Sunday, 22 May 2011

Finzi: Come away, come away, Death



Wpadłem dziś do bemowskiego domu kultury na kilka kawałków w wykonaniu delikatnych z pozoru dziewczyn i dobrego, przystojnego barytonu z lokalnego konserwatorium, tzw. Uniwersytetu Muzycznego. Moje przegapienie Mendelssohna (przez spóźnienie), krótka drzemka oraz klaskanie w niewłaściwych momentach, nie musiało wcale ozaczać, że się zawiodłem. Wręcz przeciwnie. Ten Schumann, ten Rachmaninow! To trio g-moll*! Ludzie trzymajcie mnie! Zawiedli natomiast bemowiczanie: spośród ponad stu tysięcy na sali zjawiło się 25.

To nie Rachmaninow jednak dźwięczał mi w uszach, kiedy wychodziłem ukradkiem (zwinąwszy z tamtejszej kawiarni Die Zeit; z grudnia 2010 r.). Ostatnim akcentem koncertu było kilka pieśni, w tym piękne Paderewskiego ("Un jeune patre"). I nagle przypomniałem sobie inne, śpiewane przez kogoś z drogiej mojemu sercu Walii: Bryna Terfela, któremu towarzyszy często na fortepianie Malcolm Martineau a kilka słów dorzuca od czasu do czasu pewien Wilhelm Sz.

*klaskałem niewłaściwie, gdyż Siergiej Wasiljewicz przez pomyłkę wstawił na początek finał; a przynajmniej tak to zinterpretowały dziewczyny.