
Zbierający cięgi na każdym innym froncie lewicujący aktywiści poczuli wiatr w turbinach i po dokładnym ;) przeanalizowaniu ;) solidnych danych ;) podawanych przez wiarygodne ;) Greenpeace za pośrednictwem centrali 'zielonych' i socjalistycznych partii ruszyli na ulice porywając za sobą tabuny zatroskanych i dobrze zorientowanych w temacie ;) ludzi, żeby protestować przeciwko energii nuklearnej.
W naszym kraju promujące ostatnio męskie ciuchy, kosmetyki i internet za pomocą modela Napieralskiego SLD zauważyło szansę na inne niepoważne, lecz mogące przysporzyć im głosów zajęcie i nawołuje do referendum. A energia jądrowa jest przedostatnią rzeczą, o którą należy pytać lud (ostatnią jest to kto powinien rządzić krajem). W niedalekiej przeszłości wystarczyła jedynie obawa co wolałby lud, by zatrzymać jedno z nielicznych sensownych przedsięwzięć PRL-u: Żarnowiec.
Szkody spowodowane w mózgach Polaków przez źle rozumianą miłość do drzew to Mały Chłopiec w porównaniu ze spustoszeniem wśród Niemców wywołanych 'eko'-Car-Bombą. Po jej eksplozji w latach 80-tych Niemcy zachowują się jak pijany Al Gore w zielonej mgle. Kiedy reszta świata jest w trakcie intensywnych przeprosin z energią nuklearną, Niemcy - za poradą lewackich studentów i ekscytujących się sortowaniem śmieci gospodyń domowych - planują pożegnać się z nią do 2035 (Zieloni i Socjaldemokraci postanowili kiedyś, że będzie to 2022; Chrześcijańscy Demokraci dorzucili rok temu kolejne 17 lat.) Realia zmienią tę datę, a fakty zaczynają powoli przedzierać się przez mętną dżunglę zielonych umysłów, nawet niemieckich.
Pamiętam, że jeszcze jako mały chłopiec śmiałem się z kumplami na podwórku z naszych zachodnich (wtedy jeszcze tych 'zachodnich' zachodnich) sąsiadów, którzy nie dopuścili do otwarcia nowej, prosto od krawca elektrowni jądrowej, kiedy kilku (opłacanych zapewne przez Moskwę) Zielonych zapytało: "a co się stanie, jeśli zdarzyłoby się u nas trzęsienie ziemi jakiego jeszcze nigdy nie było i na jakie nic a nic nie wskazuje?" Nikt oczywiście nie potrafił odpowiedzieć i gotowa do startu, warta miliardy marek machina nigdy nie wystartowała. Niemcy powinni być jednak wdzięczni Zielonym za to, że nie zapytali co by się stało, gdyby w ich wybrzeże uderzyła fala tsunami, jakiej jeszcze nigdy nie było i na jaką nic a nic nie wskazuje. Kierując się tą samą żelazną logiką musieliby zapewne opuścić Oldenburg, Cuxhaven, Hamburg i Bremę.
I tu i tam i w wielu innych miejscach napędzani jakąś odnawialną, niestety, energią ludzie dobrej woli i złej informacji będą więc domagać się marnowania dalszych publicznych pieniędzy na doprowadzającą do głodu w Azji i szkód w silnikach uprawę roślin spożywczych dla uzyskania paliwa, niewydajne farmy wiatraków i żałośnie nieskuteczne, ale za to piekielnie drogie baterie słoneczne.
Czas wezwać zachodnie rycerstwo, by rozprawiło się wreszcie z tą pustogłową, zieloną bestią!













