
Dość tego anglofilskiego pozerstwa!
Siedziałem niedawno w pewnej warszawskiej knajpie* z piwem (zimnym i jasnym; nie będę jednak zaczynał od zrzędzenia) i czytałem dobrą gazetę. Najważniejszy argument o przewadze Wysp nad Kontynentem wziął więc w łeb.
Gazeta zachęcała rozłożona na wygodnej kanapie (na drugim jej końcu siedział jakiś Niemiec) - było to coś satyrycznego. Od czasu PRL-owskich 'Szpilek' nie miałem w ręce polskiego czasopisma tego typu, więc zabrałem się z entuzjazmem za przegląd.
Zaczęło się mocno: "Kontrolerzy MON, symulując atak terrorystów, bez problemu weszli na teren GROM i specoddziału żandarmerii. Obecność intruzów wykrywa dopiero elektroniczny system monitoringu. Wtedy komandosi GROM wzywają POLICJĘ. Gdy ta zjawia się przed bramą główną, panowie z ochrony jej nie wpuszczają, tłumacząc, że jednostka jest tajna i nikt z zewnątrz nie może wejść na jej teren bez odpowiedniej zgody". Smaczkiem miał być zmyślony fakt, że armia niby zleciła ochronę swoich obiektów ... cywilnym firmom.
Dobre, lecz zbyt mało prawdopodobne (Brytyjczycy mają na to zgrabne określenie: "far-fetched"): ktoś miałby pozbawiać bezczynne w większości wojsko szansy na choćby banalną palcówkę przed mającym nadejść kiedyś, uchowaj nas ..., koncertem? Jeśli ich zadaniem jest ochrona państwa, to z pewnością zaczęliby od ochrony własnych budynków? Tekst nie załapałby się do "Private Eye", ale uśmiałem się, mimo wszystko.
Kolejny kawałek wzruszył mnie, bo był udaną aluzją do kontekstu moich słodkich, dziecinnych lat: PRL-u. Politycy na wojnie ze spekulantami. Donald Tusk rozpoczyna batalię o cukier. "Żarty się skończyły. Będziemy szukali wszystkich dostępnych metod, aby tam, gdzie jest to możliwe, ceny nie były efektem takiej wulgarnej, bezczelnej spekulacji", ktoś wciska komiczne słowa w usta premiera, który - w ramach UE - jest członkiem największego rolniczo-żywnościowego kartelu w historii ludzkości, ustawiającego ceny dla setek milionów sponsorujących administrację tego kartelu europejskich frajerów.
Potem śmiałem się z:
- "pijanego oficera BOR-u, który pobił polskiego dyplomatę";
- wyimaginowanej opery mydlanej polskiej polityczki, pt. PJN; pomysł zwariowany, ale przy odrobinie fantazji można go chyba kupić: 'historia' wirtualnej, nic nie znaczącej, nic nie mówiącej i nic nie potrafiącej partyjki, którą media namiętnie jednak rozchwytują (lecz poświęcenie aż kilku kolejnych odcinków trzecio-planowej postaci 'Bielan', jest już way too far-fetched).
- ABW, które pyta urzędników: „Czy Pana/Pani partner/partnerka pozostaje w związku małżeńskim z inną osobą?" (Może zabawne, ale miałoby sens!)
- gościa znanego wszystkim od lat jako Bolek, który nie znosi swojego imienia i procesuje się na lewo i prawo.
W sumie to co czytałem okazało się całkiem udanym satyrycznym przedsięwzięciem. Czas mnie jednak gonił, dopiłem więc (już mniej zimne na szczęście, ale wciąż jasne niestety) piwo, zamknąłem gazetę i zacząłem się zbierać, by szukać innej knajpy. Odchodząc rzuciłem jeszcze okiem na tytuł: "Rzeczpospolita". Zapamiętam.
(Dopiero na koniec zauważyłem, że barman nie nalał mi pełnej półkwarty! W Anglii byłoby to nie do pomyślenia ...)
*prestiżowa ulica, blisko uniwerku, klienci to głównie nie szalejący przy szampanie studenci. Lewicujący. Jak oni to dostali i jak zarabiają na tym? Wyczuwam nosem cyklistę ...
"Rp" z 25/03