
Społeczeństwo jest w takim zamęcie jak było. Państwo pozostaje tak bezwładne jak było. Politycy … szkoda mówić. Może tylko Polacy znowu musieli stać się mądrzejsi?
Wróciłem do kraju dzień czy dwa po tym jak ten nieszczęsny, przeciążony elitą samolot roztrzaskał się gdzieś w rosyjskim lesie.
Kalejdoskop emocji i wydarzeń, które nastąpiły był galopujący i kompletny. W ciągu kilkunastu tygodni przeszedłem wraz z milionami innych szok, smutek, żałobę, naiwną nadzieję, odrobinę optymizmu, zażenowanie, frustrację, złość .
Po pierwszym, jednoczącym momencie drogi rozeszły się oczywiście w wielu kierunkach: wszyscy przeżywaliśmy to samo, lecz w innych momentach i przy innych epizodach tej … właśnie: tragedii, komedii, kryminału, kabaretu?
(„Najlepsze czasy już się dla was skończyły”, zagadnąłem stylowego i profesjonalnego właściciela knajpy vis-à-vis Pałacu Prezydenckiego. „Co pan wygaduje!", zaczęła się gorzka tyrada."Przychodzili tylko do toalety, nic nie zamawiali - czy wyglądali według pana na ludzi, którzy wydadzą cokolwiek w barze? Miałem same straty - toaleta nie sprząta się sama. A jeszcze Nasz Dziennik napisał, że jest tu siedlisko szatana!”, skończył i podał mi espresso. Z jego twarzy aż biła złość. Zrobiło mi się go żal, chciałem go jakoś pocieszyć:„Ale to nieprawda?” Nie odpowiedział.)
Po roku wiadomo – i to boleśnie wiadomo – że ze Smoleńska wyniknie tylko jedna lekcja: nikt już nie wpakuje do jednego samolotu całego polskiego Sztabu Generalnego. To trochę za mało.
Głębszy sens pojawi się może kiedy pewnego dnia przy samotnie pitej wódce ktoś patrząc w nic nie mówiący mazowiecki krajobraz uświadomi sobie, że z tych klocków - nieudolności, małostkowości, zacietrzewienia, mściwości, nienawiści – nie można ułożyć udanego państwa, ale może jakąś niezłą, smutną historię…