"Poznaj siebie!" Te pełne powagi słowa witały starożytnych Greków u wejścia do świątyni Apolla Pytyjskiego. A mądry, stary Montaigne mawiał, że wolałby znać dobrze siebie niż Cycerona. I Grecy, i Montaigne mieli rację, ale nikt nie zrozumie w pełni siebie samego jeśli nie zrozumie innych.
W tak prosty i trafny sposób zaczyna się przypadkowa[1] w moim życiu książka duńskiego antropologa Kaja Birketa-Smitha "Ścieżki kultury"[2].
W początkowej refleksji na temat istoty antropologii kultury, etnografii czy też etnologii (bogactwo nazewnictwa antropologii i jej aspektów dobrze chyba oddaje złożoność tematu) Duńczyk zauważa, że każda szanująca się nauka wyprowadza swoje początki od Herodota, a co najmniej Arystotelesa[3], ale w przypadku etnografii jest gotowy cofnąć się jeszcze dalej: "lecz jeśli wiek jest znamieniem dystynkcji, etnografia może rościć sobie pretensje do jeszcze większego dostojeństwa. Pierwszy człowiek z epoki kamienia, który wraz z członkami swego plemienia siedział przy ognisku[4] i rozśmieszał ich opowiadaniem o komicznych, trudnych do uwierzenia zwyczajach sąsiednich hord, był - w pewnym sensie - ojcem etnografii - to znaczy nauki opisywania ludzkości”. Przyznam, że po raz pierwszy spotkałem się z wizją człowieka pierwotnego opowiadającego anegdoty i wizja ta spodobała mi się bardzo - i także rozśmieszyła.
Wkrótce czytam kolejny ujmujący fragment: Knut Rasmussen ujrzał kiedyś w polarnych okolicach bieguna magnetycznego małych Eskimosów bawiących się w szamanów. A kiedy zapytał rodziców dzieci, czy nie jest to profanacją mocy , które skądinąd budzą ich lęk i trwogę, odpowiedzieli mu że duchy też znają się na żartach.
Żarty żartami a w międzyczasie Jezuici cały czas (no, może z krótką przerwą na kasację zakonu) pobożnie i sumiennie kochali, poznawali i budowali, co Birket-Smith profesjonalnie odnotował:
Pierwszy jednak krok na drodze badań etnograficznych zrobił francuski jezuita Józef Franciszek Lafitau, działający jako misjonarz wśród Indian Kanady w pierwszej połowie XVII w. Ojca Lafitau, który miał wykształcenie klasyczne, musiało uderzyć podobieństwo między wieloma obyczajami starożytnych i jego czerwonoskórych owieczek.
Rezultatem była słynna praca „Moeurs des sauvages amériquains, comparées aux moeurs des premiers temps” (1724) (Obyczaje amerykańskich dzikich, w porównaniu z obyczajami najwcześniejszego okresu). Dla niego prymitywne ludy to już nie "barbarzyńscy" czy "żyjące kurioza", lecz dla niego to ludzie, odzwierciedlający w swym sposobie życia stopnie kultury , przez które sami przeszliśmy. Z czasem ten punkt widzenia przyjął się w kołach historyków.
Pierwszy jednak krok na drodze badań etnograficznych zrobił francuski jezuita Józef Franciszek Lafitau, działający jako misjonarz wśród Indian Kanady w pierwszej połowie XVII w. Ojca Lafitau, który miał wykształcenie klasyczne, musiało uderzyć podobieństwo między wieloma obyczajami starożytnych i jego czerwonoskórych owieczek.
Rezultatem była słynna praca „Moeurs des sauvages amériquains, comparées aux moeurs des premiers temps” (1724) (Obyczaje amerykańskich dzikich, w porównaniu z obyczajami najwcześniejszego okresu). Dla niego prymitywne ludy to już nie "barbarzyńscy" czy "żyjące kurioza", lecz dla niego to ludzie, odzwierciedlający w swym sposobie życia stopnie kultury , przez które sami przeszliśmy. Z czasem ten punkt widzenia przyjął się w kołach historyków.
Z satysfakcją i radością przyjąłem zasłużony komplement dla przedstawiciela Kościoła Katolickiego, który był przecież w naturalny sposób, można by powiedzieć, predysponowany do tak trafnego - i dla wielu przełomowego spojrzenia – na ludzi. Następnie natrafiam na postać, która w pierwszej chwili wydaje się być Leibnizem powracającym jako swoja własna farsa (choć chciałbym uniknąć sugestii, że ten pierwszy był tragedią… hmm - czego nie da się zrobić bez zrujnowania tej marksistowskiej analogii; ale co tam - to przecież tylko blog).
Wymieniając wczesnych antropologów, autor wspomina Adolfa Bastiana, dziewiętnastowiecznego niemieckiego lekarza, człowieka, któremu cały świat pod względem intelektualnym i fizycznym nie był obcy. W swoich zadziwiający pracach położył podwaliny pod ogólną interpretację kultury. Relacje z podróży, wnioski z własnych obserwacji, cytaty z ogromnej literatury, jaką przeczytał i wysunięte przeze niego teorie kotłują się w pstrym wirze, przy tym podane są tak niezręcznie, iż złośliwi, nie bez słuszności, obdarzyli Bastiana tytułem geheimer Oberkonfusionrat. (czyli „tajny radca arcyzamętu”; lub coś równie niejasnego – mój niemiecki jest dziś bardziej Konfusion niż Präzision).
Bastian brzmi – na pierwszy rzut oka [niekonsekwencja zamierzona – dla większego efektu stylistycznego] - jak ostrzeżenie, żeby unikać sytuacji, w których cały świat pod względem intelektualnym i fizycznym nie jest nam obcy, jeśli nie jesteśmy Arystotelesem, Akwinatą; lub przynajmniej Leibnizem.
Bastian brzmi – na pierwszy rzut oka [niekonsekwencja zamierzona – dla większego efektu stylistycznego] - jak ostrzeżenie, żeby unikać sytuacji, w których cały świat pod względem intelektualnym i fizycznym nie jest nam obcy, jeśli nie jesteśmy Arystotelesem, Akwinatą; lub przynajmniej Leibnizem.
(Dziwnym trafem pomyślałem w tym właśnie momencie o sobie i o tym blogu. Z pewnością dzielę z Bastianem poczucie, że świat pod względem intelektualnym i fizycznym nie jest mi obcy[5], choć muszę zaznaczyć, iż będąc raczej religijnego i konserwatywnego usposobienia nie mam może aż tak dużej wiedzy o fizycznym aspekcie świata jak, powiedzmy, Jung. Podobnie jak Bastian nie jestem Leibnizem czy Arystotelesem, nie mówiąc już o Akwinacie. Na szczęście znalazłem istotne i pocieszające różnice: to co piszę jest może również jak pstry wir, lecz jest tego na szczęście znacznie mniej niż u Bastiana. Mam też, muszę skromnie przyznać, nieporównywalnie mniejszą wiedzę od niego, choć posługuję się nią wyjątkowo nieskromnie, i w denerwujący sposób, także dla mnie samego, dochodzę czasem dzięki niej do frustrująco trafnych wniosków).
Byłem już gotowy zamknąć znajomość z Adolfem Bastianem tym podśmiewaniem się z niego, kiedy resztkami sumienności postanowiłem sprawdzić cały szereg innych źródeł (Wikipedia) i odkryłem z dużą dozą intelektualnego podniecenia i rosnącym uznaniem, że Bastian był jednym prekursorów[6] fascynującej idei archetypów i nieświadomości zbiorowej, którą zainspirował Junga.
I być może właśnie epizod z Bastianem sprawił, że przypomniałem sobie w końcu o swoim obywatelskim obowiązku, który nakazywał mi sprawdzić co Kaj Birket-Smith pisze o najważniejszym aspekcie życia ludzkiego – o następnym życiu, czyli religii i duchowych aspiracjach człowieka. Okazało się, że obywatelski obowiązek miał zupełną rację. Dostał w nagrodę szansę wytknięcia dwóch kardynalnych, śmiertelnie niebezpiecznych błędów i ostrzeżenia innych (choć wątpię, żeby akurat przy okazji lektury tej książki. Założę się, że biblioteka publiczna Woli ma jej przedostatni egzemplarz w Polsce).
W rozdziale "Życie duchowe", w podrozdziale: "Człowiek i moce nadprzyrodzone", Birket-Smith omawia szeroko rozpowszechnione w kulturach świata wierzenie w Istotę Najwyższą. Podkreśla, że spotykamy się z nim czasem nawet u najbardziej "prymitywnych" plemion. Andrew Lang wysunął myśl o najwyższym bóstwie jako fundamentalnym założeniu wiary prymitywnych ludów, a myśl tę niezależnie kontynuował austriacki werbista, o. Wilhelm Schimidt.
Ponieważ Schmidt dopatruje się w tym wierzeniu śladu pierwotnego objawienia, Birket-Smith odrzuca to podejście jako nienaukowe i szuka „naturalnych” wyjaśnień. W trakcie swoich rozważań dochodzi do wniosku, że prawdziwy monoteizm trafił na bardziej urodzajny grunt u ubogich, pustynnych koczowników. Księżyc, który tym plemionom wędrującym w nocnym chłodzie wskazywał drogę i ponadto łączy się z poranną rosą i żyznym pastwiskiem, musiał stopniowo uróść do pojęcia władcy nieba w postaci uosobionej mocy boskiej El. Stał się Wielkim Bogiem, ojcem ludzi, co rządzi nimi surową ręką, ale również zsyła na nich swoje dary. Takim znajdujemy Jahwe, ze Starego Testamentu, który jest nielitościwy i ponury, aż do chwili wielkiego przebudzenia się proroków, kiedy to z wiary w zawziętego i okrutnego władcy Żydów zrodziła się koncepcja jedynego i miłosiernego Boga panującego nad światem.
Pominę ciekawe, lecz zupełnie arbitralne i intuicyjne spekulacje Birketa-Smitha dotyczące rzekomej roli Księżyca w powstaniu wiary w jedynego, wszechmogącego Boga i przejdę od razu do dwóch fundamentalnych błędów zawartych w tym rozdziale.
Autor uważa postrzeganie pierwotnej wiary w jedynego boga, złączonej z pojęciem o ojcu w niebiesiech jako wyłonionej z pamięci o pierwotnym objawieniu za punkt widzenia oparty na osobistym poglądzie na życie, który nie podlega naukowej dyskusji. Na jakiej podstawie można jednak odrzucić taki punkt widzenia jako nie podlegający naukowej dyskusji? Przeoczmy na moment (jak ja, w pierwszej wersji tego wpisu) wszystko to, co naukowo wskazuje na objawienie (jakie inne rzekome wydarzenie, w które wierzy praktycznie cały naród, i którego wiarygodnie szczegółową pamięć zachowuje jest przez naukowców tak łatwo odrzucane jako fikcyjne?) i zauważmy jedynie, że nauka częściej chyba rozwijają nowe teorie i zakłada istnienie nowych bytów [7] dlatego, żeby wyjaśnić coś, czego nie potrafili zrozumieć za pomocą dostępnego im dotychczas intelektualnego i ontologicznego arsenału - a nie dlatego, że pewne empirycznie potwierdzone zjawiska same ułożyły się w intelektualnie spójną całość, lub dlatego, że nowe dane same zgrabnie ułożyły w definicję nowego bytu.
Autor uważa postrzeganie pierwotnej wiary w jedynego boga, złączonej z pojęciem o ojcu w niebiesiech jako wyłonionej z pamięci o pierwotnym objawieniu za punkt widzenia oparty na osobistym poglądzie na życie, który nie podlega naukowej dyskusji. Na jakiej podstawie można jednak odrzucić taki punkt widzenia jako nie podlegający naukowej dyskusji? Przeoczmy na moment (jak ja, w pierwszej wersji tego wpisu) wszystko to, co naukowo wskazuje na objawienie (jakie inne rzekome wydarzenie, w które wierzy praktycznie cały naród, i którego wiarygodnie szczegółową pamięć zachowuje jest przez naukowców tak łatwo odrzucane jako fikcyjne?) i zauważmy jedynie, że nauka częściej chyba rozwijają nowe teorie i zakłada istnienie nowych bytów [7] dlatego, żeby wyjaśnić coś, czego nie potrafili zrozumieć za pomocą dostępnego im dotychczas intelektualnego i ontologicznego arsenału - a nie dlatego, że pewne empirycznie potwierdzone zjawiska same ułożyły się w intelektualnie spójną całość, lub dlatego, że nowe dane same zgrabnie ułożyły w definicję nowego bytu.
By zobaczyć z jeszcze większą ostrością jak niebezpieczną pułapką jest takie podejście do kwestii istnienia Boga i historyczności objawienia, wystarczy przeprowadzić elementarny Gedankenexperiment[8]: przyjąć, że hipoteza Boga-Stworzyciela oraz historyczność Jego objawienia są prawdziwe i wyobrazić sobie tego konsekwencje wobec określeń 'naukowy' i 'nienaukowy'.
Natychmiast widzimy jak nienaukowe i szkodliwe dla poznania stają się wszystkie podejścia związane z naszym badaniem świata i samych siebie, które istnienie i działanie Boga a priori odrzuciły i jak dużo z tego, co uznajemy dziś za naukowe staje się z miejsca nienaukowe w najbardziej fundamentalnym tego słowa znaczeniu. Jeśli hipoteza, o której mówimy okaże się słuszna, to co przez wielu i na przestrzeni wielu ostaniach wieków było określane jako 'nienaukowe', okaże się źródłem i arche wszystkiego co oni badali, co próbowali zgłębić, zrozumieć. Zobaczymy wtedy, jak wielkim absurdem może okazać się to podejście: największa Prawda i Pierwszy Byt - źródło całej rzeczywistości i wszystkich mniejszych, 'naukowo' dostępnych nam prawd - odrzucane jako nienaukowe.
Nie ma więc żadnego względu usprawiedliwiającego odrzucanie w nauce możliwości istnienia Boga i Objawienia. Wręcz przeciwnie. Mamy pełne prawo pozostać sceptyczni wobec tych tez, lecz bylibyśmy skrajnie nieodpowiedzialni w stosunku do siebie i innych zamykając na nie w niespójny i nieuczciwy sposób nasze i ich umysły (i oczywiście w perspektywie egzystencjalno-religijnej – życie).
Innym problemem jest jednak decyzja o odcięciu się od potencjalnie wyjątkowo płodnej hipotezy, a innym zwykłe zakłamywanie tej hipotezy. Duński antropolog przyznaje co prawda, że w dzisiejszej „koncepcji” Bóg jest jedynym i miłosiernym władcą świata, lecz po pierwsze mija się z prawdą twierdząc, że kiedykolwiek było inaczej. Po drugie sugerując tak drastyczną ewolucję koncepcji Boga skłania tych, którzy wahają się pomiędzy traktowaniem jej jedynie jako stworzonej przez człowieka koncepcji a przyjęciem jej jako prawdy o prawdziwym Bogu do wyboru tego pierwszego; co może okazać się wyborem tragicznym w skutkach.
By zrozumieć kim, dla ludzi, jest Bóg nie trzeba było, żadnego duchowego przebudzenia proroków, zawsze wystarczyła lektura kilku pierwszych rozdziałów pierwszej Księgi Tory, Bereszit. To co robili prorocy, to co mówili, to, z czego powodu rozrywali szaty – to jedynie nawoływanie, by Żydzi – a dziś my – czytali uważnie te rozdziały i je medytowali (co wg Psalmisty jest już byciem jedną nogą w Niebie).
Czy Bóg, który obiecuje staremu Abrahamowi i jego okrytej wstydem żonie[9] potomstwo na starość i założenie nowego, wielkiego narodu jest Bogiem nielitościwym? Czy Bóg, który odwiedza go osobiście i przyjmuje jego gościnę jest Bogiem ponurym. Czy Bóg, który - już po grzechu pierworodnym - daje Żydom dziesięć przykazań, z których aż siedem mówi o dobroci wobec drugiego człowieka i który dla dziesięciu sprawiedliwych jest gotowy oszczędzić miasta, które osiągnęły szczyt zła i zepsucia jest Bogiem zawziętym? Czy, wreszcie, Bóg, który stworzył dobry świat, Bóg, który stworzył człowieka, dał mu życie, umieścił go w ogrodzie Eden (i wkrótce otworzy przed nim drogę powrotu tam) jest Bogiem okrutnym?
Tak, ta sama Księga oprócz dobroci Boga opisuje też – i na tym skupił się Birket-Smith, i na tym skupia się tylu innych stronniczych komentatorów – Jego groźby, potęgę i gniew. Ale, na miłość Boską!, dlaczego w tej mieszance sceptycy, agnostycy i otwarci wrogowie widzą jedynie ponurość, okrutność, mściwość i nielitościwość? Przeoczenie boskiej miłości i boskiego miłosierdzia wśród tego, co jest nam z Bereszit i z empirii wiadome woła o pomstę do nieba!
A jak wyjaśnić to, że ten sam Bóg może i tworzyć i niszczyć, być i gniewny i miłościwy, i delikatny i przerażająco potężny? Odpowiedź jest w tej samej księdze i kto miałby to lepiej zrozumieć niż my: Bóg stworzył człowieka, na swoje podobieństwo stworzył go. (Rdz 5, 1)
A jak wyjaśnić to, że ten sam Bóg może i tworzyć i niszczyć, być i gniewny i miłościwy, i delikatny i przerażająco potężny? Odpowiedź jest w tej samej księdze i kto miałby to lepiej zrozumieć niż my: Bóg stworzył człowieka, na swoje podobieństwo stworzył go. (Rdz 5, 1)
I jestem przekonany, że dziś Kej Birket-Smith (20 stycznia 1893 - 28 października 1977) do podanej przez siebie na początku książki mądrości, że nikt nie zrozumie w pełni siebie samego jeśli nie zrozumie innych dodał, poniewczasie, inną: że nie tylko, jak mówił św. Augustyn, nikt nie będzie spokojny dopóki jego serce nie spocznie w Bogu, lecz też żaden człowiek nie pozna siebie, a żaden antropolog i żaden psycholog nie zrozumie innych dopóki nie pozna Boga.
[2] Wiedza Powszechna, 1974; tytuł tłumaczenia angielskiego, z którego została przetłumaczona wersja polska: "The Paths of Culture";
[3] Pozwolę sobie uzupełnić: każda szanująca się nauka - a zwłaszcza te kardynalne, czyli psychologia, metafizyka i teologia – kończy też na Arystotelesie, lub niewiele dalej, na Akwinacie.
[8] Określenie na wyrost, gdyż idzie tu o najprostsze z możliwych sprawdzenie bezpośrednich skutków jednego z dwóch możliwych założeń; ale po prostu lubię ten wyraz.
[9] Któremu też to można by wg jednej z interpretacji przypisać. Ale zostawmy ten, wydawałoby się, paradoks na inną okazję – nie rozwiążemy wszystkich ważnych kwestii w tym jednym wpisie.