrozumiała przez nikogo i pochodzi z łaciny ma rzekomo uratować naturalizm. Kończy na szczęście poprawnym akcentem: „kiedy widzisz dwoje zakochanych ludzi trzymających się za ręce, jest tam coś więcej niż atomy, neurony i ruch”.

Perła została jednak rzucona gdzie indziej. Dotykając seksualności, Eagleman przypomniał – być może zbytecznie - że związane z nią umysłowe mechanizmy są specyficzne dla każdego gatunku. I załączył jedną z najbardziej wzruszających naukowych ilustracji, jakie kiedykolwiek widziałem. „Mógłby pan stać cały dzień nagi przed żabą a ona nie uznałaby pana wcale za atrakcyjnego”, tłumaczył Marrowi, by zniechęcić go do bezskutecznych zachodów. Tak między nami - Marr nie musiałby pokazywać się żabie nago, by mogła zdecydować, że"nie" - wystarczy, żeby go w ogóle zobaczyła.


PS À propos neurologii: przypominam sobie, że w jednym z wcześniejszych, tegorocznych programów usłyszałem niezwykłą uwagę innego naukowca: „opis działania ludzkiej psychiki przedstawiony przez Św. Tomasza z Akwinu okazuje się pomocny w interpretacji najnowszych odkryć neurobiologii."

(Cytuję z pamięci i muszę przyznać, że nie dałbym głowy czy wymieniony był św. Tomasz i czy padło akurat słowo „pomocny”.)

Klasa* (za ciężkie pieniądze podatników)


Najlepszy od miesięcy program najlepszej (OK - jednej z) serii radiowej świata! Im częściej go słucham, tym jest ciekawszy.

Start the Week, April 4., Andrew Marr talks to the Catholic Archbishop Vincent Nichols, the writers Michael Collins and Lisa Appignanesi and the neuroscientist, David Eagleman.

Producer: Katy Hickman.

*gdybym nie był tak odporny jak jestem na żenującą egzaltację, powiedziałbym, że ten jeden program kompensuje wszystkie miliony funtów szterlingów - zabrane wcześniej brytyjskim i polskim podatnikom - zmarnowane przez BBC na lewicową indoktrynację, absolutnie idiotyczne i bluźniercze programy rozrywkowe oraz muzykę popularną (do której nic nie mamy, lecz od której są rozgłośnie prywatne).


Perypatetycy przyszli!


W Start the Week (BBC 4), najlepszym – jak powszechnie mi wiadomo - mówionym, wysokokulturowym programie radiowym świata, budująco często pojawia się ostatnio największy myśliciel wszechczasów, Arystoteles. Dotarł tam, nie wątpię, na plecach Św. Tomasza z Akwinu.

Tomizm powrócił już dawno do akademii i otrzymał należny mu ukłon, a czasem nawet hołd, ze strony znawców, lecz nie wszyscy jeszcze o tym wiedzą, zwłaszcza na rozległych, wypranych intelektualnie przez protestantyzm i 'Oświecenie' obszarach zachodnioeuropejskiego intelektu. Cieszy więc, że anglojęzyczny crème de la crème bierze go – o ile za późno! - na pokład przeciekającego statku Zachodniej Cywilizacji.

Przypuszczam, że nie zdoła go uratować, lecz mogę się mylić – zdarza mi się to często. Dlatego, licząc na wstawiennictwo Doktora Anielskiego, nie traćmy nadziei.

Saturday, 2 April 2011

Sukces? Hell yeah!


Biblioteka Uniwersytecka jest miejscem, które nieodmiennie robi mi dobrze. I wcale nie mam na myśli mnóstwa pięknych i inteligentnych książek, na które można się tam natknąć - choć one na pewno nie szkodzą. Budynek ten ma wszystkie elementy potrzebne by stać się banalnym, modernistycznym, tak funkcjonalnym że aż przyprawiającym o nudności, betonowym pudełkiem. Jednak zgrabnie wymyka się tej opcji.

Budząca respekt fasada, rośliny, patyna, warzywniak na dachu i co tam jeszcze architektura organiczna dorzuca sprawiają, że całość działa dobrze na oczy i duchy. W sumie: jest to miejsce jakich w Polsce bardzo potrzebujemy – „na poziomie”. Takim, jaki chcielibyśmy brać za pewnik, a nie możemy (patrz: Muzeum Narodowe, Warszawa Wschodnia, ul. Piłsudskiego we Wrocławiu, autostrady na piasku, metro na Woli i kilka innych).

Ostatnio zauważyłem tam po raz pierwszy - albo po raz pierwszy od lat - cztery mózgi na kolumnach u szczytu reprezentacyjnych schodów (nie - nie bywam tam aż tak rzadko, po prostu jestem mało spostrzegawczy). Kiedy już poprawiłem sobie trochę inteligencję poprzez intensywne wpatrywanie się, czytanie wspak napisów na kolumnach, robienie zeza oraz próbę zapamiętania nazwisk, goniąc jak zwykle za ekstremami skierowałem wzrok na posadzkę. I cały pozytywny efekt dobrej architektury (którą byłem teraz w stanie lepiej zrozumieć) wziął w łeb. „PO 75 LATACH STARAŃ”, informuje tablica, „udało się …” itd. Słowem: wprowadza dziegieć do pozytywnej beczki. Po co?

Czy nie można mi było darować tej negatywnej glossy obejmującej wojnę światową; okupację niemiecką i sowiecką; komunę; bankructwo PRL-u i stan wojenny Jaruzelskiego? Ja naprawdę potrzebuję od czasu do czasu czystego, nierozcieńczonego sukcesu ("Setka, proszę"). Nie takiego, który polega na masażu percepcji: „osiągnęliśmy naprawdę dużo, tylko nie umiemy tego doceniać. Popatrz na Białoruś, na Rosję, na Afganistan, na Saharę. Lub jeszcze lepiej - pojedź tam i kiedy wrócisz, docenisz co Polska osiągnęła”.

Dziękuję, ale nie. Ja będę się porównywał do Niemiec, do Francji i do Zjednoczonego Królestwa. I potrzebuję takiego sukcesu, że go rozpoznam bez manipulacji postrzegania z odległości 120 kilometrów - po drżeniu ziemi. A kiedy przygalopuje, złapie mnie - żebym nie miał żadnych wątpliwości - za jaja tak mocno, że dopiero po chwili będę w stanie wydać okrzyk triumfu.

Wyobraźcie sobie: jesteśmy gotowi na Euro 2012 już latem. Budujemy 500 km autostrad więcej niż planowano i, z rozpędu, dwa dodatkowe stadiony. Organizujemy tę imprezę jeszcze w 2011. I wygrywamy finał. Z Niemcami.

A kiedy dojdziemy już do siebie po entuzjastycznym uścisku sukcesu, cały naród – robotnicy, inteligencja, harcerze (Rzeczpospolitej i inni), przedszkolaki, księża, ziomale i panie w moherowych beretach – wyda z siebie potężne, idące aż pod niebiosa „HELL YEAH!!!”

I to nazwę s.