Saturday, 2 April 2011

Sukces? Hell yeah!


Biblioteka Uniwersytecka jest miejscem, które nieodmiennie robi mi dobrze. I wcale nie mam na myśli mnóstwa pięknych i inteligentnych książek, na które można się tam natknąć - choć one na pewno nie szkodzą. Budynek ten ma wszystkie elementy potrzebne by stać się banalnym, modernistycznym, tak funkcjonalnym że aż przyprawiającym o nudności, betonowym pudełkiem. Jednak zgrabnie wymyka się tej opcji.

Budząca respekt fasada, rośliny, patyna, warzywniak na dachu i co tam jeszcze architektura organiczna dorzuca sprawiają, że całość działa dobrze na oczy i duchy. W sumie: jest to miejsce jakich w Polsce bardzo potrzebujemy – „na poziomie”. Takim, jaki chcielibyśmy brać za pewnik, a nie możemy (patrz: Muzeum Narodowe, Warszawa Wschodnia, ul. Piłsudskiego we Wrocławiu, autostrady na piasku, metro na Woli i kilka innych).

Ostatnio zauważyłem tam po raz pierwszy - albo po raz pierwszy od lat - cztery mózgi na kolumnach u szczytu reprezentacyjnych schodów (nie - nie bywam tam aż tak rzadko, po prostu jestem mało spostrzegawczy). Kiedy już poprawiłem sobie trochę inteligencję poprzez intensywne wpatrywanie się, czytanie wspak napisów na kolumnach, robienie zeza oraz próbę zapamiętania nazwisk, goniąc jak zwykle za ekstremami skierowałem wzrok na posadzkę. I cały pozytywny efekt dobrej architektury (którą byłem teraz w stanie lepiej zrozumieć) wziął w łeb. „PO 75 LATACH STARAŃ”, informuje tablica, „udało się …” itd. Słowem: wprowadza dziegieć do pozytywnej beczki. Po co?

Czy nie można mi było darować tej negatywnej glossy obejmującej wojnę światową; okupację niemiecką i sowiecką; komunę; bankructwo PRL-u i stan wojenny Jaruzelskiego? Ja naprawdę potrzebuję od czasu do czasu czystego, nierozcieńczonego sukcesu ("Setka, proszę"). Nie takiego, który polega na masażu percepcji: „osiągnęliśmy naprawdę dużo, tylko nie umiemy tego doceniać. Popatrz na Białoruś, na Rosję, na Afganistan, na Saharę. Lub jeszcze lepiej - pojedź tam i kiedy wrócisz, docenisz co Polska osiągnęła”.

Dziękuję, ale nie. Ja będę się porównywał do Niemiec, do Francji i do Zjednoczonego Królestwa. I potrzebuję takiego sukcesu, że go rozpoznam bez manipulacji postrzegania z odległości 120 kilometrów - po drżeniu ziemi. A kiedy przygalopuje, złapie mnie - żebym nie miał żadnych wątpliwości - za jaja tak mocno, że dopiero po chwili będę w stanie wydać okrzyk triumfu.

Wyobraźcie sobie: jesteśmy gotowi na Euro 2012 już latem. Budujemy 500 km autostrad więcej niż planowano i, z rozpędu, dwa dodatkowe stadiony. Organizujemy tę imprezę jeszcze w 2011. I wygrywamy finał. Z Niemcami.

A kiedy dojdziemy już do siebie po entuzjastycznym uścisku sukcesu, cały naród – robotnicy, inteligencja, harcerze (Rzeczpospolitej i inni), przedszkolaki, księża, ziomale i panie w moherowych beretach – wyda z siebie potężne, idące aż pod niebiosa „HELL YEAH!!!”

I to nazwę s.