
Była to jedna z piosenek, których się najbardziej bałem.
Ogarniał mnie paraliżujący chłód i dusiłem się, kiedy razem z tą dziewczynką słuchaliśmy wyroku życia z ust jej matki. Miałem tylko nadzieję, że tamto niewinne dziecko nie traciło wtedy wiary i sił - jak ja. Ta piosenka mnie po prostu zabijała*.
Kilka tygodni temu - szedłem nocną i pustą Broniewskiego, mijałem zarośnięty krzakami plac, na którym kiedyś stał prowizoryczny kościół, nim nie wybudowano obok nowego: chłodnego i niewzruszonego, jak tamta matka - ta prosta melodia, tak nie pasująca do nie mających litości słów (może miała je osłodzić? - a sprawiła, że przez kontrast stały się jeszcze straszniejsze) dyskretnie przyszła do mnie. Zapomniałem o tym co ze sobą niesie (ależ tak! - te proste, budzące zaufanie nuty to pułapka!) i ją podjąłem.
Nim zdążyłem się zorientować co robię, znowu czułem się więźniem tego co ma być. Spojrzałem w górę - czarne niebo nad Piaskami zdawało się zamykać mnie nawet z tamtej strony. I nagle przez przez zasieki konieczności i mury pewnych-niewiadomych - lub ich widm - przebiła się jasna myśl. Z serca spadł mi kamień - co tam kamień, GÓRA - bo zrozumiałem
*i nie - nie tak jak ta, ją)