O taką choreografię poproszę w niebie (jeśli...), kiedy będę szedł rano do łazienki ogolić się. I nie - nie zdradzam tym islamskich tendencji, jedynie zbożną słabość do piękna i kobiecych nóg.
PS O cielesności nieba nie trzeba mnie, ani żadnego innego Chrześcijanina, przekonywać. Co do szczegółów Chrześcijanie wciąż spierają się - m.in. tu (właśnie zdałem sobie sprawę, że dzięki temu seminarium Szkoła Główna zamieniła się naprawdę na moment w Uniwersytet), ale wiemy, że będą tam wino i sympozja, być może sztuka i bieganie po kwiecistej łące (sorry, ale wierzcie mi – trudno zabić w sobie poetę.) Niektórzy, i nieliczni, są przekonani, że także dobry seks (planuję dłuższą sesję na ten temat, lecz zostawiam to na potem - jestem jeszcze zbyt podekscytowany).
Fascynującą kwestią są niektóre aspekty psychiki człowieka, takie jak potrzeba zmian emocjonalnych; napięć; okazjonalnego, stymulującego poczucia zagrożenia, itp., które wydają się koniecznie lub przydatne dla naszego poprawnego funkcjonowania, przynajmniej w wersji beta – ale o tym innym razem, być może dopiero przy jednym z elizejskich sympozjów (tylko nie greckie wino, proszę).
Jak widzicie więc jestem konsekwentnym i radykalnym (radykalizm jest zawsze partnerem konsekwencji) niebiańskim korporalistą. Okazuje się jednak, że przeoczyłem jeden ciekawy aspekt i zostałem przebity, ze wszystkich Chrześcijan, przez szwajcarskiego protestanta. I to na szczególnie ważnym dla mnie polu, na polu prasy.
Przeglądam bowiem właśnie znakomitą biografię tego pokręconego erotomana Junga i czytam:
Dziadek Junga ze strony matki był również niezwykłym człowiekiem. Samuel Preiswerk (1799-1871) był pastorem i syjonistycznym avant la lettre, obsesyjnie wprost zainteresowanym historią i kulturą żydowską. Przekonany, że w niebie mówi się po hebrajsku, nadał swoim dzieciom żydowskie imiona, a w hebraistyce osiągnął tak znakomity poziom, że mianowano go na stanowisko wykładowcy. Jednak źródłem jego największej satysfakcji było przekonanie, że będzie potrafił czytać niebiańskie gazety.
(Carl Gustav Jung, Frank McLynn, tł. Robert Bartołd, wyd. Zysk i S-ka, 2000)
I natychmiast szwajcarscy protestanci, którzy zajmowali jedno z ostatnich miejsc na liście ludzi, których kocham, przesunęli się o całe niebo w górę dzięki dziadkowi Junga, z którym kiedyś – jeśli czegoś nie schrzanię - w genewskiej kawiarni przy filiżance Lavazza di Cielo będę się spierał o wstępniak Św. Piotra*.
*który pisze je dość zwięźle. Św. Paweł (piękny styl) z drugiej strony...