Monday, 30 July 2012

Et introibo ad altare Dei...



Concilium Vaticanum II (1962–1965) fuit vicesimum primum Concilium Oecumenicum Religionis Christianae.


Wpatruję się w plecy mówiącego coś po cichu kapłana a potem, kiedy nadchodzi czas na odpowiedź wiernych, ruszam bez składu ustami, by maskować żenujący brak znajomości łaciny. Od czasu do czasu w połowie znajomego wyrazu wydaję z siebie głos w języku Tertuliana.

Równie dobrze mógłbym jednak usprawiedliwić swoje dziwne zachowanie wzruszeniem, które odczuwam, kiedy uzmysławiam sobie, że te same łacińskie słowa i zdania były wypowiadane w tym miejscu tysiąc lat temu.

Jestem we wrocławskim kościele N.M.P (na Piasku) i uczestniczę we Mszy Św. w rycie trydeńskim. W przerwie pomiędzy łacińskimi słowami-klejnotami, zdaniami-traktatami i gregoriańskim śpiewem, który natychmiast likwiduje ślady dawnego emocjonalnego zamętu we mnie, słucham - w lokalnym języku - listu grupy wybitnych i mądrych mężczyzn.

Ale przede wszystkim dziękuję Bogu za Sobór Watykański II i wprowadzenie nowego rytu - rytu, który znam od dziecka i który z mszy, która równie dobrze mogłaby zafascynować jak zniechęcić małego chłopca zrobił mszę, w której on czuł się z miejsca jak w domu;

w którym przecież był.


...ad Deum qui laetificat iuventutem meam. 

List nie warty toastu


 

List biskupów polskich dotyczący stojącej na stabilnych nogach relacji dużej części Polaków i alkoholu był tak ciężki i nudny a jego logika czasem tak chwiejna, że już w połowie odczułem silną potrzebę strzelenia sobie jednego.


Good coverage (in black and red)




In, by



Sunday, 29 July 2012

A major issue

Virgin Mary Pictures 




Beautiful women are one of the major metahpysical questions a man must face.

Among the crucial issues that they involve is this one:

If a beautiful woman is not the answer to the Universe,

who is?

Saturday, 28 July 2012

The Queen's Diamond Jubilee concert Live at Buckingham Palace

Mądrość długodystansowców?


 

Warto by przeprowadzić porządne badania nad tym czy w PSL wykształciła się już namiastka gospodarskiego podejścia do 'wspólnego' gospodarstwa, a zwłaszcza jego koryta. 

Jako partia mająca do niego najdłuższy dostęp mogła wykształcić zachowania rzadko spotykane wśród uczestników tej demokratycznej farsy, w której siedzimy po dziurki w nosie. 

Z pewnością nie wpadli na to, żeby o troszczyć się o kurę, która znosi podkradane przez nich jajka, lecz może wiedzą już, że nie powinno się jej zarzynać tak, jakby świat - a w każdym razie państwo - miało się skończyć po jednej kadencji, lecz dobrze jest ograniczyć się do jej podduszania. 

Friday, 27 July 2012

The Opening Ceremony: just like my blog

Dancers perform during Opening Ceremony

Bring me my bow of burning gold!
Bring me my arrows of desire!
Bring me my spear! O clouds, unfold!
Bring me my chariot of fire!
I will not cease from mental fight,
Nor shall my sword sleep in my hand,
Till we have built Jerusalem
In England's green and pleasant land.

It looked as if someone used my blog for the opening ceremony. 


An overspilling and overmixed bag that hasn't decided which it wants more: to do serious or funny. I know that life can be like that, but an opening of the olympic games should be a bit more focused than life.

All in all, even though it wasn't as bad as the Materna&Wojewódzki disaster that 'celebrated' Poland's taking over of the EU 'presidency', it was a flop, too.

An unexpected bonus is that the event was a great illustration of Europe's demise and partly an illustration of the reasons. One couldn't help, but think of what and why went wrong with the continent as the lengthy show moved from quaint, inspired and elevated through mixed-up, flashy and decadent to empty, materialistic and messed-up.

The saving grace may have been the fact that it started and ended (the main show, before the parade of national teams) on a religious note. 

More soon.

Hold Thou Thy cross before my closing eyes;
Shine through the gloom and point me to the skies.
Heaven's morning breaks, and earth's vain shadows flee;
                                                              In life, in death, O Lord, abide with me.


A good shepherd


 

'He who scattered Israel will gather him, and will keep him as a shepherd keeps his flock'* Jeremiah 31: 10 - 13


On the slope of a Romanian mountain that I am passing there is a flock of sheep tended by a middle-aged man. It makes me think of a sermon I heard at St Ann's in Warsaw.

When I was once on a trekking holiday in Romania*”, said the priest, “we met some shepherds who told us that a good shepherd never looks for a lost sheep, because if it rejoined the herd it would encourage the others to go astray. And if he somehow does find the animal, he kills it".


*today's Reading

I nearly bowed


 The Girl About To Perish* by William-Adolphe Bouguereau


Her youth was like a pagan goddess, before whom I nearly bowed, urged by my immediately converted senses.

Then, I noticed on her skin a tiny herald of death and breathed a huge sigh of metaphysical relief.

The feeling was so powerful - and so serene - that I failed to notice whether it was the good or the evil in me who prompted it; and whether it was the fool or the sage in me who felt reassured. 




*slightly more commonly known as The Knitting Woman


Like a useless god

 



Like some kind of god I watch my close ones. I see, I understand and I fogive.

But what does it matter? Like one of those Greek gods of old, I'm no solution – I'm part of the problem.




Monday, 23 July 2012

I changed the world

I wanted to say sorry to someone, but when I went to see her I found a different town, a different house, a different door. And when it opened, before me stood a very different person from the one I'd hurt. 


That old better world had simply disappeared. 

Saturday, 21 July 2012

Chłopie, toż to proste jak widły*!





Nie rozśmieszajcie mnie.

Ktoś robi jaką podstępną akcję, żeby udowodnić, że eks-chłopi z PSL robią przekręty**? I komuś chce się to komentować?

PSL robią je od samego początku, robią je otwarcie, robią je cały czas. Wszyscy o tym wiedzą, wszczyscy się tego spodziewają, a iluś tam wyborców z tego powodu na nich głosuje.

Założę się, że obietnice korupcyjne są zapisane gdzieś w ich manifeście. A już z pewnością wypisane są na ich twarzach - wystarczy na tych kumatych wieśniaków rzucić ziemnia… sorry - okiem…

Przekręty?”, ich szczwane chłopskie oczy patrzą z prostacką pewnością siebie na państwowy kufer, a ich słowiańskie usta rozszerzają się w bezczelnym uśmiechu#, „This is what we do**.”






*przyznaję, nieśmieszne.
**wiem, że chodziło o personalne rozgrywki, ale taka wersja pasuje bardziej do tego wpisu
#z wyjątkiem ust p. Pawlaka
**mogliby wyjaśnić, gdyby nie było to dla wszystkich oczywiste i gdyby w swoich szkołach zamiast o defraudowaniu uczyli się trochę innych rzeczy. 

A Fuck Up Species


Eve fucking up by Albrecht Duerer



I’m sitting at a table with a group of friends*, sipping some boring non-alcoholic stuff and listening to stories about how other people mess up.

And it strikes me** that this is what humans do and this is what they are: a species that botches up.

The tiger dashes efficiently to catch up with its prey and gets satisfied; the whale endures Atlantic storms, successfully breeds and retires to the bottom of the ocean having accomplished its mission; the elephant makes black kids and white adults gasp in wonder and walks away, fulfilled, to a discreet death; the bird flies perfectly over the Mediterranean to happily lay an egg and hatch chicks somewhere in Lubelszczyzna Interior and then ends up as an eagle's meal, which is more than it ever dreamed of; the man makes effectively a lot of fuss, produces plenty of noise and leaves behind heaps of mess. 

Because this is Homo Sapiens’s differentia specificastarting with Eve, this is what we do: fuck up.




*They've all fucked up.
**I keep fucking up.
***And you...  never mind.

Monday, 16 July 2012

Contact Established



 


He was sitting on a bench at a bus stop. I hesitated for a second or two before I hit the brakes and reversed my Peugeot.

The guy looked old and and lonely, but there was something resilient and even optimistic about him. 'He might talk', I thought.

I needed something to make up for the lost conversation which I thought I had booked for that afternoon. It turned out though that the would-be speaker couldn't face the history he'd witnessed or simply wasn't sure any more if he was on top of his memories (the excuse relayed by his daughter wasn't too clear).

I got off the bike, introduced myself and told him what I was after. ”Go ahead”, he said in a realaxed voice, which made me even more hopeful, ''What would you like to know?”. I told him that basically everything, but helped him focus: ”When did you first come here?” 

His answer made me forget all the stories that I could have lost in the village next door*, not that they were less interesting, usually quite the contrary, but because they we much easier to come by in these parts. His was endemic, and because of Wstern Imperialism, Hindenburg, Ypres, Haig, Clemenceau, Hitler, Chamberlain, Potsdam - in short: because the collapse of Western Civilisation - people who could tell stories like his were extremely hard to come by in these parts.

”In 1939”, was his reply. My heart skipped a beat. "My grandparents came to Dresden and brought me with them over here". I couldn't believe my luck. Germans are few and far between hereabouts after the last emotional send-offs in the early 1950s and information-wise each was worth their weight in gold.

We talked on and during the conversation I had a feeling that something important was happening. I was getting more than just the facts concerning one German boy's life, but I couldn't quite say what.

It was getting late. ”What's your name?”, I asked when I shook his hand.Jürgen"*, he replied.


 ”One day I'll be back”, I assured him before I left.

When I was cycling south-west, with die Riesengebierge looming on the horizon I thought thrilled: the first was that woman from S. who fell in love with a Polish guy after the war and decided to stay behind while all her family went to live across the new border, in the DDR; the second is Fraulein Pietsch who used to live in my teenage-years room (before me); and he is the third one. I know personally three local Germans now, and three meant a lot. One was just a toehold, two were a foothold and three – three are a solid basis on which I can build in my head a vibrant community; why, three is a whole society!

"Toll!", I declared to the discreet silhouette of the Schneekoppe. "Contact has been established."




*except the one I did hear, and quite by chance, about a Ukrainian man with a Polish wife who was told to kill her and their children when a bunch of Ukrainian Insurgent Army guerillas raided his village one day in 1944.

**I changed the name slightly, but the real one was as German as German names get, too.



Can you hear my age?

Yes, it's no use pretending (not that I wasn't doing a good job, I hope) - I'm old. And you can hear it.

Sunday, 15 July 2012

Friend? Got it.


The exegesis of the song:
And take your soul if you let them
Oh, but don't you let them
The firend is Jesus.

Just In Time?

 

[...] I found this philosophy alone to be safe and profitable.

[...] There existed, long before this time, certain men more ancient than all those who are esteemed philosophers ... who spoke by the...

[...] neither reverencing nor fearing any man, not influenced by a desire for glory, but speaking those things alone which they...

[...] still extant, and he who has read them is very much helped in his knowledge of the beginning and end of things. . .

Saturday, 14 July 2012

The French Hell Anniversary




The French Hell breaking loose: (Justifiably*) frustrated  French women with the wrong men at the helm.



*The mellowness must be kicking in.

Easy


When I woke up this morning, I noticed that I've mellowed. 
And maybe it's simply age, but call me Mellow Blue.



PS It's good to be able to see one's government getting something right* for a change, see: Euro 2012; those French feminists... some are (being) plainly stupid, but many could be motivated by genuine concern about real issues and they just lack a man with some understanding and vision at the helm... (and one of them - second row, on the right - is actually quite pretty); Slavic peasants... yes, they are boring and there is something annoying about them, but deep down most of them have the right instincts; that silly female Italian economics professor... it's not fair to call her names - she's simply uneducated; myself... maybe, after all, I'm not such an old predictable bald moaner? Maybe at long last I've grown a little mellow blue?


*leaving aside unbuilt motorways, badly built motorways, unpaid motorways, silly adverts of Poland, those ridiculous 'Fan Camps', or 'Fan Zones', and the State's inabiblity to step in and execute whoever needs to be executed at the Polish Football Association and finally sort out the racket; more about all this coming up, in a slightly mellower way.

Classical Period, 1 Mvt


Those big Russians...
How not to be in awe of their bigness?


PS Yesterday I decided properly to enter my Classical Period.

Friday, 13 July 2012

Impreza udana. Obalić ten rząd!

 

Prawie zapomniałem: tak - impreza się, cholera, udała.

Co oczywiście przemawia przeciw obecnie rządzącej, skrajnie niekompetentnej ekipie. Pomyślmy tylko: ile podobnych, sprawnie przeprowadzonych przedsięwzięć na wielką narodową a czasem międzynarodową skalę moglibyśmy już mieć na koncie, gdyby nie ten skrajnie niekompetentny i nieodpowiedzialny rząd; oraz praktycznie wszystkie poprzednie (bo siebie samych chyba nie wymienimy?)

Udane Euro 2012 – kolejny powód, żeby obalić Donalda & jego żałosną kompanię.

Sympatyczna Hiszpanka u góry pochodzi z:  gwizdek24.se.pl

Don't interview. Interrogate.


 

I tuned in to BBC Radio 4 a moment ago and came across someone pretending to be a half-wit female ‘economist’ arguing for more state banking, state ownership of businesses, government market intervention and somesuch nonsense as part of a boring comedy programme – or so I thought.

But it’s just turned out I'm listenting  The WorldTonight, a seemingly serious news bulletin.

I don’t get it. 

I imagined that by now even small kids know that you don’t interview ‘economists’ who advocate for the state meddling in the economy. You interrogate them ruthlessly. And then intern them; or preferably imprison.


Illustration: The Skillful Art of Interrogation by Jennifer Chase

Feminism - it's a joke

The Grand Orient

Yes, this is what Feminism is for: to laugh at.


Picture: Silly French feminists; not even funny - ridiculous. The intellectual state of France is frightening, it has reached Marianne's bottom.


stamp

Na Wschodzie bez zmian



13 lipca 1900 r., podobno też w piątek, za panowania cara Mikołaja II Romanowa, którego przodkowie w konszachtach z Prusakami i Austriakami rozparcelowali anarchistyczne Królestwo Polskie, na wskutek beznadziejnej organizacji pracy, nagminnego lekceważenia obowiązków zawodowych i nieadekwatnej infrastruktury w podwarszawskich Włochach dochodzi do poważnego wypadku kolejowego.

Niewielkie obrażenia odnosi w nim Aleksander Głowacki (vel Wł. Reymont) - ma złamane dwa żebra.

Lekarz, do którego trafia okazuje się miłośnikiem literatury a w szczególności prozy swojego pacjenta i dwa żebra zamieniają się w dwanaście oraz w „inne kontuzje ciała”.  Poważny stan p. Głowackiego stawia pod znakiem zapytania czy „będzie nadal zdolny do pracy umysłowej” -  kłamliwie ‘stwierdza’ w dokumentach szpitalnych dr Jan Roch Raum, aby umożliwić pisarzowi wyłudzenie odszkodowania od lokalnej rosyjsko-polskiej administracji.

Za nieuczciwie uzyskany majątek – wg niektórych fantastycznych źródeł będący rzekomo ekwiwalentem „kilkunastu kamienic warszawskich” - Reymont wyjeżdża do Paryża i kończy tam przygnębiającą historię o słowiańskich chłopach* zajmujących się melancholijnym rolnictwem, zdradami, knowaniami, kłusownictwem oraz okazjonalnym wypędzaniem lokalnych Żydów pośrodku monotonnego krajobrazu.

Brawo.

 
P.P. Głowacki i Raum myśleli, że oszukują kolej lub cara. Jeśli to była kolej, zmniejszono środki na poprawę bezpieczeństwa podróży; jeśli to był car, z pewnością odjął odpowiednią sumę z budżetu Kraju Nadwiślańskiego.


*za którą jakiś czas potem dostaje - tym razem uczciwie - kolejną sporą sumę pieniędzy. Zapewne pisze dzięki nim następną depresyjną historię, lecz o tym nie jestem w stanie nic powiedzieć, gdyż po pierwszym rozdziale "Chłopów" musiałem uciec do pewnej pruskiej lalki, by już nigdy intelektualnie nie powrócić na wieś.


(zdjęcie z: http://www.fotoplatforma.pl/ - wszystko wskazuje na to, że uzyskane przeze mnie nieuczciwie; przepraszam i zobowiązuję się usunąć je natychmiast, jeśli zażąda tego właściciel; nie zamierzam wypłacać żadnego odszkodowania)

Thursday, 12 July 2012

You say tomato-picker, I say tomato

Wzięło mnie na wspomnienia i dokopałem się innego z kilku wywiadów przeprowadzonych w okresie kryzysu psychicznego, który dopadł mnie po kilku latach zajmowania się rekrutacją (znakomitych zresztą) specjalistów z branży spawalniczej oraz remontowaniem i rozbudowywaniem Londynu (rękami innych). Ten akurat ukazał się gdzieś. Powtarzam się ponieważ argumenty Sir Andrzeja są zbyt często pomijane w debacie o migracjach a z pewnością zasługują na poważne traktowanie. 

Jedno z pytań dotyczyło Islamu i muzułmanów w Wielkiej Brytanii. Sir Andrzej jednym krótkim zdaniem odmówił poruszenia tego tematu. 


Odprowadzając mnie do drzwi swojego mieszkania w Pimlico, ambasador zapomniał się i wypowiedział surową i nieco zbyt szczerą  uwagę dotyczącą większości imigrantów z Europy Wschodniej. Po sekundzie zreflektował się i na samo pożegnanie dorzucił nieco zaambarasowany: "Ale Pan jest wyjątkiem." (Akurat nie byłem, ale skąd mógł wiedzieć).



SPROWADZAJMY POMIDORY A NIE ZBIERACZY POMIDORÓW

(02/2010)


Sir ANDREW GREEN – były doradca brytyjskiego Ministra Spraw Zagranicznych ds. Bliskiego Wschodu, wcześniej ambasador brytyjski w Arabii Saudyjskiej i Syrii. Kieruje organizacją Migrationwatch, która zajmuje się monitorowaniem imigracji do Wielkiej Brytanii i dąży do jej ograniczenia. 

 

Sir Andrew, organizacja, którą pan kieruje ma na celu doprowadzenie do ograniczenia liczby imigrantów przybywających do Wielkiej Brytanii.  Jakie są wasze argumenty?

 
Pierwszą kwestią jest skala tej imigracji. W ciągu ostatnich dziesięciu lat liczba przybywających tutaj z zamiarem pozostania wzrosła czterokrotnie. Mamy więc do czynienia z nową sytuacją, która wymaga zdecydowanych posunięć. Wielu Brytyjczyków pamięta – i stosuje jako porównanie – napływ społeczności pochodzenia azjatyckiego z Ugandy wypędzonej przez ówczesnego dyktatora tego kraju w latach 70. W ciągu dwóch lat przybyło wtedy 27 tys. osób. Dziś podobna liczba imigrantów przybywa do Wielkiej Brytanii miesięcznie. To pokazuje jak wielka jest skala problemu.

Na czym on dokładnie polega? Brytyjska gospodarka wydaje się być wystarczająco elastyczna, by wchłonąć te liczby.

 
Po pierwsze – była, i to też nie do końca, do tej pory. Może to się szybko zmienić w obliczu obecnego kryzysu. Po drugie – mówimy o niepokojąco dużych liczbach. W ostatnich latach na Wyspy przybywa rocznie 250 tys. obcokrajowców, równolegle ok. 100 tys. Brytyjczyków emigruje z kraju. Przybywa nam więc rocznie 150 tys. osób. Ostatnie dziesięć lat było świadkiem czterokrotnego wzrostu imigracji. W ciągu najbliższych 25 lat – jeśli to tempo się utrzyma, ludność Wielkiej Brytanii powiększy się o 10 mln i 70 proc. z tego przyrostu będzie wynikiem imigracji. To jest drugi Londyn lub jedna czwarta ludności Polski. Dodatkowo, większość z przybywających osiedla się na południowym wschodzie Anglii, gdzie mieszka ogromna cześć Brytyjczyków. Transport, mieszkalnictwo i inne elementy infrastruktury pracują już teraz pod wielkim obciążeniem. Trzy czwarte Brytyjczyków – wg najnowszych sondaży – jest poważnie zaniepokojonych poziomem imigracji i najbliższa kampania wyborcza zmusi polityków do odpowiedzialnego odniesienia się do tej kwestii. Wielka Brytania jest wyspą i to niedużą wyspą. Jesteśmy już dziś jednym z najgęściej zaludnionych państw Europy. Czy możemy w dalszym ciągu wchłaniać kolejne setki tysięcy ludzi? Odpowiedź brzmi: nie.

Jak postrzega pan zatem największą w historii tej wyspy falę imigracyjną – setki tysięcy Polaków, którzy przyjechali tu po wejściu Polski do Unii Europejskiej?

 
Jest ona pod wieloma względami wyjątkowa, nie tylko ze względu na jej rozmiar. Kilka aspektów wyróżnia ją na korzyść w porównaniu z innymi: Polacy – i różnią się tym od wszystkich pozostałych grup – rozprzestrzenili się dość równomiernie po naszym kraju. Gdyby wszystkie grupy etniczne zachowywały się w ten sposób, nie mielibyśmy wielu dzisiejszych problemów.
Poza tym, Polacy przynieśli ze sobą gotowość do ciężkiej pracy, czym wpływają pozytywnie nawet na pracowników brytyjskich. Mówiąc o imigracji, nie możemy przecież zapominać, że nie wszystkie grupy narodowościowe czy etniczne mają jednakowy wkład w rozwój gospodarczy tego państwa. Mieszkający tu Amerykanie, Niemcy czy Francuzi mają zwykle w tym ponadprzeciętny udział, z drugiej strony np. Pakistańczycy i Bengalczycy – średnio dużo mniejszy. Częściowo dlatego, że ich żony zwykle nie pracują zawodowo, a częściowo, że nie mają odpowiednich umiejętności. Efekt końcowy jest taki, że standard życia przeciętnego Brytyjczyka nie zmienia się wcale, a jest nas po prostu więcej.

Czy zgadza się pan z pojawiającym się czasem zarzutem, że Polacy odebrali miejsca pracy Brytyjczykom? Czy wchłonięcie przez brytyjskie firmy tak ogromnej liczby nowych pracowników nie jest jednak potwierdzeniem, że brytyjski rynek pracy był całkowicie wygłodzony?

 
Nie.

Czyli akceptujemy wg pana zbyt niskie stawki?

 
Wie pan sam, że tak właśnie jest*.

Czy równie ważnym powodem nie jest fakt, że przybywający z Europy Środkowej i Wschodniej przynieśli ze sobą umiejętności i fachy, których tu boleśnie brakowało oraz po prostu pracowitość?

 
To na pewno odgrywa dużą rolę. Jak i to, że Polacy dość równomiernie rozproszyli się po kraju, o czym już wspomniałem. Jednak większość Polaków wykonuje tu zajęcia niewymagające specjalnych kwalifikacji, biorąc za to minimalne lub zbliżone do nich, stawki. Pracodawcy są szczęśliwi, wielu brytyjskich pracowników – już znacznie mniej, gdyż płaca, na którą Polacy często się godzą jest nie do przyjęcia dla nich, gdyż nie pozwala na normalne długofalowe funkcjonowanie. W wielu sektorach większość brytyjskich pracowników nie jest w stanie z wami konkurować. Jest jeszcze druga kwestia: czy Wielka Brytania powinna sprowadzać pomidory czy zbieraczy pomidorów? Obecnie dzięki napływowi tanich pracowników nasi producenci konkurują z tymi z Hiszpanii, Portugalii czy właśnie z Polski. Moim zdaniem nie jest to dobry układ – my powinniśmy sprowadzać pomidory z tych krajów, a nie pracowników, którzy często żyją w opłakanych warunkach, z dala od rodzin. Lepiej byłoby, żeby ludzie ci pozostali w swoim kraju i tam wykonywali to samo zajęcie.

Absurdalny unijny system dopłat do rolnictwa nie pomaga chyba tutaj?

 
To prawda. Jest to dodatkowe skomplikowanie i wypaczenie reguł, które mogłyby sprzyjać dojściu do sytuacji, którą opisałem.

Niemcy używają pojęcia „kultury dominującej”, w kontekście integracji imigrantów z krajów o odmiennej kulturze. Czy Wielka Brytania nie powinna być także bardziej asertywna w promowaniu czy też nawet narzucaniu swojej tradycji i kultury tym, którzy decydują się tu osiąść?

 
Myślę, że większe uświadamianie imigrantom, zwłaszcza tym z niektórych części Azji i Afryki, że kultura brytyjska – czy szerzej europejska – jest tu kulturą „główną”, nie używałbym określenia „dominującą”, jest bardzo potrzebne. Fiasko polityki wielokulturowości jest chyba widoczne dla wszystkich: doprowadziła ona m.in. do powstania istnych gett w wielu miastach oraz to tego, że mamy dziś Brytyjczyków, którzy nie mówią płynnie po angielsku, pomimo tego, że mieszkali tutaj przez większość swojego życia.

Mieszkał pan wiele lat w krajach muzułmańskich i zna pan bardzo dobrze te społeczeństwa oraz sam islam. Czy muzułmanie są w stanie zintegrować się ze społeczeństwami europejskimi?

 
Wydaje się, że nigdy w pełni. Islam jest bowiem nie tylko religią, lecz zarazem systemem organizacji całego życia. Wiele z elementów, które narzuca są sprzeczne z tradycją europejską, np. pozycja kobiet, brak akceptacji dla wolności wypowiedzi, czy – choć nie wszyscy muzułmanie rozumieją to jednakowo – reguły dotyczące ubioru.

Interesuje się pan sytuacją izraelsko-palestyńską. Czy widzi pan na horyzoncie jakąkolwiek szansę polepszenia się relacji pomiędzy tymi dwoma narodami?

 
Niestety nie. Problem stanowi system polityczny Izraela, gdzie w wyniku reprezentacji proporcjonalnej  skrajne partie za każdym razem stają
w ich parlamencie na drodze próbom osiągnięcia kompromisu. Izrael doprowadza do narastania ogromnych pokładów nienawiści wobec siebie np. atakując czołgami obszary cywilne, a później blokując dostawy materiałów na odbudowę zniszczonych domów. Nie widzę szansy rozwiązania tej sytuacji prędko.

Palestyńczycy wydają się jednak nie być w stanie dotrzymać jakichkolwiek ustaleń ze względu na chaos i konflikty wśród nich samych.

 
To jest oczywiście drugim elementem impasu, jednak Izrael jest tu silniejszą stroną; stroną, która ma znacznie więcej kontroli nad sytuacją i przez to na tym państwie spoczywa większa odpowiedzialność. 







*wiem.



 

Kawa z lordem duchownym



Kręcąc się po domu zdołowany tym (przecinek?) jak Brytyjczycy traktują to (przecinek? nigdy tego nie zapamiętam) co zostało z tej wspaniałej średniowiecznej instytucji, Izby Lordów przypomniałem sobie nagle rozmowę, którą przeprowadziłem przed kilkoma laty z biskupem kościoła anglikańskiego Michałem Nazir-Alim, jednym z lordów duchownych, w raczej skromnej kawiarni w południowej części Pałacu Westminsterskiego (widok na Tamizę kompensował brak przepychu). 

Mój rozmówca zrezygnował z funkcji głowy diecezji Rochester w 2009 i stracił tym samym tytuł to zasiadania w Izbie Lordów, lecz miał jeszcze do niej przepustkę, kiedy się z nim spotkałem :) .

Rzućcie okiem na dotychczasowy życiorys bp Michała - jest nietuzinkowy.

Wysłałem ten wywiad gdzieś, ale nigdy nie został opublikowany. Czytając go teraz ponownie nie dziwię się -  być może jest to po prostu zbyt przyjazna rozmowa dwóch chrześcijan, a nie materiał do prasy.


SEKULARYZM NIE JEST NEUTRALNY 

 

Obsendorf: Rozmawiamy w Izbie Lordów, której członkiem biskup był do niedawna. Jest to instytucja, która ma zostać wkrótce zreformowana. Jak powinna wyglądać?

Bp Michał Nazir-Ali: Niedobrze by się stało, gdyby była w pełni wybieralna, gdyż byłaby wtedy kalką Izby Gmin. Atutami izby wyższej powinny zawsze być doświadczenie i wiedza jej członków – ma przecież analizować, kontrolować i poprawiać propozycje izby niższej. Dlatego potrzebne jest jakieś kryterium, które by zapewniało, że zasiadać w niej będą osoby wybitne i szanowane w swoich środowiskach, czy to będzie prawo, czy medycyna, czy n.p. edukacja.  Jeśli idzie o wciąż gorąco dyskutowaną kwestię proporcji lordów mianowanych i wybieranych, myślę, że układ 40% mianowanych i 60% wybieranych byłby dobrym kompromisem. Ważna jest też w Izbie Lordów rola osób duchownych.

Czy nie powinni się wśród nich znaleźć biskupi katoliccy?

 Jestem za tym, lecz wiem, że – pomijając już inne przeszkody - istnieje co do tego pomysłu pewien sceptycyzm nawet wśród części biskupów katolickich. Jednym z warunków,  zrozumiałym zresztą, jest to, by byli oni mianowani a nie wybierani. 

Kościół Anglikański jest kościołem ‘państwowym’ w Wielkiej Brytanii. Czy jest to do utrzymania? Do chrześcijaństwa przyznaje się coraz mniej Brytyjczyków a sami anglikanie są - od lat - na krawędzi rozłamu.

Tradycja i kultura Judeo-chrzescijańska jest od początku podstawą tego państwa i społeczeństwa, a te nie mogą  funkcjonować bez struktury moralno- ideologicznej. Przecież decyzje polityczne są często także decyzjami moralnymi: kwestie takie jak ochrona życia od poczęcia, utrzymanie specjalnej pozycji małżeństwa, eutanazja czy pomoc przy samobójstwie (która jest obecnie na tapecie Parlamentu), są nierozerwalnie związane z moralnością. A ta musi być na czymś oparta, nigdy nie jest zawieszona w próżni. Jeśli odrzucimy to co stanowiło fundament od ponad tysiąca lat, czym wypełnimy to miejsce? Bo coś z pewnością je wypełni.

Czyli obawia się biskup, że odrzucenie religii  - jak mówił G.K. Chesterton - nie oznacza, że ludzie nie będą wierzyć nic, lecz, że uwierzą „w cokolwiek’’?

Więcej – sekularyzacja nie jest pozycją neutralną, jest ideologią i w praktyce określa się często jako opozycja do konkretnych postulatów chrześcijańskich: chrześcijaństwo domaga sie respektu dla ludzkiego życia zawsze i wszędzie – sekularyzm promuje aborcję i eutanazję; chrześcijaństwo broni specjalnej pozycji małżeństwa – sekularyzm je podważa, itd. Powtarzam: przekonanie, że światopogląd świecki jest neutralny jest błędne.

Czy podzielony Kościół, taki jak anglikański, może skutecznie i wiarygodnie głosić i bronić tej zagrożonej tradycji?

Jestem bardzo zatroskany tym co się dzieje w Kościele Anglikańskim. Wydaje się, że obecnie mamy w nim ludzi nie tylko o różnych poglądach, ale też o różnych religiach - tak duże są rozbieżności. Pewnych poglądów nie można pogodzić z chrześcijaństwem, co próbuje się robić w moim kościele. Nie można być buddystą i chrześcijaninem; nie można być związanym z New Age i Chrześcijaństwem jednocześnie; nie można nauczać Biblii i być zwolennikiem związków homoseksualnych. Anglikanie, którzy mają ortodoksyjne poglądy nie mogą współtrwać w jednym kościele z tymi, którzy wierzą, że można nieustannie i do woli reinterpretować Ewangelię.

Jak jednak pogodzić specjalną, przynajmniej formalnie, rolę kościoła chreścijańskiego w państwie z całym kalejdoskopem wierzeń, ideologii, światopoglądów – czy nawet zabobonów - jego obywateli?

Uznanie specjalnej roli tradycji judeo-chrześcijańskiejnie oznacza, ze ma się ona stać jedyną akceptowalną. Przeciwnie – jej zachowanie jest gwarancją tolerancji dla innych. Dziś na świecie jedynie w państwach, gdzie dominuje chrześcijaństwo osoby o innych wyznaniach i światopoglądach cieszą się  w pełni wolnością i bezpieczeństwem. Chreścijaństwo bowiem z definicji podkreśla godność każdej ludzkiej osoby i wymaga dla niej szacunku. 

Czy w następstwie nieuniknionego rozłamu,  bardziej konserwatywni anglikanie, do których biskup należy, zbliżą się do Watykanu?

Jest to prawdopodobne. Zbliżenie na większą skalę może nastąpić na zasadzie: ‘’zjednoczeni, lecz nie wchłonięci’’. Anglikanie mają wartościową i pod wieloma względami odmienną tradycję, choć oczywiście nie stojącą w sprzeczności z katolicką.  Jej poszanowanie byłoby z korzyścią dla katolików. M.in. oczekiwalibyśmy podtrzymania – i to nie tylko w indywidualnych przypadkach – trwałego prawa kapłanów anglikańskich do małżeństwa. Księża pozostający w celibacie wnoszą cenne rzeczy dla Kościoła, lecz uznać należy również to co mogą wnieść kapłani żonaci, np. w zakresie gościnności.
Od dwudziestu lat pracuję w komisji, która zajmuje się dialogiem anglikańsko-katolickim i smuci mnie, że to właśnie pewne kręgi anglikanów podważają naszą pracę i zaprzepaszczają wiele owoców naszej pracy. 

Książę Karol, zapowiada, że po objęciu tronu zmieni tradycyjny tytuł „obrońca wiary” na „obrońca wiar”. 

Tytuł ‘’obronca wiary’’ zostal nadany przez papieża królowi angielskiemu ...

Henrykowi VIII, jak na ironię...

... jako zobowiązanie do obrony nie tylko dogmatów wiary , lecz także zasad i tradycji, o których mówiłem wcześniej. Nie da się połączyć tego i n.p. „obrony” buddyzmu, który w ogóle neguje realność osoby ludzkiej, czy Islamu, który nawołuje do karania tych, którzy odejdą od niego. Rola jaką chciałby przyjąć książę Karol pozbawiona zostaje wtedy sensu. Czym innym jest obrona wolności wyznania – z tym jak najbardziej trzeba się zgodzić,  pamiętając, iż uznając czyjeś prawo do wolności wyznania, nie musimy się z tym wyznaniem zgadzać i mamy też prawo je krytykować, jeśli uważamy jego elementy za nieprawdziwe czy nawet szkodliwe.

Jest biskup jednym z najczęściej goszczących w mediach hierarchów. Jak można ocenić rolę brytyjskich mediów w kontekście, o którym mówimy? 

Głoszę od dawna pogląd, że media zostały ‘porwane’ przez wąską grupę, której poglądy nie odbijają w ogóle tego, w co wierzy większość. Jest to klika intelektualna, która nie myśli kategoriami dobra ogółu, tylko promuje swoją, przeciwną lub w obojętną tradycyjnym wartościom, wizję. Jest to oczywiście część, bardzo znacząca jednak, znacznie większego nurtu. Nie trudno zauważyć do czego on prowadzi: rozwiązłość seksualna, alkoholizm i narkomania, brak szacunku dla małżeństwa, zupełne zaniknięcie pojęcia ‘dnia świętego’. Niedawno rozmawiałem z politykiem, który stał na czele kampani mającej na celu zniesienie ustaw ograniczających pracę w niedziele i powiedział mi, że była to największa pomyłka w jego politycznym życiu.  

Pochodzi biskup z Pakistanu, państwa gdzie niepodzielnie panuje Islam. Dużo się mówi o społecznej roli tej religii w Europie. Czy konkuruje ona z Chrześcijaństwem w sensie czysto religijnym?

Islam i chrześcijaństwo są dwiema wielkimi religiami misyjnymi naszych czasów. I na pewno istnieją sytuacje, w których natykają się na siebie w tym zadaniu. My musimy zaakceptować, że muzułmanie mają nakaz pozyskiwania dla swojej wiary innych i mamy prawo oczekiwać tego samego z ich strony. Jak wiemy mają z tym problem. Trzeba też odróżnić Islam jako religię od inspirowanej nim ideologii, która bywa niestety agresywna i groźna. 

 

Surprise!


Graeme Smith
Coming up (no surprise here): England v. South Africa, First Test, Venue: The Oval; Kick-off (sorry): 19 July


Oh Lord,

the creator of gifts 
and thrower of surprises,
the first mover in breakthroughs
and fosterer of the needed skills -
please, keep bowling the world at me
in all your amazing ways.

And in the Test* - I pray -  
let me sometimes hit for 6.





*Thank you for putting me in a great team.




It's all The Lord's

Jerry extreme

Circumcision prescribed by God to Abraham (Genesis, XVII, 10) by Marc Chagall




It seems that he just can't help but move from one extreme to the other - since when is Jerry so protective of Jews and their bodies


(First he didn't let them live, now he doesn't let them practice their religion.)

Bush House

Part of my teenage soul

Today the BBC World Service moves for good out of Bush House. It was from there that I heard the first fluent English sentences, regally pronounced, in my life.

And it was a great feeling to sit somewhere in the deep interior of Silesia Inferior* and be able listen to reliable news from across the Channel where the Liberation Movement with the indomitable Margaret, now Lady, at its helm was winning its first battles (and was soon to support** Polish freedom-fighters).

I walked past that grand edifice a few times when I lived in London and it always stirred something inme. The architecture, the professionalism, the imperial accent, the memories - I could relate to them. We were once on the same wavelength.


One evening in early 1982, a boy sitting in his dark room was listening to news broadcast without beating around the bush* (only with some communist interference). 




*I know: corny; but deep down, in Lower Silesia, I'm a country boy (understand? corny - a country boy*; and just for the record: this is not the Bush House standard).
**I refuse to believe it.

Re-making Europe in Germany's Image (The Fallout)

Now, for a change, the Germans might loose treasure in Greece




Of course the Germans should pick up the tab for Greece - it was their idiotic idea to launch an impossible Common Currency, as part of Germany's sinister plan to re-make Europe in its own image.


(And we* told them exactly how and exactly why it will end, which is exactly how and exactly why it is ending now. The only thing we didn't tell them is exactly when; we just knew that it would be soon.)





The Greek wife of a certain wealthy and over-ambitious German; it was he who footed the bill for (the  discovery of) the jewellery; but at least he found treasure there.




(*some Polish conservatives, most UK Conservatives and assorted intelligent economists.)

Wednesday, 11 July 2012

Może to starość



Może to starość, ale coraz cieplej wspominam międzywojnie i coraz bardziej tęsknię za nim.




PS Dzięki Sinfonia Varsovia poszerzyłem* niedawno swój horyzont muzyczny o częściowo przedwojennego Tansmana. Dziś wieczorem dzięki lokalnemu uniwersytetowi poszerzę go o Fitelbergaw dużym stopniu przedwojennego.


*albo tylko pogłębiłem wiedzę. (Muszę uważać teraz z tym jak i czy poszerzam swoje horyzonty).

PS Imprezę zorganizował i prowadził mój były uczeń, okazało się. Jaki ten świat jest mały; albo jaki ja jestem stary... (czuję, że niedługo będę modlił się o jakąś laskę; jeśli nie zapomnę)

Tuesday, 10 July 2012

Shown, not given






Oh Lord, 
the giver of sexy women, 
you've shown, not given, them to me; 
so now, please, give me wisdom -
or show mercy.






Jan Brueghel, the Elder, The burning of Troy, (c.1671-72)

Sunday, 8 July 2012

Withering



Grace Kelly mirror primping To Catch a Thief photo by Edward Quinn



*yes, withering.


PS She escaped the worst part of it, but will I? (* You are)



Photo: Grace Kelly by Edward Quinn

Saturday, 7 July 2012

Confusion. Last Train To Where?

(It was supposed to be Confusion, but somehow...)

Key terms: absence, mind, confusion, beautiful women, (bloody high) taxation ... no sorry - I think the last one it for a different note.

If I forget to do something with my absent-mindedness, one day I'll get run over by myself (even though I don't drive).

Confusion can be fun, but it comes at a price. I think I've mentioned before how, after I’d dropped it on the floor, I licked a spoon to remove form it hair of a cat (called "Cat", interestingly), assorted bacteria and other small invisible stuff - both beneficial and harmful (there was no time for research: the coffee was getting cold). 

Years ago I used to live in one of those Leviathan apartment blocks (in Stegny, Warsaw), part of the local Communism's hellish heritage, that have dozens and dozens of entrances and hundreds of flats to highlight your insignificance in the eyes of the Big Brother. Coming back home I had to be careful to choose the right entrance, because I kept getting them wrong. However, one morning when I was dashing out earlier than usual (in the hope that I could make it to work decently late rather than indecently, as on most days), I caught myself turning round to check if I was leaving the right exit. (After a short consideration I decided I was).

You should never forget though that when you look away this kind of fun can easily turn into danger. Just as it did when I happened to address my future wife by the name of her best friend, also pretty*. But perhaps it's best to leave it.

Not to mention the situations when absent-mindedness approaches the very verge of idiocy, or seamlessly turns into it. (I can see how one could persuasively argue that all of the examples indicate pure idiocy, but I'll stick to the 'absent-minded' interpretation, if you don't mind).

I recall how I lied to a secondary school teacher about why I had missed a day at school, just to find myself  telling her in some detail a few minutes later about the true reason of my absence (something to do with love, but I just mentioned a name). Obviously I don’t want to tell you too much about such embarrassing stuff, so you just have to wait a little until I blab it all out by mistake.


(What's the point reminding him? I bet he's drinking out his assistant's mug now)




*Just in case let me clarify that there had never been anything - anything tangible, to be precise - between us; I mean between me and my future wife's best friend, not me and my future wife. Although there was some potential tangibility there, especially that you have to give it to her (i.e. to my wife's best friend, not my wife): she was a very nice person and there did have a few highly tangible aspects. I mean: it's not that my future wife wasn't a nice person, quite the contrary I think, or that she didn't have highly tangible aspects, but it's just that now I'm focusing - I mean: focusing purely hypothetically, just as I was then, by the way...Okay, we agreed with my then-future wife not to come back to that) on my future wife's best friend's tangible aspects, not on my then-future wife's.... here we go again, this is exactly the problem... I mean: not the tangible aspects - because how can tangible beauty be a problem? Philosophically, I mean - but that it's so difficult to deal with women who haven't dealt with philosophy, especially when it comes to discussing tangible aspects of substances.

Actually, come to think of her I've got no idea why I mentioned Edyta's body at all. 


After all, it was her face… 


and her personality that… 


Never mind#.)



PS Ah, I nearly forgot: this absent-minded meditation has been prompted by my manipulating a control on the cooker this morning and wondering if it was the right one (control, not cooker - my case is not that serious). The thing was I'd lit the burner a second before and never once took my hand off the dial.




#She's the wife of one of my very good friends.

What's the Question?





(from: http://www.snorgtees.com)

Friday, 6 July 2012

Exaggerate





(Yes, it looks like one of my religious sprees, but just wait a bit - we'll be back with Mr Farage in no time; not that one is incompatible with the other, that is.)


Reading something about the Heart of Jesus, I came across this*: "A love that does not exaggerate is not love; it is affection." Apparently Jesus himself said it. 






* "Why don't I read something about the Sacred Heart of Jesus?" - I had this funny idea when I realised I'd wasted half of the day standing still, instead of burining rubber like hell# not to let my sins catch up with me (I heard them just round the corner, gallping). So I googled "The H of J" and then  clicked this.

#sorry - bad style. But I'm having this fear recently that I will not have abused or used in a corny way all English idioms before I die, so I've decided to speed up.

"... how sweet!" (and it is)



Apart from our cooperation and his evil will, Satan has at his disposal only what the Lord has created.

That's why his temptation is so powerfully attractive: he holds out to us God's work and says: 
Oh, man ...how sweet...
*Abuse it!






*Forget about the Producer's (warning &) Promise and...


Arthur Hacker – The Temptation of Sir Percival [c.1894]