Tuesday, 24 May 2011

Disco Polo? Jesteś szalona!




Przede mną, w wodzie jeziora odbijał się księżyc i światła eleganckich bloków z drugiego brzegu*. Zza pleców nadszedł komfortowy - po kolejnym gorącym dniu, który nastąpił zamiast końca świata - chłód parku. Piwo było zimne i jasne (mówi się "trudno"). Obok, dwóch gości prowadziło inteligentną rozmowę o polskiej polityczce i właśnie miałem się włączyć z czymś przenikliwym typu "dajcie se spokój, szkoda czasu na to gówno", kiedy obfita i krzykliwa blondyna cierpiąca na deficyt uwagi swojego faceta, który flirtował z inną babką przy tym samym stoliku podeszła do baru i wcisnęła przycisk w przerażającym boomboxie.

Wydarł się Stachurski (nie będę się bawił w żadne 'y') i wieczór trafił szlag.

"Jestem - dla dobra mojej cywilizacji - gotów", pomyślałem wtedy, "wyruszyć na krucjatę przeciw ludom kulutry disco polo! Jestem gotowy bez wahania i litości zmiatać z powierzchni ziemi ten estetyczny chwast, tę stylistyczną perwersję, tę kulturową zarazę!"**

Czy byłem?

Dowodzony przeze mnie oddział robił porządek z ostatnim skażonym skrawkiem Lubelszczyzny Interior.

Po całym dniu ciężkiej i mało estetycznej pracy, pozostają nam ostatnie trzy domy, schowane w zakolu obojętnej na mającą nadejść rzeź rzeki. "Kończymy to bez ceregieli", wydaję niepotrzebną instrukcję moim ludziom. Pewnie jeszcze bardziej niż ja marzą o powrocie do zarekwirowanego niedaleko pałacu, by dzięki hektolitrom wina (z piwnic niejakiego Palikota; okazał się krypto-discopolowcem i dynda teraz z jednego z tuzina balkonów swojej posiadłosci) przetworzyć w naszych głowach zbyt ostre obrazy ostatnich dni w sztukę. Dla której przecież to wszystko robimy. Kałuża krwi z pobliskiego miasteczka już przeradza się u mnie w wizję, której nie powstydziłby się Rothko.


W naszych słuchawkach huczy "Kocham Cię kochanie moje"- jęki i krzyki tubylców rażą nasz smak prawie tak mocno jak ich muzyka. Ruszamy. Otaczamy domy i gromadzimy trzy rodziny w środku. Dwie chaty już płoną i właśnie ogień ma być podłożony do trzeciej, kiedy w jej progu pojawia się bosa dziewczynka w lnianej, zgrzebnej sukience. Ma płowe, nieuczesane włosy, piękną twarz i oczy pełne mieszanki szaleństwa i dumy. Na ramieniu trzyma staroświecki boombox. "Lolita", nazywam ją z miejsca w myślach, a ona - nim ktokolwiek zdołał zareagować - wciska przycisk. Rozlega się muzyka.

"Stop!", krzyczę.
Pochodnia zatrzymuje się w ostatniej możliwej chwili. Podobnie jak miecz Mocarta, który miał właśnie ściąć temu prawie dziecku jeszcze głowę za to, że śmiało ukrywać się tak długo. Mój zastępca gapi się na mnie i mnie nie poznaje, a ja zasłuchany patrzę w oczy tej małej, śmiejącej się ze śmierci ślicznotce. Nie słyszę już trzasku pożerającego domy ognia, zawodzenia kobiet i milczenia upokorzonych mężczyzn. Z głośników dociera do mnie "... kochałem cię i twe szaleństwa mocno tak ...", stary przebój kilku chłopaków, którzy leżą teraz w wielkiej zbiorowej mogile pod Radomiem. Ta melodia jest dla mnie jak zbudowany z lekceważeniem wszystkich zasad inżynierii most pomiędzy dwoma światami, których nic nie łączy i dla dobra sprawy nie powinno łączyć. Nikt nie wie - i nigdy nie dowie się - że w ukryciu, ze ściszonym do niemożliwości dźwiękiem słucham tej piosenki raz w roku. I płaczę. W rocznicę dnia, kiedy to ja usłyszałem od kogoś innego "Stop!".

Gdzieś w środku - we mnie, nie w moście - pojawia się niebezpieczne pęknięcie. "Zatrzymajcie egzekucję", rozkazuję. Podciągam małą na konia, sadzam przed sobą a odjeżdżając szepczę w ucho Mocartowi: "kiedy będę na tyle daleko, że ona nie będzie słyszeć, załatw wszystko bez niepotrzebnego okrucieństwa". Zbyt długo go jednak znam, żeby się łudzić, że mnie posłucha.

Osiem lat później leżę półprzytomny w swoim łóżku. Umieram. Nie wiem jeszcze, że otruty przez Lolitę. Nasze małe dzieci będą wkrótce tańczyć na mojej stypie do muzyki, której tępieniu poświęciłem całe życie, a którą ona zaszczepiła im potajemnie. Za miesiąc, po skróconej żałobie, Mocart zostanie jej mężem. Knuła z nim swoje spiski, kiedy ja znikałem na kolejne wyprawy na Ukrainę, Białoruś, Litwę, Niemcy (Szwabska 'ludowa' zaraza była wyjątkowo uparta) . Suka! "Szalona Lolita", jak ją nazwie historia za sprawą okrutnej, lecz skutecznej kampanii rozsadzającej na nowo chwasty, których wycinaniu ja poświęciłem życie. Jej zemsta wydawała się pełna.

Ale jeszcze nie była.


"To twój apartament. Nie pogubisz się?", Szatan zacharczał zużytym przez Ekstra Mocne gardłem śmiejąc się, kiedy wprowadzał mnie do celi, w której ledwo mieściła się dziurawa prycz. Na małym stoliku obok kilku świerszczyków stał ogromny boombox. Tamten. "Żeby ci się nie nudziło", wyjaśnił - tak mi się wtedy zdawało, ha!. Po latach, kiedy się nieco - nie przychodzi mi na myśl lepsze słowo - zaprzyjaźniliśmy, zaglądał do mnie od czasu do czasu, żeby odpocząć trochę od techno, którego słuchał na okrągło (krążyły pogłoski, że robi przy tym pewne niestosowne rzeczy, lecz nie śmiałem czynić żadnych aluzji; pierwszy - i jedyny - raz, kiedy sobie pozwoliłem na żart jego kosztem ustawił mi dźwięk na maksimum i zostawił grający sprzęt na miesiąc).

W czasie ostatniej wizyty rzucił mimochodem coś co nie pozwala mi od tygodnia spać i dzięki czemu spisuję to żałosne, bezużyteczne świadectwo. Pomiędzy zaciągnięciami swoim ohydnym papierosem, popatrzył na mnie prawie z litością i rzucił przekonany, że wiem o czym mówi: "Tak się władować! Za jedną chwilę słabości. Ha! Ha! Ha!".

Zgasił papierosa na moim przedramieniu (standard). "Puść to jeszcze raz!", powiedział zapalając kolejnego. "I śpiewaj z nimi", zażądał. "Lubię twój głos"
, dodał wypuszając cuchnący dym prosto w moją twarz. Dla większego efektu - był w tym dobry - zrobił krótką przerwę i zaryczał w końcu ze śmiechu. Włączyłem więc jedyną piosenkę, którą grał ten przeklęty boombox.

Łzy mieszały się ze słowami, które wychodziły ze mnie jak z zombie***:

"Miłość odchodzi, słyszę z twych ust. Prawda zawsze miała sens ..."


*
Park Skaryszewski, po wschodniej stronie rzeki. Może to ma tu znaczenie ...
** Uświadomiłem sobie właśnie, że - jak to często bywa - zamarzyłem o niemożliwych, bohaterskich czynach na dalekich wyprawach, a przegapiłem drobne, pożyteczne rzeczy, które można zrobić w domu. Powinieniem przecież grzecznie przeprosić i wrzucić boombox do jeziora.
***
to z Hollywood, a nie z filozofii umysłu

(Re: "Kocham Cię kochanie ... " i Stachurski potwierdza się wielka mądrość przekazana mi kiedyś przez mojego przedszkolnego kolegę, Piotrusia - nie zabija się nikogo przedwcześnie. To nie jest dobra wersja tej piosenki. Ale nie jest też tak zła, żeby oznaczała wyrok.
Link

PS Czy istneje jeszcze w ogóle disco polo? Nie słyszałem na szczęście nic z tamtych stron od lat. Może więc gatunek przeżył tylko dzięki mnie i tej piosence? (Matko! To jest dopiero realna piekielna wizja!)