Sunday, 8 January 2012

Jak więc oni, do cholery!, poradzą sobie z...




Jeśli oni tak radzą sobie z przerzuceniem kilku leków z jednej listy na inną, to jak, do cholery!, poradzą sobie z tymi wszystkimi koniecznymi reform... ale nie - nie dziś!

Dziś jest niedziela i chcę się skupić się na tym co dostaję, a nie na tym co mi zabierają - czy to w naturze, czy to w gotówce, czy w szkodach intelektualnych.

Moje wczorajsze wysłanie na Targówek zestawu do budowania cywilizacji (ach! gdybym tylko mógł odwiedzić to miejsce za tysiąc lat* i zobaczyć rezultaty) sprawiło, że wróciłem do kwestii darów, od nich przeszedłem do empatii, by wreszcie skończyć na podatkach... nie – taki żarcik – na religii.

Niedawno bowiem dotarło do mnie – a przynajmniej dotarło pełniej niż wcześniej - że dobra religia jest w stanie multiplikować nasze pojedyńcze (o ile jest ono z natury pojedyńcze; bo nie wiem) życie.

Zachęcając nas, byśmy zrozumieli drugiego człowieka, współczuli z nim a w ekstremalnych przypadkach - propagowanych przez kilka ośrodków w Polsce (w tym jeden powiązany z ... Watykanem i 'Opus Dei' – strzeżcie się!!) - “kochali go jak siebie samego”, religie nie tyle obciążają nas trudnym zadaniem, nakładają na nas ciężar, ale przede wszystkim dają nam szansę zwielokrotnionego – lub wzmocnionego – życia.

Zdolność i tendencja do wczuwania się w drugiego są oczywiście wpisane w nas, wynikają z naszej natury (choć nie wynikają z samej natury). Często są one jednak realizowane chaotycznie - zatrzymują się i koncentrują się na niewłaściwej, niekonstruktywnej empatii. A czasem jest jeszcze gorzej - nie kultywowane sercem lub choćby intelektem pozostają one niedorozwinięte i objawiają się jedynie pozbawioną ciepła ciekawością, która raz po raz wyrzuca z siebie swój pokraczny pomiot - plotkę.

Stare, dobre religie - a zwłaszcza ta prawdziwa - porządkują tę naszą skłonność do wchodzenia w skórę drugiego i pokazują nam na jakich aspektach tego ekscytującego metafizycznie i egzystencjalnie (jeśli to nie jest to samo) doświadczenia warto się skoncentrować.

Myślałem sobie o takich tam pierdołach, kiedy zabijałem czas w drodze do Zielonki różymi aspektami mojej drobnej, symbolicznej nawet, zguby - a czyjegoś trafu.

Wczuwając się w znalazcę mogłem nie tylko szybko poradzić sobie z lekkim, leciutkim bólem, lecz nawet odczuć tej zguby radość (w ciągu roku zajrzałem do tych książek może raz - a teraz, całkiem możliwe, jakiś robotnik na Targówku właśnie przechodzi do klasy średniej zajadając się pierwszorzędnym chlebem, popjając oliwę i czytając z wypiekami na twarzy jak Kalipso podrywa Odyseusza).

Oczywiście wykorzystanie tej, nawzijmy to tak, 'techniki' zobowiązuje – powinniśmy także wczuwać się w poczucie straty odczuwane przez kogoś, kto zgubił to, co my znajdujemy (oczywiście po wcześniejszej próbie zwrócenia mu tego, jeśli nie jest to zbyt atrakcyjne znalezisko). Ten nasz chwilowy ból – po wejściu w skórę uboższej przez chwilę innej osoby – zamienia się wkrótce w uczucie radości, kiedy uświadomimy sobie, że ta osoba może przecież stosować podobną 'technikę' i teraz się cieszy z naszego farta**.

A jaką niezwykłą huśtawkę emocjonalną przeżywalibyśmy, w przypadku znalezienia (lub zgubienia) jakiejś cennej lub pięknej (jeśli to nie jest to samo) rzeczy, która była już wielokrotnie wcześniej gubiona i znajdowana – gdybyśmy o tym wiedzieli! Co wrażliwsi wierni lub inni duchowo otwarci ludzie mogliby przypłacić takiego farta zawałem – ale czyż nie byłby to zawał godny pozazdroszczenia?





*niekoniecznie wcześniej jednak. Chyba, że ktoś uprzejmie zburzy te wszystkie bloki. A popos wczuwania się – przecinałem niedawno Targówek autobusem (oczy miałem naturalnie zamknięte przez większość czasu) i pomyślałem sobie, że straciłbym w ogóle respekt dla zmysłu estetycznego mieszkańców tego podwarszawskiego osiedla, gdybym dowiedział się, że brzydota tamtejszej 'architektury' nie sprawia, że... - przepraszam, nie dzisiaj. Była to refleksja niegodna niedzieli (we wtorek, może)

**nie byłoby chyba złym pomysłem oznaczanie specjalną naklejką lub innym znakiem cennych rzeczy, które wozimy ze sobą i w miarę regularnie gubimy. Sygnalizowała by ona znalazcy, że może się cieszyć ze znaleziska podwójnie.



PS Właśnie się zastanawiam: jaki jest największy skarb, jaki ja kiedykolwiek znalazłem i nikt - na razie - nie domaga się, bym go oddał.