Tuesday, 26 April 2011

Pozwólcie dziatkom przychodzić do mnie




Po bardzo długiej, porannej sesji kreskówek, przeglądania na Allegro zabawek (i cen: "To jest bardzo tanio, wujek!") oraz uzupełniania mojej wiedzy o Ninjago (przebój) i wydarzeniach z życia nieistniejących, kolorowych postaci pytam: "Chłopaki, słyszeliście o czymś takim jak rzeczywistość?". Aleks się zastanawia a Staś udaje, że się zastanawia. "Tak", przypomina sobie Aleks (blondyn; zdolna, wielka, neurotyczna niewiadoma), "wczoraj było coś o tym w telewizji".

Staś - brązowe oczka; wyrywający się w minutę z rozpaczy po nieotrzymaniu prezentu o jakim marzył urwis tego typu, że zawsze dostanie kolejną szansę dwa razy szybciej niż powinien - przymierza moje okulary (pasują mu lepiej niż mnie), biega z nimi po domu i oznajmia: "jestem okulistą". Po trzech rundach, dwóch zderzeniach ze stołem (-3 dioptrie) i jednym z dziadkiem oddaje mi skrzywione okulary i bez powodu (przynajmniej ja niczego nie zauważyłem; ale nie zdążyłem jeszcze założyć okularów, muszę przyznać) dmucha w gwizdek i wszczyna alarm: "Ukradli bank!". "Okradli", poprawia go brat. "Ja widzę lepiej", mówi Staś, "jestem okulistą".


Dla Stasia ulubionym wypełniaczem chwil pomiędzy prawdziwymi walkami z bratem jest produkcja generycznego szumu imitującego wszelkie wynalezione lub mające wkrótce zostać wynalezione w kreskówkach zaawansowane technologie bojowe oraz boksujące lub karatujące ruchy rękami. "Daj buziaka", proszę go rozckliwiony jego aniołkowatym zachowaniem. W moją stronę leci seria symulowanych ciosów. Przyciągam go jednak i całuję w czoło (twarz zakrył dłońmi a nogami próbuje mnie odepchnąć). "Pokonam Cię miłością", ogłaszam swoją misję. On wymyka mi się, robi groźnie skrzywioną minę i ozajmia nieustraszony: "NIKT mnie nie pokona miłością!" ("Załóż się", myślę z naiwnie pewną siebie miną.)


Aleks cieszy się manną, która właśnie spadła na niego dzięki mnie. Staś rysuje coś przy stole a obok niego leży wygrzebany skądś pistolet należący być może kiedyś do śp. państwa Pietch, lokalnych muzyków, antynazistów (którym w czasie wojny niemiecka administracja przydzieliła gorliwego NSDAP-owca na lokatora) i właścicieli domu, który dziś jest nasz.

Aleksowi udaje się cudem utrzymać połowę ogromnego kawałka sernika na łyżeczce i teraz próbuje ją - trzy razy większą niż światło jego buzi - włożyć do ust. Dostał ją, gdyż ośmieliłem się zranić boleśnie moją mamę i odmówić kolejnej porcji jej znakomitej specjalności. ("Po prostu już nie mogę, bo przecież wiesz, że jestem fanem twojego sernika". "To dlaczego nie poprosisz go o autograf?", pyta Aleks).

Rozdzierającą serce refleksję o niewdzięcznym synu lekceważącym więzi rodzinne, własne zdrowie oraz ducha Świąt przerywa Staś: "A Aleks powiedział, że Pana Boga można zabić."

Zapada cisza. Chłopaki obserwują naszą reakcję a my zastanawiamy od jakiego teologicznego punktu zacząć wykład. "Był kiedyś filozof, który tak twierdził. Ale źle skończył", rzucam na rozgrzewkę, ale Aleks nie ma na nią czasu: "Pan Bóg JUŻ został zabity". Mówi to głosem, który domaga się innego traktowania przy stole. Wie, że wie więcej niż się spodziewaliśmy.

Choć to niedziela wielkanocna i po wydarzeniach ostatnich kilku dni nic już nie powinno nas szokować, ten prosty język robi na wszystkich obecnych w pokoju duże wrażenie. Wciągniętym w wir tych dzieciaków dorosłym na ogół zależy, by wchłaniały jak najwięcej z wizyt w miejscach spotkań stowarzyszenia założonego przez Syna Bożego, zbija nas jednak czasem z tropu ich rozkład akcentów.

"Ale nie pistoletem!", kieruje kwestię na techniczny tor Staś i rozładowuje filozoficzne - a może w przypadku niektórych także emocjonalne - napięcie.