Monday, 24 October 2011

Too much...



Too much hasn't happened between us to rescue it...




(Of the Beatles, thinking apes and the Thinking Man's pet - soon)

Saturday, 15 October 2011

Komedia* wchodzi w życie


Kto słuchał niedawno konferencji prasowej premiera Donalda Tuska dotyczącej m.in. stanowiska Marszałka Sejmu i kandydatury p. Ewy Kopacz wie już, że pewna komedia z nurtu 'poprawności politycznej', gatunek - feministyczny slapstick, weszła właśnie w życie.

Redaktor Kolenda-Zaleska zasugerowała, że w Sejmie jest potrzebna osoba, która będzie w stanie trzymać ten organ mocną ręką** i wyraziła wątpliwość czy p. Kopacz sobie z tym organem poradzi. Uwaga pani redaktor była uwagą partykularną, ograniczoną do jednej osoby, tak się tu złożyło, że kobiety a nie uwagą ogólno-płciową. Pan Premier, w swoim poprawnym politycznie pędzie, nie zauważył tego jednak i jak osioł wpadł na łeb na szyję (nic się nie pomogło, niestety) w wykopaną przez siebie i większość politycznego establishmentu pułapkę. „Jestem zdziwiony, że sugeruje pani, że kobieta nie potrafi mieć silnej ręki”, wszedł w nie mającą ani sensu ani celu ani końca uliczkę.

Brawo!

Właśnie o tym z pewnością marzyły wszystkie – całuję rączki pięknych Pań – aktywistki, działaczki, polityczki i ich męskie przydupasy, które od lat nieodpowiedzialnie nakręcały tę niebezpieczną, destrukcyjną i atawistyczną zabawkę i w ramach tego karygodnego zajęcia promowały m.in. bezmyślne parytetowe (i inne takie; nie śledzę tego z zapartym tchem, jedynie z zatkanym nosem) zapisy w prawie.

Bo że tak głupio się zrobi – pozwolę sobie jeszcze raz ucałować rączki Pań (a może Panien? Nie sprawdziłem. Jeśli panny są jeszcze na wydaniu - przepraszam) Manueli, Lidii, Kazi oraz starszych (i brzydszych) - Wiktorii, Grzegosławy (tej z SLD) i królowej balu, Donaldy – było od początku wiadomo.


*w kontekście odciągania czasu, uwagi i energii od ważnych, męskich spraw, jest to raczej tragikomedia.


**niezamierzone; słowo. P. Redaktor wyraziła to w innych, fortunniejszych słowach.


(ilustracja: nie pamiętam, ale gdzieś to już widziałem...)

Useful Idiots?


Nadzieja dla p. Palikota kryje się w jednym – w jego bogactwie.

Bogactwo – mam na myśli takie, które pozwala przestać intensywnie myśleć o pieniądzach; a nie takie, które nie pozwala na nic innego - trwale i na plus wpływa na intelekt, zwłaszcza intelekt polityczny.

Nie możemy więc wykluczyć, że jego bredzący i bełkoczący jak na razie 'Ruch' przemówi kiedyś trzeźwiejszym głosem. Jeśli p. Palikot uruchomi swój intelekt polityczny (nie ten ideologiczny; ten ma b. niski), przypomni sobie kilka starych sloganów ze swoich dawnych, dobrych, PO-wskich czasów i zagoni tych wszystkich nieoświeconych, zaściankowych, folklorystycznych antyklerykałów, aktywistów gejowskich, transwestytów, niespójnych bojówkarzy najróżniejszej maści oraz Pana/Panią Annę Grodzką do walki o choć ździebko* mniej zniewolony rynek, ten śmieszny cyrk toczący się na pustych butelkach wódki z destylarni swojego duce może okazać się całkiem użytecznym idiotą**, jak to mawiają anglojęzyczni.

*skąd, do cholery, wraca do mnie to 'ździebko'?

**nie wierzę w to; będą dalej organizować krucjatę przeciwko Krzyżowi.

(Tak przy okazji: rzekomy klerykalizm, o którym trąbi Cyrk Palikota jest tak 'dużym' problemem dla Polski, jak ten Cyrk dla Kościoła).

Wednesday, 12 October 2011

First read, then comment; ideally


THE ILLICIT LEAP

Have I ever said anything sarcastic about German Idealism? Well, it's time for a rethink!

Routlege Encyclopedia of Philosopy ( abridged):

Furthermore, FICHTE maintained that there are two and only two possible starting points for the philosophical 'explanation' of experience: namely, the concept of pure selfhood (freedom) and that of pure thinghood (necessity).

The philosophy beginning with the pure 'I' is 'idealism' and that which begins with the thing in itself is 'dogmatism'.
Since, according to Fichte, a unified system of philosophy can have one and only one principle, and since there are two and only two possible first principles, then it follows that no 'mixed' system of idealism/dogmatism is possible.

Dogmatism, he argued, could never provide a transcendental deduction of ordinary consciousness, for, in order to accomplish this, it would have to make an illicit leap from the realm of things to the realm of mental ideas.


I wouldn't put it better myself.

Po qego, qrwa?


Przecinałem dziś Wisłę
tramwajem pełnym tekstująch młodych ludzi i przypomniałem sobie statystyki wyborcze - podobno Janusz Palikot i jego 'Ruch' (na dworcu Warszawa Wileńska jakiś przygodny prażanin zapytał mnie: "Po co ten cały ruch, żeby palić kota?") weszli do Sejmu głównie dzięki młodzieży.

Patrząc na te wypasione komórki pomyślałem sobie: czy choć jedna z wiadomości wysyłanych do kumpli brzmi: 'Po qego, qrwa, na niego gloso-es??'


(fot. Mirosław Trembecki/PAP)

Przejrzyste standardy





Komentator TVP Info - zapewne oczytany, wykształcony i certyfikujący się czymś tam facet - tłumaczy mi, że będzie skandalem - bardziej, tak to brzmi w jego wydaniu, ze względu na sprzeciwienie się wytycznym Unii Europejskiej, niż ze względu na cokolwiek innego - jeśli Julia Timoszenko trafi do więzienia. Co prawda “z pewnością jest winna, ale można to powiedzieć o wszystkich ukraińskich rządzących".

Jest to ciekawa uwaga i zapewne miałaby znaczenie przy piwnej rozmowie o polityce naszego wschodniego sąsiada, lecz czy ma mieć znaczenie dla ukraińskiego sądu? ("Sąd zdecydował, że tak, p. Timoszenko jest winna, ale ponieważ jest wielu innych winnych, p. Timoszenko zostaje uniewinniona").

Komentator jest pewien, że przy podpisywaniu przez Ukrainę umowy o gaz z Rosją, za rządów p.Timoszenko, "popełniono wiele poważnych - w tym finansowych - nieprawidłowości, ale to oczywiście nie powód, żeby ją wsadzać do więzienia". Tak przynajmniej uważa kompetentna widocznie w niuansach ukraińskiej korupcji Unia Europejska i dla komentatora jest bezdyskusyjne, że Unia ma rację a Ukraiński sąd powinien uwzględnić opinię drugiego Wielkiego Brata. Jeśli nie uwzględni, Bruksela odegra się na niej na różne sposoby, w tym rozmowach na temat członkostwa tego państwa w naszej świetlanej i mającej wspaniałą przyszłość organizacji. (Wieści muszą rozchodzić się wolniej po stepach i nie wiedzą tam chyba jeszcze, że Unii praktycznie już nie ma).

Słucham tego komentatora i nagle pojawia się niepokojąca myśl: któryś z nas czegoś nie łapie. Czy bowiem nie rzuca się tu w oczy godna jakiegoś - choćby niewielkiego - bąknięcia rozbieżność między tym co 'nasze' demokracje promują, czasem zbrojnie ("rządy prawa", "nieingerencja polityczna w wymiar sprawiedliwości*", "samostanowienie narodów") a tym co robi Unia Europejska? Czy wreszcie jeden skorumpowany polityk za kratkami nie jest lepszy niż żaden (jakoś ten proces trzeba przecież zacząć!)?

Czy może po prostu, mimo dyskretnego śledzenia go, idiotycznie przegapiłem pewien etap rozwoju komentarza politycznego w naszym kraju i świadomość tego jak działa zachodnia socjaldemokracja jest już tak oczywista dla wszystkich, że można sobie darować be, me czy też kukuryku?


*oczywiście nie jestem z pierwszej chadzki i nie przysiągłbym na życie Gerrego, kota moich rodziców, że ukraiński wymiar sprawiedliwości jest całkowicie odporny na naciski polityczne, lecz jak - na wielkiego Atamana - chcemy promować rządy prawa, wywierając na zagraniczne sądy takie naciski?

(zdjęcie: Alexandr Kosarev/Reuters)

Osiągnęliśmy swój poziom




Podobno niektórzy uważają za sukces naszej (przepraszam –
waszej) demokracji to, że polscy wyborcy po raz pierwszy od upadku realnego socjalizmu pozwolili pozostać u koryt... przepraszam u władzy koalicji rządzącej. Osiągamy rzekomo w ten sposób stabilizację, która jest - tak przebiega ta analiza - oznaką dojrzałości politycznej naszego społeczeństwa.

Niestety - wynik tych wyborów jest wg mnie oznaką czegoś zupełnie innego. Wawrzyniec J. Peter sformułował kiedyś wyjątkowo przenikliwą - dziś słynną i dogmatyczną - zasadę, która w pewnym uproszczeniu i uogólnieniu brzmi: wszyscy dążą do osiągnięcia swojego poziomu niekompetencji.

Wybierając najbardziej nieudolną i pustą programowo partię, dorzucając jej jako koalicjanta najbardziej sprzedajną partię Polacy osiągnęli właśnie swój poziom demokratycznej niekompetencji.

Dobrze przynajmniej, że zapowiada się niespotykany w naszych dziejach długi i spokojny okres ćwierćdobrobytu.


(zdjęcie z: http://timpanogos.wordpress.com)

Sunday, 9 October 2011

The Levites in the Temple of a Minor God



The other day I had a chance to get a (funny and cleverly made)
insight into the work of art conservators; Polish art conservators, I should specify, as it must make a difference - I can't imagine that, say, German ones have even half the fun!

The occasion - a result of this one - got me thinking again about why we're ready to put so many resources, time and thought into rescuing, preserving, conserving or, more appropriately in this case, restoring things that we could simply* recreate.

One possible answer goes: the reason is obvious, emotional and not worth further explanation -we simply feel differently when we are in contact with objects that have a track record (and a high price), objects that have been toched, seen, used by peple of old; and if the track record is international, turbulent or glamorous, the feeling increases. And that's the end of the argument.

But I in the case of objects of art, there must be more at work.

After all in art the material carrier should be of secondary significance. Isn't art's core the vision, the idea, the thought? If we can give to a vision a new, longer-lasting body rather that spend a fortune on patching up the old one, why shouldn't we?

Once we've recorded, re-discovered, sometimes even grasped a vision, it's safe. We shouldn't worry too much about the particular, original piece of matter through which it was expressed. We could at ease, it would seem, dispose of the old worn-out, cracked, faded stuff and replace it with some brand-new. So why is re-creation merely the second-best option?

Because, deep down, we know that objects of art belong to a cult. We feel that they have been made special by their closeness to something that inspires awe. They are like furnishigs of a temple. Each of them has been consecrated - the whole of it: the matter and what it expresses, i.e. its the soul - through being made in a god's presence and with a god's involvement. Lack of respect for any part of it would mean lack of respect for the cult - and thus for the god. Conservators are those who, on behalf on all worshipers, confirm their respect for that which is consecrated.

They are the Levites in a temple where Artists are the priests. And the cult is that of Art, a minor god, which itself is a mere shadow of another one.


*OK - I give it to you - not so simlply

When Ave died

When Ave, an old schoomate of mine, died two summers ago, it struck me how mind-bogglingly before us, at all times, starts the third road. A split-second away, less than half a step away, one small funny chemical event away; Actually, I believe that if we made a sudden fast move, we could - nearly - touch with our outstretched arm whatever it's paved with.

So when Ave died, I saw even better, I felt even better what I always knew, but too often chose not to think about: that my quiet home village is surrounded, skin to skin, by some powerful mysterious frightening thrilling foreign home-land kingdom.

We can always go this way (in Ave's case - to a pal next door to drink more lager), we can go that way (to the local shop to get a bottle of vodka); or we can immediately find ourselves in the middle of that legendary overseas place that lies just across the doorstep of wherever we happen to be standing.


*I remembered Ave's death, when I checked the other day how close to me Hell was (it was closer that I thought). And I realise I may be saying the obvious, but each of us has a pool of obvious stuff to say, and - evidently - I haven't exhausted mine; I'm nowhere near the bottom, to be frank. So stay tuned and don't go away - I'll back after a short commercial break.


Friday, 7 October 2011

Ona wie...


- Teraz biegają po mieście wilki...

Dziewczynka patrzy w noc przez szybę Z-9. Krwiożercze bestie* mogą właśnie skradać się gdzieś na Cmentarzu Wolskim. W głosie małej nie ma strachu. Jest dziwnie dojrzałe pogodzenie się z życiem takim jakie jest. Jakie musi być.

- ... i atakują ludzi. Wiesz, mamo?

Zastygam. Czy kobieta wykorzysta tę szansę i da temu dziecku normalne dzieciństwo?

- Kochanie, w Warszawie nie ma wilków. Wilki żyją daleko, daleko - gdzieś w lasach. I nam nie grożą.

Wszystko zepsute.

Wszystko? Może jednak powiedzieć dziewczynce, że co prawda nie ma tu całych watah, ale jest wilk? Ten jeden. Ten który co miesiąc, po zachodzie słońca a przed wschodem, pożera mężczyznę, kobietę, dziecko i polityka. W tej kolejności. I zostawia tylko jedną kość. Zawsze inną. I że ludzie i politycy będą znikać w niewyjaśnionych okolicznościach przez wieki może jeszcze (bo to nie jest zwykły wilk), dopóki policja nie ułoży z tych kości i kosteczek całego kościotrupa. Ale policja nie doszła jeszcze do tego. I nie dojdzie do tego jeszcze długo...

Decyduję się. Odwracam głowę w stronę małej. Napotykam jej wzrok i ... nic nie mówię.

Ona to wie.


*nie wierzę specjalistom, kiedy zapewniają mnie, że nigdy wilki bez ważnego powodu same nie rzucą się na mnie - widziałem w swoim życiu na własne oczy zbyt wiele filmów.

(the picture: Dark Forbidden Apple Night Wallpaper from layoutsparks.com)

Zaraz, zaraz... czy Pan już mi kiedyś czegoś nie sprzedawał?



Rozmawiałem

niedawno o agresywnym i nieuczciwym marketingu z pewną kobietą, która – gdyby studiowała – byłaby studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Kobieta podkreślała potrzebę dokładnego czytania drobnego druku umów, np. dotyczących zakupu bezprzewodowego internetu (dlatego go nie ma). Dowiedziałem się, że radzi sobie sprawnie z niezapowiedzianymi akwizytorami (kiedy odmówiła podpisania kontraktu i facet próbował naciągnąć ją na 'zwrot kosztów podróży', dostał kopniaka w tyłek.

(Znam jednak trochę tę panią i jestem pewien, że nie dobarwiła tej historii: gość musiał dostać z główki, po czym nastąpiło – w stosunkowo krótkim odstępie czasu - uderzenie w krocze; ale mniejsza z akwizytorem – może taki będzie z tego pożytek, że nie dotrze do urny, by zagłosować na Platformę :O!).

Od bezprzewodowego internetu poprzez znakomite garnki doszliśmy naturalnie do demokracji. Pani powiedziała, że kupuje u Tuska.

Nic - nic, nic a nic - nie rozumiem.

Dzieci, źle się bawicie!


Rozmawiałem
kiedyś w jednym z bogatszych przedmieść metropolii z trzema inteligentnymi dziewczynami (z których trzy były ładne; z których jedna … mniejsza z tym... ) o demokracji i o pomyśle wprowadzenia przymusu udziału w wyborach.

Zapomniałem dorzucić tego argumentu przeciwko temu ostatniemu: odmowa oddania głosu* jest ważnym głosem; głosem który nie byłby zarejestrowany, gdybyśmy musieli iść do urn; głosem przeciw obecnemu systemowi; i głosem za innym systemem.

Inaczej mówiąc: mogę ganiać idiotów po lesie. Mogę być ganiany przez nich po lesie. Idioci i ja możemy być wyrzucani z lasu przez gajowego. Ale dyskutować z nimi i zapraszać ich do sterowania państwem?

Wolne żarty.


*nie - nie bawię się w oddawanie pustych kart, bazgranie po nich, darcie ich, itp. Po prostu nie bawię się, bo to nie jest zabawa.


(the picture: http://www.flickr.com/photos/jeridaking/481261830/)

Early (Kind of) Morning Update on Humankind


Just found myself in a café (I don't think I really needed that espresso – it was enough to hear them say the price: well over a tenner! [in the local PLN] to wake me up), after – apparently – a good few hours on a stray tram that originally was supposed to take me to Ząbki, but managed to reach the little-explored end of Puławska St and, disappointed, made its way back to Plac Konstytucji; fortunatelly the one in Warsaw.


But most importantly – I had to revise my mature - and naive, it turns out now - view on humankind: when I checked my pockets, they were still full of all sorts of cash!*.


*Actually, I'm wondering now: where did that cash come from? Had my prejudice against people been that wrong? Or I had simply earned the money and just happened not to have met anyone on my way?


(the painting by Ria Hills, via dailypainters.com)


Wednesday, 5 October 2011

Zaraz, zaraz... czy Pan już mi czegoś kiedyś nie sprzedawał?



Ze skrzynki pocztowej wylewa się (nie była
otwierana przez pół dnia) kubik papieru (gdzie są, do cholery, zakichani socjal-demokraci, kiedy ci szkodnicy mogliby być naprawdę przydatni?? niech się odwalą od edukacji niewinnych dziatek [dziatków? - gramatyka naszego ukochanego języka przerasta mój skromny intelekt] i życia seksualnego obywateli [nieodpowiedzialnie popuszczając tej bestii smycz] i niech zrobią wreszcie coś z tymi tonami marnotrawionych lasów!)*.

Większość to ulotki polityczne i Telepizza (płacisz za jedną a dostajesz trzy? - ktoś tam planuje doprowadzić firmę do bankructwa nieodpowiedzialnymi obietnicami - pewnie zatrudnili polityka do marketingu...). Telepizza zostaje skrzętnie zatrzymana. A pozostałe? Jacyś egzaltowani goście namawiają mnie, żebym im zaufał, że mogę im ufać a potem wciskają mi przyspieszające puls slogany, zupełnie wiarygodne frazesy i wielkie, uroczyste obietnice. W sumie coś, za co - w jakimś bardziej patriotycznym i przedsiębiorczym społeczeństwie - groziłby im natychmiastowy odstrzał (sorry - taka jakaś wizja, ale nie ośmielę się jej rozwinąć tutaj).

Wszystkie lądują po kilku sekundach (nie - nie czytałem dokładniej niczego, po prostu przechodziła sąsiadka i ręka zatrzymała się na moment, kiedy mówiłem "Są bobry!") w koszu. Zatrzymałem tylko dwie, brzmiące najwiarygodniej: "Pożyczki od ręki. Dogodne warunki" i "Okna. 70% taniej!"



*może nie jest to najlepiej sklecone zdanie, ale com sobie ponawiasował, tom sobie ponawiasował (kompensuję sobie marne [OK: bardzo marne] oceny z nawiasów na logice)!