
Wednesday, 30 November 2011
Que Sera Sera

Sunday, 27 November 2011
The mark of a true philosopher
Wednesday, 16 November 2011
Lub żaden

Idąc ciemną, jesienną Warszawą w tłumie żywych
patriotów – lub tych (pewnie zdecydowanie mniej licznych), którzy się za patriotów tylko uważają, pomyślałem o innych patriotach (lub za nich się uważających) – tych z Powązek, wśród których szedłem tydzień wcześniej.
Garstka ledwo zarysowujących się w dyskretnym świetle zniczy postaci, które nie dołączyły jeszcze do większości, spacerowała wtedy pomiędzy dziesiątkami tysięcy grobów i prawie milionem pogrzebanych*.
(- …a on oczywiście nie przyznał się do niczego i dopiero kiedy wszystko zaczęło się sypać, przybiegł do mnie prosić o kasę!
- I co zrobisz?...
Rozmowa mijającej mnie pary była tak nierealna, że założyłem natychmiast, że musi odbywać się pomiędzy zombie; co mnie wielce uspokoiło – mroziłoby krew w żyłach, gdyby o 9-tej wieczorem na cmentarzu mówił takie rzeczy ktoś choćby półżywy).
I nagle zadałem sobie pytanie: co dziś zrobiliby ci, których groby mijałem, widząc ten kraj i ten naród w ich dzisiejszym stanie? Co by się działo, gdyby można było wezwać ich na pomoc? Po której stronie – z wielu możliwych stron – stanęliby? Szedłem w zwariowanym kierunku, który porzuciłem dopiero na innym - małym, wołyńskim cmentarzu… (nie, nie opowiem wam o tym; przynajmniej teraz).
Uspokoiłem się dopiero, kiedy dotarłem do dalekiej, nieznanej mi części tej fascynującej, drugiej – może tej właściwej? (milion osób!) – stolicy; części o której istnieniu nawet nie wiedziałem. Po drodze zawrotna mieszanka z trudem odczytywanych w świetle zniczy imion, historii, powołań, bohaterstwa, porażek, sukcesów, zwykłych karier i nudnych majątków, różnych grup etnicznych a czasem – na ogół nieprecyzyjnych - narodowości przypomniała mi po raz kolejny: Polska to przedsięwzięcie kulturowe. Albo żadne. W każdym razie – żadne warte wzmianki.
Nawet nie wiedziałbym jakim językiem mówić o tezie, że moja ojczyzna to projekt etniczny czy, o zgrozo!, genetyczny. Miałby to być język biologii czy niewiele bardziej szlachetny - socjologii? „Polska biologiczna? Polska socjologiczna? Nie – póki my żyjemy!” – myślałem z niewzruszoną, jak ten cmentarz, pewnością siebie. Milczenie większości wokół mnie uznałem za przytaknięcie.
Pokrewieństwo – o ile nie jest tym najbliższym lub bardzo bliskim – nie znaczy przecież nic. Spotkanie zamerykanizowanego potomka Polaków w Stanach jest samo w sobie równie nieistotne jak spotkanie dalekiego kuzyna w Poznaniu – i jedno i drugie może być źródłem przyjemności, jeśli Amerykanin i kuzyn okażą się ciekawymi, towarzyskimi charakterami, lub - co może jest bardziej prawdopodobne – znudzenia, niezręczności a może nawet zażenowania.
Sugestia, że poza kwestiami czysto technicznymi, mechanicznymi czy materialnymi, łączy mnie coś ważnego z kimś kto przypadkiem – tak jak ja – urodził się w tym państwie, lub kogo przodkowie się tu urodzili, a kto ma je sobie za nic a może nawet działa na jego szkodę (a np. na zysk swój i swojego klanu), jest po prostu śmieszna. Więcej - oburzająca. Żeby uniknąć nieporozumień: ja, choć może nie robię teraz nic dla Polski, nie działam jednak na jej szkodę. Oczywiście, może połączyć nas kiedyś wspólny – lub podobny – projekt: kiedy ten ktoś przemyśli pewne rzeczy, pewne rzeczy przeczyta, pewnych rzeczy się pozbędzie, lub kiedy ja przestanę o pewnych rzeczach myśleć, o pewnych rzeczach zapomnę a zapałam pożądaniem do innych.
W międzyczasie z punktu widzenia ‘polskości’ liczy się jedynie ich stosunek i zaangażowanie w projekt ‘Polska’. Nie będąc sympatykami, mogą mieć oczywiście - jedynie poprzez to, że są; że mają jakieś wpływy; lub że walczą z nim – wpływ na ten projekt, ale nie czyni to ich ‘Polakami’ w sensie ‘uczestnikami przedsięwzięcia/udziałowcami’, lecz w sensie biologicznym, etnicznym czy socjologicznym. Ale zostawmy – z całym szacunkiem; lecz nie o ich dziedzinie tu mowa - technikom co techniczne, a oddajmy Polakom co polskie.
Ponieważ Polska to projekt ideowy, kulturowy, a w porywach duchowy. I wszystko wskazuje - można do tego dojść drogą eliminacji - że żaden inny.
( - …i, nie tak jak w przepisie, dodaję tylko jedną łyżkę mąki. A dopiero na samym końcu odrobinę mleka.
Moment przed wejściem w bramę i pożegnaniem z Powązkami zgrabnie sprowadziła mnie na łono dzisiejszych problemów kraju kolejna mijana rozmowa. Tym razem nie miałem wątpliwości – to byli zombie!**)
*za: http://starepowazki.sowa.website.pl/Cmentarz/ciekawostki06.html
** sprawdziłem w literaturze fachowej: mleko na końcu dodają w tym przepisie tylko oni.
zdjęcie: http://krabikowie.blogspot.com
Aż ciarki przechodzą pamiętającego człowieka

O, Matko!
Jeśli miałoby się stać to, co wielu uważa, że ma się stać z „Rz” i „U Rz” po przejęciu ich przez pewnego – podobno PO-stronniczego – biznesmena (a co przez moment, po zwolnieniu z funkcji naczelnego „Rzepy” Pawła Lisieckiego a przed wprowadzeniem tam Tomasza Wróblewskiego, wydawało się przerażająco prawdopodobne, w odróżnieniu od zaledwie prawdopodobnego teraz), czy nie znaleźlibyśmy się w tragicznej powtórce znajomej części z nas sytuacji, kiedy przyzwoicie wydrukowany i wiarygodny opis bieżącej rzeczywistości, zwłaszcza tej lokalnej, można było odnaleźć jedynie w prasie kościelnej?
(Nie upieram się naturalnie, że tym razem byłaby to ta z ilustracji)
Tuesday, 15 November 2011
Nie tu mieliśmy dojść w tym marszu...
Sunday, 6 November 2011
Varsovia Cantat: Kum, kum, kum

Festiwal sprawia wrażenie dość dziwnej mieszanki profesjonalnych, międzynarodowych ambicji i lokalnej, amatorskiej imprezy. Moja ogólna ocena jest jednak z pewnością pozytywna, choćby ze względu na możliwość licznych antropologicznych obserwacji dzięki geograficznemu rozmachowi oferty - od Wenezueli (dziewczyny akurat nie dotarły z przyczyn technicznych) po Rosję, od Norwegii po Słowenię, od Łotewskich uczennic z pierwszych klas podstawówki po Wołomińskich emerytów i od miejsca 12 w rzędzie XIII do miejsca 15 w rzędzie XIII.
*Każdy z chórów musiał mieć co najmniej jedną ludową przyśpiewkę na czteropunktowej liście. Bardzo pouczający pomysł - można było usłyszeć jakbyśmy brzmieli i o czym byśmy śpiewali
kum dziwował się kumie, kum dziwował się kumie,
kum dziwował się kumie, że tak pięknie wić umie.
i dziwował się kumie, i dziwował się kumie,
i dziwował się kumie, że tak dobrze pić umie.
kum dziwował się kumie, kum dziwował się kumie,
kum dziwował się kumie, że nic chodzić nie umie),
Przed dziełami takimi jak powyższe czy n.p. 'Sieradzkie Wesele' organizatorzy powinni oferować publiczności szklankę wódki i kawał kiełbasy, co umożliwiłoby słuczaczom głębszą percepcję tych utworów i - być może - dostrzeżenie czegoś, czego na trzeźwo w nich na pewno nie ma.
The Thinking Man's Season

Just before its blade hit the ground, something flew past me with a whisper: “look up” – and fell at my feet. I kicked it and, joined by dozens of others lying aroud, it made a deadly rustling sound.
Young Drunk Men

It’s 2 a.m. or thereabouts. Three drunk young men get on the bus. They’re joyful, noisy and don’t want to go to bed – life is too early yet. So, between two glass partitions in one of the entrances, they start a fight.
It’s not disorganized violence, but a proper contest with some (even if very few) rules and a referee. Amid silly jokes, child-like swearing and a sprinkling of rudish peronal comments, many of the few rules get breached, but it’s all friendly, even if in a painful way. The fight is duly suspended at every stop to let the passengers in and out. It goes on for a good while, the two joined bodies banging against one or the other piece of glass. All in all, it’s a rather entertaining distraction on what could otherwise be an extremely boring journey. The boys’ urge to show that they’re still alive - unlike most of the other passengers, it seems - and kicking is palpable and contagious – I feel like joining in (but stop myself at the last moment).
This is, dizzily, joy of life in actu. It’s more or less pure and disinterested - they're too drunk to be able to aim at anything practical or naughty. All energy that is left in them is to simply make some optimistic and noisy action.
And from this higher plane, where they’ve climbed on alcohol; through this silly ruckus; to the sound of their yells, moans and laughter - are they not showing the ultimate appreciation of life: the joy of life for the joy of life’s sake? If so, are they not paying a most straightforward complement to life's giver?
Young drunk men – I salute you!
P.S. Just before the end of Round 5, a police car pulls up in front of the bus and when the doors open, the cops take over the role of the referee and nick the three guys – or, to be precise, only two at first. The one who was shortly to win on points makes a run for it.One of the policemen goes after him. The bus drives off and we have another sporting attraction – the guys run alongside the bus for a minute or two, till the cop catches up with the valiant fighter.

