Monday, 16 January 2012

A Universe Transfroming Machine



(What are you turning the Universe into?)

You absorbed an egg and a Chaos-beating morning; then two passengers and the driver of a 1.... bus. Afterwards you understood your lost sheep of a boss and two examples of local architecture, along with a quarter of the moment's sky - and the Sun.

You have tried to absorb God too, but failed and decided that – if anything – it may go the other way round.

So at the close of the day, in your favourite pub - the teetotaling Moon annoying you again through the window, so high, cool and sober - when it's your round, what will ooze out of your tap, so that you - a Universe Processing Species - can serve it to your mates?


(or this?)

Sunday, 15 January 2012

PS



(Stwierdziłem, że nie przystoi, by takie duperele sąsiadowały z czymś tak pięknym jak tamta myśl Marka Aureliusza)

PS Co przypomniało mi o planach dokończenia pewnej sytuacji z ul. Broniewskiego – ale co będzię, to będzie.

*Pinot Noir, Vin de France, 2010; expertly blended by Marks&Spencer, teraz - 16zł z groszami.

**Beaujolais 2010, bottled for M&S by Paul Sapin; teraz za niecałe 17zł

***A poza tym myślę, że usługi edukacyjne i zdrowotne należy sprywatyzować.

****(*****) w tłumaczeniu Mariana Reitera. Pozwoliłem sobie jedynie zamienić 'demona' na 'duszę'.

(*****) obiecuję, że po tej butelce Beaujolais (zrobionego z Gamay, potomka Pinot Noir) opanuję te małe cyferki.

Tym się kończy picie




Słowa kluczowe: 20% taniej w M&S, słaba wola, Pinot Noir, silna wola, Wikipedia, Marek Aureliusz, stoicyzm, (atrakcyjne Rzeczy Ostateczne – ale o tym innym razem)


Kupowałem tę butelkę* z wielką obawą, pogłębioną jeszcze przez wzięcie drugiej**.

Obawa spełniła się jedynie w ćwierci – pierwszy mały sukces od jakiegoś czasu. Postanowiłem więc uczcić to i przeczytać coś z tej okazji - czego dawno nie robiłem (tzn. z okazji napicia się wina).

I otóż:

w Wiekach Średnich w północno-wschodniej Francji Pinot Noir krzyżowało się spontanicznie ("krzyżowało się spontanicznie" - chciałbym to widzieć!) z innym powszechnie wówczas uprawianym szczepem - Gouais blanc. Ich potomstwo dało z kolei początek wielu uprawianym do dziś szczepom, między innymi Chardonnay i Gamay.

To właśnie Pinot Noir opisał przypuszczalnie w swoim podręczniku Columella (ur. ok. 4 r. n.e. w Kadyksie w Hiszpanii, zm. ok. 70 n.e. w Tarent, Włochy) – rzymski autor dzieł poświęconych agrotechnice.


Cytował w nich m.in. Katona Starszego***, o którym wspomniał także w jednym ze swoich dialogów Cyceron - który jeszcze bardziej wspominał o Marku Antoniuszu.

Czytając natomiast o Marku Antoniuszu pomyślałem o innym, Aureliuszu i przypomniałem sobie, że chciałem kiedyś wspomnieć o ciekawym (wbrew początkowemu wrażeniu) spotkaniu nt. nowego tłumaczenia tego dzieła i pewnej eschatologicznej refleksji, którą snułem w jego trakcie.

A Marek Aureliusz napisał, że:

[Księga Piąta****]

10. Sprawy świata są okryte taką jakąś tajemniczością, że filozofom, i to nie małym ani pierwszym lepszym, wydają się zupełnie nie do pojęcia.

A nawet samym stoikom wydają się trudne do pojęcia. A wszelkie nasze ujęcie zmienne. Gdzież jest nieomylny człowiek? […]

Zupełnie więc nie rozumiem, jak przy takiej ciemności, przy takiej brudocie, przy takim falowaniu bytu i czasu, przyczyn i skutków mogłoby być coś godne poszanowania lub w ogóle pożądania. […]


… [Zatem] powinno się […] z ufnością polegać na tych jedynie prawdach: po pierwsze, że nic mi się nie zdarzy, co nie jest zgodne z prawami wszechświata,

po wtóre, że mam moc nie popełnić nic wbrew memu bogu i mojej duszy. Nie ma bowiem nikogo, kto by mię zmusił do grzechu przeciw niemu.






PS

Thursday, 12 January 2012

A dog trumps a bone




Communication through life is the supreme kind.

In art, a symbol that is animate always trumps one that isn't. We respond to life more strongly than to matter or even thought, because life means more to us than its accessories.

(In other words, an animate symbol barks to us more loudly than just a bone on its own).

Wednesday, 11 January 2012

Wracam do meta




Nikt* mi nawet nie zrobi herbaty.

Siedzę samotny jak pies.

W mieszkaniu jest ciemno - i nie tylko dlatego, że słońce dziś w ogóle nie wzeszło.

Zaklinam myślami telefon.

Ale elektryk nie dzwoni.

Nie mogę poddać się bezczynności więc idę coś z tym zrobić. W pierwszym sklepie nie mają prądu, przynajmniej na wynos. W drugim mają, ale tylko AAA i podobno nie zagotuję na nim wody. Nie poddaję się jednak - kupuję literaturę fachową**. Wezmę elektrona w swoje ręce.

Otwieram zakup z namaszczeniem i wzruszeniem. Minęło jakieś 25*** lat od kiedy ostatni raz kartkowałem coś mającego związek z fizyką (tzn. inny niż to, że było po niej). Wącham kartki. Przyglądam się ilustracjom. Przeciągam ręką po lśniącej okładce. Jeszcze raz wącham kartki. Odkładam książkę. W końcu przełamuję się i zaczynam czytać. Lecz nim docieram do kabli i gniazdek, zniechęcam się się zupełnie do całej dziedziny.

Zaczyna się absurdalnie: “drzewo jest w ruchu wzlędem samochodu.”
Zakładam, że autorzy spróbują ustalić jaki jest stan stanu faktyczny, lecz nie – dla nich liczy się wygoda: „wybierając układ odniesienia, kierujemy się wyłącznie tym, aby opis ruchu w danym układzie był jak najprostszy...”. Co za podejście! Zupełnie pozbawione ambicji. Zostawiam z niesmakiem kinematografikę i posuwam się ruchem przyspieszonym do przodu (a raczej do tyłu – czytając książki zmierzamy do końca a nie początku). I grzęznę w świecie pozorów, układów, niedopowiedzeń i nieoznaczoności. Prawda wydaje się liczyć najmniej, liczy się użyteczność.

O skandalu z prądem wszycy słyszeliśmy, ale okazuje się, że sam atom jest zakłamany: “wiemy, że model Bohra jest nieprawdziwy, ale jest użyteczny...” - świetnie. Nie lepiej jest ze światłem - wszystko jakoś może podlegać zasadzie tożsamości, tylko nie ono.

Zastanawiam się właśnie skąd w ogóle wiemy, że elektron w ogóle jest, skoro nikt nie ma pojęcia gdzie on jest - kiedy miarka się przebiera.

To na czym budowałem - cieleśnie - całe swoje dotychczasowe życie, ba! to na czym stoi i dzięki czemu się kręci - mechanicznie - nasza cała cywilizacja - ma być tylko 'szczególnym przypadkiem' jakiejś egzotycznej, nieziemsko brzmiącej zasady, która przyprawia o zawrót głowy, kiedy się ją pozna****? O, gdybym tylko mógł cofnąć się w czasie i poczuć stary, dobry - i jednoznaczny - uścisk dłoni Izaaka!

(A światło, natauralnie, znowu jest wyjęte spod wszystkich reguł. To ja też, do cholery!, chciałbym w takim razie być światłem!)

Porzucam więc fizykę patrząc smętnie na nagłówek ostatniego rozdziału o szczytowych rzekomo osiągnięciach tej dziedziny w XX wieku - chociaż po tym wszystkim nie powinienem być wcale zdziwiony:

„Relatywizm” .

Thank you very much. Wracam - po ciemku - do meta.



*po pierwsze go nie ma, po drugie - nie lubi mnie, po trzecie - nie ma prądu.
**Fizyka na skróty, Barbara i Michał Zegrodnik, Wydawnictwo Szkolne PWN, stron 96, za jedyne 6zł w lokalnym sklepie
***jak ten czas leci - to już nawet będzie 30.
****tzn. robię takie wstępne założenie, bo nie poznałem

Die Polnische Autobahn*




(summer notes)

I couldn't believe my eyes.

So I closed them.

I threw the newspaper (what a pleasure it is to read old newspapers - and especially economy sections - deep in the countryside! It gives you a tangible sense of timelessness) on the lawn, took another sip of tea and enjoyed the Silesian sunshine.

While browsing through what I thought was a broadsheet, I had come across a half-year-old story about a Polish authority arguing with an Austiran contractor about how to build a motorway. Clearly, I must have grabbed something satirical by mistake, which I was in no mood for. And I went back to following my compatriots, the Burgundians.


But after a few days the story was still lying there, just slightly changed by a passing shower. I picked it up (what a pleasure it is to read old newspapers - and especially economy sections - deep in the countryside! It gives you a tangible sense of timelessness), where I'd left it off and read on about a legal suit involving the construction of a bridge. And I wished I was the judge hearing that case - how easy a job he had!

Will we, Poles, never learn?

You can debate German-speaking peoples about the idealist philosophy (or positivist, if it's the Austrians), stage an occasional war or uprising against them, quarrel about the Neisse-Oder border, question the merits of their cheap sausages (none) or their Weltanschaung.

But you DON'T argue with them about how to build motorways.

You humbly copy them.




*I bet it's just a question of time for the Polnische Autobahn to fill the gap left by
the Polnische Wirtschaft, which was killed by Polish entrepreneurs** despite heroic efforts to thwart them by our successive governments and Parliaments.

**RESPECT!

PS What a pleasure it is to read old newspapers - and especially economy sections - deep in the countryside! It gives you a tangible sense of timelessness.


(Picture found at: okosmos.blogspot.com)

Ich (małe) niebo



Analitycy są blisko. Może nawet 'Cheek to cheek'.

Stworzyli sobie skromną nieśmiertelność – w pojęciach abstrakcyjnych, w języku, w logice, w matematyce.

Są na tyle inteligentni, by widzieć, że to ich niebo nie jest dotknięte materią ani czasem.

Ale nie są na tyle odważni, by pójść tym śladem.

I znaleźć* nieśmiertelność w sobie samym.



*a jeśli nawet niektórzy z nich znaleźli, nie mają jaj, by o niej mówić. Bo jak inaczej można wyjaśnić, że nawijają o języku, kiedy widzą nieśmiertelność - i o niej nie trąbią?


PS Nie wiem czy analitycy drażnią mnie bardziej swoimi bezbożnymi lub nieodpowiedzialnie agnostycznymi tendencjami czy tym, że są znacznie inteligentniejsi ode mnie?

Zapraszamy!




Wybrałem najtańsze piwo.

Barman rzucił na mnie okiem i – po chwili wahania – błędnie stwierdził, że zasługuję na więcej.

„Czy pił pan kiedyś...?”

Nie piłem. I powinienem żałować.

Ciemność, zwiększona dawka chmielu, goryczka, cykoria, nuty jakiegoś tam drewna, nieduży browar, warty wsparcia.

Zażałowałem.

Już dawno nie słyszałem tak wdzięcznie i rzeczowo podanego piwa.

Które zainspirowało mnie, by wesprzeć format „Zakąsek Przekąsek”, w jego wileńskiej* wersji**.

Z tamtejszym młodym, przystojnym i kumatym barmanem*** praktycznie, o ile pamiętam, otwarliśmy nową knajpę.

Zapraszamy!



*Dworzec Warszawa Wileńska
**wódka za 2 zł. Miły gest, ale knajpa bankrutuje.
***Tak, może wylądowałbym w piekle – ale o ile życie byłoby prostsze****, gdybym był gejem, tzn. spełnionym gejem.*****
****aktywny homoseksualizm (nie sugeruję nic nt. barmana; aha - i, proszę, nie wspominajcie mu, że stał się punktem wyjścia do tych dywagacji) - jeden z ciekawszych intelektualnie grzechów. Niełatwy do udowodnienia. Odpowiedź, jestem przekonany, tkwi w propagowaniu życia. Lub śmierci.
*****może mi się tylko zdaje. Nigdy nie byłem gejem.

Tuesday, 10 January 2012

Misc.




(Chaotyczna garść mitów, pomysłów, pytań, popularnych przesądów i personalnych uprzedzeń... może kiedyś je ogarnę po ludzku. Ale nie dziś, nie przy tej pogodzie.)


Nikt, kto chociaż raz zagrał w grę komputerową nie jest poważny*****.

Ja jestem poważny.

W Polsce działoby się lepiej, gdyby ona nie istniała fizycznie.

Na pewnym etapie (ludzi lub trawy) trawa okaże się smaczna dla ludzi. Mam nadzieję.

Polska polityka grała kiedyś w jakąś grę komputerową.

Istnieje odwrotna zależność pomiędzy jakością lokalnego (tzn. polskiego) społeczeństwa i narodu.

Układ siedzib kilku instytucji przy południowym końcu Krakowskiego Predmieścia i ich architektura wyrażają głęboką i ważną myśl.

Przez większość życia ludzie tkwią w anarchicznym kłębowisku czegoś tam w ich głowie. Sporadycznie przebijają się. Lub coś/ktoś przebija się do nich. (Mówię o sobie****).

Okresy whisky różnią się pod jakimś ważnym względem od okresów brandy. Zadaniem mędrca jest odkryć pod jakim.

Niższe warstwy Polskiego społeczeństwa będą właśnie na krawędzi odkrycia estetyki, kiedy przyjdzie koniec świata.

Świnie są inteligentniejsze (to wiadomo), ale krowy są mądrzejsze.

Mazowsze jest jakieś inne. Podobnie inne regiony.

Coś zatrzymuje się na zachodnim brzegu Wisły.

Wódka wydobywa to co najlepsze z polskich mężczyzn – do piątego kieliszka.

Chiny potrzebują Polaków.

Coś ważnego - i niebezpiecznego - zaczyna się na wschód od Wisły.

Odbija mi* się często w okularach osoba siedząca z tyłu. Lecz rzadko na nią patrzę. Czy to błąd?

Wielu jest idiotami (politycznymi). Każdy ma święte prawo do bycia idiotą (politycznym). Bycie idiotą (politycznym) nie jest sprzeczne z byciem wyjątkowo inteligentnym kimkolwiek.

Marnotrawstwo jest ważną sugestią. Jest jak najbardziej stosowne, żeby marnować...

Jak to możliwe, że kierunek ewolucji jest w górę a nie w dół?

Kiedy ulice są zakorkowane, autobusy skręcać w puste boczne ulice, zawozić ludzi jeździć do mniej zatłoczonych części miasta i wysadzać ich przed budynkami Miejskiej Awaryjnej Sieci Biurowej (MASB), oferującymi każdemu 'korkowiczowi' biurko, komputer, internet, drukarkę i czajnik (tzw. infrastruktura BKIDCz).

Jeśli masz zagadkę – idź do świni; jeśli coś cię gryzie – idź do krowy.

Nie jest możliwe ustalenie czy lepsza jest whisky czy dobra brandy (koniak, oczywiście, wygrywa wszystkie porównania).

Wahanie pomiędzy brandy a whisky świadczy o wewnętrzym napięciu cywilizacyjnym, intlektualnym lub emocjonalnym, zwylke twórczym, lecz bywają wyjątki. Wahanie pomiędzy koniakiem a whisky, przekracza możliwość chłodnej analizy – wymaga tańca.

Szwedzi odzyskają kiedyś duszę.

Niemcy nie znają umiaru w organizacji i każą za to płacić Europie.

Brytyjczycy odkryli coś ważnego, ale większość z nich zapomina powoli co.

Brytyjska Królowa powinna przed śmiercią zrobić numer i nawrócić się na rzymski-katolicyzm. (Modlę się o to).

Kiedy czytam o 'arcyksiążęcym' Browarze w Żywcu, tracę wiarę w sens słów. Kiedy piję 'Żywca' (czy coś zmienili w recepturze, czy to tylko ja?), odzyskuję sens.

Czy wypada czytać jak Sokrates umiera i płakać – w kiblu**?




**Przepraszam, naprawdę - ale musiałem to z siebie wyrzucić... o matko! Niech mnie szlag! To miało być czyste! Słowo!!***

***ha! A jaka jest moja wiarygodność?

****nie w sensie, że się przebijam, lecz że też tkwię w kłębowisku. Chociaż może?

*****nie odbierz tego personalnie, Tadek. (Ale spoważniej, chłopie, w końcu! Chociaż wg tego, co napisałem, to jest niemożliwe. Z drugiej strony to tylko taki mój przesąd...)



Monday, 9 January 2012

Gentlemeni z Redmond




Komputer jednego z moich bliskich znajomych** jeździ na niemieckim prądzie, za który zpłacił i na pirackiej wersji któregoś z Okien, za którą nie zapłacił. Podziwiamy właśnie takt gości z Doliny Krzemowej (tam podobno mieści się internet) i z Redmond (a tu ma okna na świat).

Znajomy otrzymuje od nich delikatne - choć regularne - chrząknięcia typu: "Komputer mógł paść ofiarą nielegalnego oprogramowania. Kliknij tu, aby uzyskać pomoc", lub "System może być zagrożony ze względu na możliwość...", "Wynik testu oryginalności jest negatywny - [tu zdobyli się na trochę odwagi, ale zaraz psują cały efekt:] czy chciałbyś zrobić coś w tej sprawie teraz?"

Prawdziwi gentlemeni. Przecież mogli napisać po prostu: "Jeśli NATYCHMIAST nie wyciągniesz z kieszeni gotówki, wyślemy Twojej dziewczynie listę stron, na które wchodziłeś w ostatnich trzech dniach; wyślemy Tobie najciekwasze fragmenty jej zapomnianych czatów; a to zdjęcie, które wyrzuciłeś - a przynajmniej tak myślisz - z ulgą rok temu z facebooka, ukaże się w pierwszej dziesiątce odpowiedzi google na pytanie o najgłupszy akt męski po pijaku.

Numer naszego konta to..."

I choć i kumpel jest spłukany i ja (do mnie pierwszego przyszedłby pożyczyć pieniądze), wpłata zostałaby dokonana w przeciągu kwadransa.


*wszystkie imiona i dane personalne zostały ze względów przestępczych zmienione. Ja nazywam się Eustachy Koźliński.

PS Od momentu pojawienia się internetu jestem, pewnie nie jedyny, przekonany o tym, że jest on dla nas pod kilkoma względami nowym, bliższym naszemu docelowemu sposobowi istnienia, etapem doświadczenia; swego rodzaju przygotowaniem ludzkości na pośmierntny etap (ale z nowym ciałem i z nowym oprogramowaniem, jednak - aby zachować naszą tożsamość - zbudowanym na osnowie starego). Teraz zauważyłem kolejny 'post-Ziemski' (w sensie - nie dotyczący starej Ziemi, ale albo okresu między-Ziemskiego lub dotyczącego tej 'nowej', zapowiedzianej w Biblii) aspekt internetu pomocny chyba w lepszym zrozumieniu natury ciągu dalszego: zdolność internetu do zachowywania niuansów przeszłości - i dzięki temu możliwość naszego dostępu do niej - może być namiastką pewnego rodzaju ponadczasowości, lub dostępności do całości czasu i jego zawartości, którą, jeśli się uprzemy, będzie w stanie dać nam Bóg.

Sunday, 8 January 2012

Jak więc oni, do cholery!, poradzą sobie z...




Jeśli oni tak radzą sobie z przerzuceniem kilku leków z jednej listy na inną, to jak, do cholery!, poradzą sobie z tymi wszystkimi koniecznymi reform... ale nie - nie dziś!

Dziś jest niedziela i chcę się skupić się na tym co dostaję, a nie na tym co mi zabierają - czy to w naturze, czy to w gotówce, czy w szkodach intelektualnych.

Moje wczorajsze wysłanie na Targówek zestawu do budowania cywilizacji (ach! gdybym tylko mógł odwiedzić to miejsce za tysiąc lat* i zobaczyć rezultaty) sprawiło, że wróciłem do kwestii darów, od nich przeszedłem do empatii, by wreszcie skończyć na podatkach... nie – taki żarcik – na religii.

Niedawno bowiem dotarło do mnie – a przynajmniej dotarło pełniej niż wcześniej - że dobra religia jest w stanie multiplikować nasze pojedyńcze (o ile jest ono z natury pojedyńcze; bo nie wiem) życie.

Zachęcając nas, byśmy zrozumieli drugiego człowieka, współczuli z nim a w ekstremalnych przypadkach - propagowanych przez kilka ośrodków w Polsce (w tym jeden powiązany z ... Watykanem i 'Opus Dei' – strzeżcie się!!) - “kochali go jak siebie samego”, religie nie tyle obciążają nas trudnym zadaniem, nakładają na nas ciężar, ale przede wszystkim dają nam szansę zwielokrotnionego – lub wzmocnionego – życia.

Zdolność i tendencja do wczuwania się w drugiego są oczywiście wpisane w nas, wynikają z naszej natury (choć nie wynikają z samej natury). Często są one jednak realizowane chaotycznie - zatrzymują się i koncentrują się na niewłaściwej, niekonstruktywnej empatii. A czasem jest jeszcze gorzej - nie kultywowane sercem lub choćby intelektem pozostają one niedorozwinięte i objawiają się jedynie pozbawioną ciepła ciekawością, która raz po raz wyrzuca z siebie swój pokraczny pomiot - plotkę.

Stare, dobre religie - a zwłaszcza ta prawdziwa - porządkują tę naszą skłonność do wchodzenia w skórę drugiego i pokazują nam na jakich aspektach tego ekscytującego metafizycznie i egzystencjalnie (jeśli to nie jest to samo) doświadczenia warto się skoncentrować.

Myślałem sobie o takich tam pierdołach, kiedy zabijałem czas w drodze do Zielonki różymi aspektami mojej drobnej, symbolicznej nawet, zguby - a czyjegoś trafu.

Wczuwając się w znalazcę mogłem nie tylko szybko poradzić sobie z lekkim, leciutkim bólem, lecz nawet odczuć tej zguby radość (w ciągu roku zajrzałem do tych książek może raz - a teraz, całkiem możliwe, jakiś robotnik na Targówku właśnie przechodzi do klasy średniej zajadając się pierwszorzędnym chlebem, popjając oliwę i czytając z wypiekami na twarzy jak Kalipso podrywa Odyseusza).

Oczywiście wykorzystanie tej, nawzijmy to tak, 'techniki' zobowiązuje – powinniśmy także wczuwać się w poczucie straty odczuwane przez kogoś, kto zgubił to, co my znajdujemy (oczywiście po wcześniejszej próbie zwrócenia mu tego, jeśli nie jest to zbyt atrakcyjne znalezisko). Ten nasz chwilowy ból – po wejściu w skórę uboższej przez chwilę innej osoby – zamienia się wkrótce w uczucie radości, kiedy uświadomimy sobie, że ta osoba może przecież stosować podobną 'technikę' i teraz się cieszy z naszego farta**.

A jaką niezwykłą huśtawkę emocjonalną przeżywalibyśmy, w przypadku znalezienia (lub zgubienia) jakiejś cennej lub pięknej (jeśli to nie jest to samo) rzeczy, która była już wielokrotnie wcześniej gubiona i znajdowana – gdybyśmy o tym wiedzieli! Co wrażliwsi wierni lub inni duchowo otwarci ludzie mogliby przypłacić takiego farta zawałem – ale czyż nie byłby to zawał godny pozazdroszczenia?





*niekoniecznie wcześniej jednak. Chyba, że ktoś uprzejmie zburzy te wszystkie bloki. A popos wczuwania się – przecinałem niedawno Targówek autobusem (oczy miałem naturalnie zamknięte przez większość czasu) i pomyślałem sobie, że straciłbym w ogóle respekt dla zmysłu estetycznego mieszkańców tego podwarszawskiego osiedla, gdybym dowiedział się, że brzydota tamtejszej 'architektury' nie sprawia, że... - przepraszam, nie dzisiaj. Była to refleksja niegodna niedzieli (we wtorek, może)

**nie byłoby chyba złym pomysłem oznaczanie specjalną naklejką lub innym znakiem cennych rzeczy, które wozimy ze sobą i w miarę regularnie gubimy. Sygnalizowała by ona znalazcy, że może się cieszyć ze znaleziska podwójnie.



PS Właśnie się zastanawiam: jaki jest największy skarb, jaki ja kiedykolwiek znalazłem i nikt - na razie - nie domaga się, bym go oddał.

Saturday, 7 January 2012

A Nearly Perfect Gift (on a 160 bus to Targówek)



I've just lost my notebook bag. I left it on a bus, dreaming of a white Christmas, or someone like that.

My cool matt-black ThikPad T43 was safe at home, but when I was going through the contents that accidentally ended up in the bag before that journey, I realised that this was one of the most beautiful sets of gifts someone's ever going to receive.

Inside were a loaf of home-made bread, some olive oil, the Iliad and the Odyssey.

Do finds get much better than that*?



PS Just in case the finder is a young working class woman with no aspirations to become middle class**, in the smaller section of the bag was another set: "The Saint Goes West" (in paperback and funny), a box of tic-tacs and the keys to my flat.

*yes, easily. Add wine.
**there's nothing wrong with that - or is there? I don't know, really. It's a hard one. Anyway, my view is that it's enough to read just a few lines of Homer to become classless for ever.


Hey You! Are you coming along?




Hey you! Don't sit naked by that phone - come along!

Some students from St Ann have already been there; my old folks too; as well as a bunch of Masovian shepherds, joined by a few local drop-outs and petty thieves. And now crème de la crème of the Orient's scholarly and esoteric community is there too, their wise heads bowed low.

I’m also on my way, hoping to get to Bethlehem before I die.

(Judging by the developments so far, I’m not making much headway. Right now, I’m busy drinking port and singing away an old English carol for a Buddhist neighbour of mine, who probably has already set out himself to Judah and just forgot to turn off the light.

But I don’t abandon hope – who knows, maybe the baby will crawl out of the crib and meet me half way…).

And you, mate? Will you be there?


PS At some point my problem with Christianity was that it was too familiar, too close at hand. I thought I’d prefer something more exotic, something to get to through some adventure, after long and exciting search and numerous thrilling challenges.

But Christianity was brought to my cradle and Jesus was the first person I was introduced to once I’d learnt to say “How do you do?”, or – as the parish records and a bleak black-and-white photograph show – even earlier.

It was only some three decades later that I realized it may take me my whole life – or longer – to finally get to my local church*.


*Which reminds me of a conversation I had a few years ago with another Obsendorfer, who lives in New York now.

We met by chance on a train from Warsaw to Wroclaw and started by arguing about American politics (I was frustrated that he refused to accept my opinion as binding, just because I’d never been there and he’d lived there for some five years then) and finished with religion to end the journey on a friendlier note.

He said that he’d been searching all over the world and across many systems to finally rediscover the answer in our parish church. (“Can’t you see it in the eyes of some of the old women from the local Rosary Circle of Prayer that they’ve got it?”, he asked me. I agreed. I’d noticed that some time before. I just hadn’t noticed it in my own eyes.)

Friday, 6 January 2012

Squandered heritage




A sculpture was stolen from Dulwich Park in south east London. It was a good one - Two Forms (Divided Circle) by Barbara Hepworth. I liked it and I picnicked next to it once or twice. It wasn’t easy to work out what the piece was supposed to signify when it was still there, but its disappearance has a clear message for the UK and for large swaths of the Continent: “Welcome back to hard times!”


It got stolen by ruthless petty thieves who in better economic and social times would focus on an occasional car without resorting to cultural heritage; or if they did, they’d do it to sell its artistic value* rather than its weight value.


These days, eccentric art disappears from leafy neighbourhoods in England, and most other things of any value disappear from summer houses in Poland. One could argue about where there are more beggars in the streets and outside churches.


The theft of a great piece of art from a park in an affluent and laid-back part of Europe’s financial capital and squandering it for the benefit of a scrap metal yard symbolizes to me the squandering of much of the 20th century’s economic heritage. In many ways we’re about to find ourselves back in the 19th century. Which may be a good thing, all things considered.


Because for the last 50 years or so, European (and American) politics has been made as if tactical expediency replaced for good - and for real - hard reality. And economies have been tinkered with as if the voters’ fancy officially replaced inviolable rules.


Social democracy decided to suspend millenia-old laws and legislate a new world into existence. It has failed and now it’s time for all of us to foot the bill. And the 19th century always insisted on paying the bills and - more importantly - not running them up in the first place. It had a reputation of keeping in quite close touch with reality, too. Otherwise how would it be able to build its very real empires, and not declared ones, the kind Europe runs today?


And perhaps now it’s also time to listen to those who understand the 19th century better than most and let them run the show, so that we can catch up with time and re-do the 20th century and enter the 21st, properly?



*I met once in Wales an upper-class English chap whose place in London had been burgled not long before. The thieves stole quite a few paintings, but left some on the walls. “Thank God they were working class burglars”, the guy said, “and had no idea which pictures were of real value."


O sześciu takich (w tym jeden murzyn), którzy bez głowy Unię ratować chcieli




(Z Nudów Kronika - bo podobno nic się nie dzieje teraz w kraju.)

Polska konferansjerka (humorystycznie zwana „prezydencją”) w cierpiącej na stwardnienie rozsiane i kurczącej się w oczach Unii była tak absurdalnie - a w licznych porywach żenująco - reklamowana, że wypadałoby się nią zupełnie nie zainteresować, nawet gdyby nie była tak mało ważna*.

Pisanie o niej na bieżąco byłoby jeszcze większą gafą. Teraz, respektując jej nieistotność, można już chyba coś skrobnąć nie narażając się na śmieszność.

Po pierwsze więc: dlaczego na plakacie mającym podobno jakiś związek z naszą unijną konferansjerką ci trzymający się za ręce różnokolorowi goście ( którzy promują zapewne jakieś równouprawnienie; i znając Unię, musi to mieć związek z seksem lub/i gejami) są BEZ GŁÓW?

I, co najgorsze, dlaczego ten, który trzyma polską flagę jest cały CZERWONY??




*nie wykluczam zresztą, że zdarzyło się coś ciekawego lub nawet ważnego, lecz jak miałem to stwierdzić bez narażania się na śmieszność poprzez śledzenie tego „wydarzenia”.


PS Tak! Przypomniałem sobie właśnie, że „Wybiórcza” donosiła o pewnym b. ważnym sukcesie w ramach konferansjerki, oczywiście przedstawiając to jako porażkę. Wkrótce ;) więcej o tym.

PS2 Oczywiście plakatowe 'bezgłowie' - tak jak przypuszczałem, lecz nie miałem konkretów - zostało już dawno także przez innych zauważone. Znalazłem właśnie dobry przykład.

Thursday, 5 January 2012

The (Boring) Straight Line




What happened to the curved line? What on earth did they do to the detail?

I opened the plain rectangle door of my place, walked down a completely flat road to the station, crossed the straight lines of the rails and got onto a predictably horizontal train to Warsaw.

There* I looked at the buildings (got depressed) and exclaimed to the passers-by: "Someone's stolen the curved line and the detail!" "Yes", they said. "Years ago. We forgot who and got used to plain things. They don't make us feel unfulfilled."

Because the mechanistic straight lines, right angles and near-perfect circles of modern architecture reflect - and perhaps reinforce - the modern lifeless lifestyle: the boring combination of work that's only done for weekends' sake, promotions that get you down, weekends that are less fun than weekdays, holidays that never go to adventure and yawn-yielding marketing crazes.

True: like old Gothic spires, new skyscrapers go high up - but in such an uninspiring way that even if you follow them up, you quickly climb down on finding that they point to nowhere.

So you focus, like in your life, on the simplistic flat horizontal.


*In Zielonka, apart from the church and two and a half other buildings, there's no architecture at all. In Ząbki, especially south of the railway line, it's even worse: the church wanted to be architecture, but I'm not sure if it succeeded; as for the rest, it's positively dangerous to your mind to look at the archi.. hmm, no - at the hous.. no - at the things lining the streets.


PS To remember that a renaissance may be on its way, I've decided that my new mobile is going to be curved (and called so, too)






(Top picture from: facepunch.com; bottom picture: Rys. M.Łukasik, Fasada jednej z secesyjnych kamienic w Warszawie, zaprojektowanej przez znanego polskiego architekta Mikołaja Tołwińskiego (1857-1924) i wzniesionej w latach 1903-1905; from http://www.wsipnet.pl)

Wednesday, 4 January 2012

P.S.2 (Bez wdowy, niestety)




Jaki jest związek czasu i śmierci?

Wg odkrywcy natury czasu (lub twórcy jednej z teorii), św. Augustyna, czas to ciało. Czy zatem kiedy ono się kończy, kończy się czas i może też - jeśli jest ścisły związek mniędzy tą pierwszą parą - konwencjonalna śmierć?

Pozostaje wtedy może jedynie groźba metafizycznej "głębokiej" śmierci - wycofania przez Boga jego ciągłego podtrzymywania naszego "głębokiego" życia?

Piekło może więc być w pewnym momencie puste. Ale nie dlatego - jak wierzą niektórzy - że wszyscy trafią do nieba, lecz dlatego, że ci, którzy tam się znajdą (lub inaczej - sami tam dotrą) mogą po prostu zniknąć. Mowa jest przecież gdzieś w mądrych Pismach o wyborze życia lub śmierci, o "życiu wiecznym" jako nagrodzie - zatem chyba też o "wiecznej śmierci" jako karze? Z drugiej strony są też "wieczne cierpienia".

Ach, o ileż łatwiej rozważałoby się te kwestie w towarzystwie pełnej życia, optymizmu i bąbelków wdowy Clickquot...

Czy będziesz żył, kiedy... ?



"Babciu, kiedy umrzesz nie będziesz już żyła?", pyta Staś, kiedy jego babcia wraca z wizyty u lekarza. Babcia ma wszystkie możliwe dolegliwości na raz (bez ironii) oraz jest w stanie samodzielnie podtrzymać płynność finansową i wysoki poziom obrotów (z lekką ironią) podkopanego rzekomo chwilowo przez p. Kopacz sektora farmaceutycznego.

(Przypomniała mi się tu inna inna babcia/prababcia i inny wnuk/prawnuk, który przy okazji rozmowy o wieku w szerszym rodzinnym gronie spostrzegł rzeczowo: "Babciu, a ty jesteś stara i do końca będziesz już stara.")

"Robimy zakłady", proponuje Aleks. "Kto umrze wcześniej - babcia S. czy dziadek H.?"
Babcia S. to ich 90-letnia prababcia. Kilka miesięcy po tym zakładzie dostała rozległego wylewu, została sparaliżowana w połowie oraz na kilka dni straciła przytomność. Ostatnie tygodnie roku spędziła w szpitalu. Chłopcy odwiedzili ją tam kilkakrotnie a w okolicach Świąt jej stan się poprawił.

"Aleks, wybieraj:" mówi Staś w czasie jednego ze spacerów w tamtym czasie, "śmierć czy życie?"
Nim starszy brat zdołał się zdecydować, pojawia się jednak pewne ułatwienie. "Ja już wybrałem życie. Więc nie masz wyboru."

(W przedostatni dzień roku ich mama zachęca, żeby przypomnieli sobie różne rodzinne wydarzenia. "W jakim ciekawym miejscu byliśmy w tym roku?", brzmi jedno z pytań. "W szpitalu", brzmi odpowiedź.)

W Sylwestra prababcia umarła.






P.S. Dzwonię do siostry i pytam jak chłopcy to przyjęli.
Podobno spokojnie. Zapytali tylko czy trumna się nie otworzy.
Siostra chciała wiedzieć dlaczego o to pytają.
"Bo jeśli się otworzy", wyjaśnili, "to na pewno będzie z niej śmierdziało."

(P.S.2)

Sunday, 1 January 2012

What would Jesus smoke?



Tytoń jest tolerowany w moim rodzinnym domu z jeszcze większymi oporami niż nienawróceni komuniści wciąż popierający wprowadzenie stanu wojennego. Ci drudzy - w odróżnieniu od niezwykłego produktu odkrytego po drugiej stronie Atlantyku - uważani są przez moich rodziców za ludzi, co daje im wiele automatycznych przywilejów.

Tak więc już sam tytoń ekstremalnie stresuje moich rodziców, a sytuacja pogarsza się, kiedy występuje w połączeniu z palącą go osobą; zwłaszcza jeśli jest nią osoba bliska. Taka kombinacja odsłania mniej na codzień widoczne aspekty ich osobowości: mama milczy patrząc w niebo, modli się po cichu, trafnie i dosadnie podsumowuje mniej przyjemne strony mojego charakteru, lub - w porywach i przy zdarzającej się mi się od czasu do czasu sybaryckiej interpretacji Chrześcijaństwa przepowiada - a często nawet przywołuje! - koniec świata, korzystając przy tym z rozwiązań literackich wypracowanych jeszcze przez Jeremiasza i Izajasza. (Widzi też wtedy zresztą całkiem wyraźnie zarysy tego końca na horyzoncie, podczas gdy normalnie - czyli kiedy nie widzi palącego syna, lecz tyko lokalne i światowe obyczaje - spostrzega je jedynie dość wyraźnie, ); ojciec z kolei, już w nieco mniej biblijnych terminach, po prostu zieje ogniem tak, że bez problemu możnaby odpalić od niego papierosa nawet za siedmioma górami i siedmioma rzekami.

Pokątne palenie w odległości mniejszej niż kilometr od moich rodziców jest więc czymś więcej niż standardowym narażaniem na szwank zdrowia. By dać wam jeszcze lepsze wyobrażenie: te wszystkie rządowe akcje nie dadzą żadnych zauważalnych efektów, dopóki na paczkach nie umieszczone zostanie zdjęcie twarzy moich starych przyłapujących mnie na paleniu. (Mimo to najgorsze są te przypadki, kiedy powrót ze "spaceru po trawniku", lub "nostalgicznej wizycie w nieużywanych pomieszczeniach na parterze" witany jest cmentarnym milczeniem i odmową kontaktu wzrokowego. Wtedy moja wina i ich wyrzut unoszą się przez długie minuty nad głowami, jak chmura ciężkiego, oskarżycielskiego dymu w kompletnie bezwietrznym pomieszczeniu).

W tym roku zatem w kontekście Świąt, mojej pierwszej starości oraz faktu, że rzuciłem właśnie definitywnie palenie ograniczyłem się do zaledwie czterech czy pięciu papierosów - nie licząc połowy paczki wypalonej pewnego dnia za jednym zamachem, gdyż stało się to ok. 2 km od płotu i działałem wtedy pod wpływem nagłego wspomnienia pierwszych wagarów, kilku niefortunnych Ekstra Mocnych, kompletnego zzielenienia mojej cery i improwizowanej akcji ratowania mojego życia - oraz własnej skóry - zorganizowanej przez mojego starszego kolegę, obecnie buddyjskiego sąsiada(szczegóły innym razem, teraz wspomnę tylko, że akcja obejmowała nie do końca udaną próbę uzyskania świeżego mleka od lokalnej krowy).

Jesteście więc chyba w stanie wyobrazić sobie moje zaskoczenie, kiedy w pierwszy dzień nowego roku podczas świątecznej Mszy Świętej otrzymałem moralne wsparcie z najmniej oczekiwanej strony.


"Graj dalej!", zażądał ksiądz proboszcz od młodego ministranta ze skrzypcami przy szyii, który właśnie domykał smutną, ale w piękny sposób, melodię. "Jest jeszcze ta zwrotka", wyjaśnił i sam ciągnął dalej wzruszającą kolędę:
„Oj, Maluśki, Maluśki, Maluśki,
Pan Jezus nieduży,
Usiadł se na przypiecku,
I fajeczkę kurzy* …”


"Umysł ponad materią! Duch ponad ciałem! Dymek ponad moją głową!", wykrzyknąłem w sercu. I, po powrocie do domu, uczciłem to drugim już ostatnim papierosem z pozostałej połowy szczupłej, granatowej, wyjątkowo sexy paczki Marlboro Gold**.


*Podobno zdarzyło się nawet bł. Janowi Pawłowi II zanucić te ujmujące słowa.

**Nie - nic za to nie dostaję, wspominam o nich ze zgubnej dla mnie czasem słabości do piękna.