
Idąc ciemną, jesienną Warszawą w tłumie żywych
patriotów – lub tych (pewnie zdecydowanie mniej licznych), którzy się za patriotów tylko uważają, pomyślałem o innych patriotach (lub za nich się uważających) – tych z Powązek, wśród których szedłem tydzień wcześniej.
Garstka ledwo zarysowujących się w dyskretnym świetle zniczy postaci, które nie dołączyły jeszcze do większości, spacerowała wtedy pomiędzy dziesiątkami tysięcy grobów i prawie milionem pogrzebanych*.
(- …a on oczywiście nie przyznał się do niczego i dopiero kiedy wszystko zaczęło się sypać, przybiegł do mnie prosić o kasę!
- I co zrobisz?...
Rozmowa mijającej mnie pary była tak nierealna, że założyłem natychmiast, że musi odbywać się pomiędzy zombie; co mnie wielce uspokoiło – mroziłoby krew w żyłach, gdyby o 9-tej wieczorem na cmentarzu mówił takie rzeczy ktoś choćby półżywy).
I nagle zadałem sobie pytanie: co dziś zrobiliby ci, których groby mijałem, widząc ten kraj i ten naród w ich dzisiejszym stanie? Co by się działo, gdyby można było wezwać ich na pomoc? Po której stronie – z wielu możliwych stron – stanęliby? Szedłem w zwariowanym kierunku, który porzuciłem dopiero na innym - małym, wołyńskim cmentarzu… (nie, nie opowiem wam o tym; przynajmniej teraz).
Uspokoiłem się dopiero, kiedy dotarłem do dalekiej, nieznanej mi części tej fascynującej, drugiej – może tej właściwej? (milion osób!) – stolicy; części o której istnieniu nawet nie wiedziałem. Po drodze zawrotna mieszanka z trudem odczytywanych w świetle zniczy imion, historii, powołań, bohaterstwa, porażek, sukcesów, zwykłych karier i nudnych majątków, różnych grup etnicznych a czasem – na ogół nieprecyzyjnych - narodowości przypomniała mi po raz kolejny: Polska to przedsięwzięcie kulturowe. Albo żadne. W każdym razie – żadne warte wzmianki.
Nawet nie wiedziałbym jakim językiem mówić o tezie, że moja ojczyzna to projekt etniczny czy, o zgrozo!, genetyczny. Miałby to być język biologii czy niewiele bardziej szlachetny - socjologii? „Polska biologiczna? Polska socjologiczna? Nie – póki my żyjemy!” – myślałem z niewzruszoną, jak ten cmentarz, pewnością siebie. Milczenie większości wokół mnie uznałem za przytaknięcie.
Pokrewieństwo – o ile nie jest tym najbliższym lub bardzo bliskim – nie znaczy przecież nic. Spotkanie zamerykanizowanego potomka Polaków w Stanach jest samo w sobie równie nieistotne jak spotkanie dalekiego kuzyna w Poznaniu – i jedno i drugie może być źródłem przyjemności, jeśli Amerykanin i kuzyn okażą się ciekawymi, towarzyskimi charakterami, lub - co może jest bardziej prawdopodobne – znudzenia, niezręczności a może nawet zażenowania.
Sugestia, że poza kwestiami czysto technicznymi, mechanicznymi czy materialnymi, łączy mnie coś ważnego z kimś kto przypadkiem – tak jak ja – urodził się w tym państwie, lub kogo przodkowie się tu urodzili, a kto ma je sobie za nic a może nawet działa na jego szkodę (a np. na zysk swój i swojego klanu), jest po prostu śmieszna. Więcej - oburzająca. Żeby uniknąć nieporozumień: ja, choć może nie robię teraz nic dla Polski, nie działam jednak na jej szkodę. Oczywiście, może połączyć nas kiedyś wspólny – lub podobny – projekt: kiedy ten ktoś przemyśli pewne rzeczy, pewne rzeczy przeczyta, pewnych rzeczy się pozbędzie, lub kiedy ja przestanę o pewnych rzeczach myśleć, o pewnych rzeczach zapomnę a zapałam pożądaniem do innych.
W międzyczasie z punktu widzenia ‘polskości’ liczy się jedynie ich stosunek i zaangażowanie w projekt ‘Polska’. Nie będąc sympatykami, mogą mieć oczywiście - jedynie poprzez to, że są; że mają jakieś wpływy; lub że walczą z nim – wpływ na ten projekt, ale nie czyni to ich ‘Polakami’ w sensie ‘uczestnikami przedsięwzięcia/udziałowcami’, lecz w sensie biologicznym, etnicznym czy socjologicznym. Ale zostawmy – z całym szacunkiem; lecz nie o ich dziedzinie tu mowa - technikom co techniczne, a oddajmy Polakom co polskie.
Ponieważ Polska to projekt ideowy, kulturowy, a w porywach duchowy. I wszystko wskazuje - można do tego dojść drogą eliminacji - że żaden inny.
( - …i, nie tak jak w przepisie, dodaję tylko jedną łyżkę mąki. A dopiero na samym końcu odrobinę mleka.
Moment przed wejściem w bramę i pożegnaniem z Powązkami zgrabnie sprowadziła mnie na łono dzisiejszych problemów kraju kolejna mijana rozmowa. Tym razem nie miałem wątpliwości – to byli zombie!**)
*za: http://starepowazki.sowa.website.pl/Cmentarz/ciekawostki06.html
** sprawdziłem w literaturze fachowej: mleko na końcu dodają w tym przepisie tylko oni.
zdjęcie: http://krabikowie.blogspot.com