
Tak, przyznaję: mam obsesję na punkcie Boga, ale to jego wina.
Gdzie się nie ruszę wpadam na niego (jakby mnie śledził. A może to on ma obsesję na moim punkcie?)
I nie mówimy o taniej religijnej egzaltacji, lecz o racjonalnym, ale wielce intoksykującym (w jak najlepszym tego słowa znaczeniu) cocktailu empirii i filozofii na bazie wysokoprocentowej egzystencji.
Oto moje 6 ścieżek do Niego; plus siódma – obejmująca wszystkie inne.
Życie – Bóg
Intelekt – Bóg
Miłość – no chyba nie ja?
Szampan – Bóg i mnich
Truskawka – Bóg
Atom – kto, jeśli nie Bóg? (taak, taak - atom sam się zrobił... już to widzę).
Coś jeszcze? – Bóg.
Więc to wszystko jego wina; w ogóle to wszystko jego i nie ma... sorry - i jest o czym mówić.
PS Jeśli przez chwilę, któryś z czujnych ateistów lub agnostyków (Oskar - zrozumiałeś lub uwierzyłeś już?) myślał, że nie jest to wywód zachowujący wysokie standardy filozoficzne, to się mylił:
Zło - nie Bóg; może ja?