
Tytoń jest tolerowany w moim rodzinnym domu z jeszcze większymi oporami niż nienawróceni komuniści wciąż popierający wprowadzenie stanu wojennego. Ci drudzy - w odróżnieniu od niezwykłego produktu odkrytego po drugiej stronie Atlantyku - uważani są przez moich rodziców za ludzi, co daje im wiele automatycznych przywilejów.
Tak więc już sam tytoń ekstremalnie stresuje moich rodziców, a sytuacja pogarsza się, kiedy występuje w połączeniu z palącą go osobą; zwłaszcza jeśli jest nią osoba bliska. Taka kombinacja odsłania mniej na codzień widoczne aspekty ich osobowości: mama milczy patrząc w niebo, modli się po cichu, trafnie i dosadnie podsumowuje mniej przyjemne strony mojego charakteru, lub - w porywach i przy zdarzającej się mi się od czasu do czasu sybaryckiej interpretacji Chrześcijaństwa przepowiada - a często nawet przywołuje! - koniec świata, korzystając przy tym z rozwiązań literackich wypracowanych jeszcze przez Jeremiasza i Izajasza. (Widzi też wtedy zresztą całkiem wyraźnie zarysy tego końca na horyzoncie, podczas gdy normalnie - czyli kiedy nie widzi palącego syna, lecz tyko lokalne i światowe obyczaje - spostrzega je jedynie dość wyraźnie, ); ojciec z kolei, już w nieco mniej biblijnych terminach, po prostu zieje ogniem tak, że bez problemu możnaby odpalić od niego papierosa nawet za siedmioma górami i siedmioma rzekami.
Pokątne palenie w odległości mniejszej niż kilometr od moich rodziców jest więc czymś więcej niż standardowym narażaniem na szwank zdrowia. By dać wam jeszcze lepsze wyobrażenie: te wszystkie rządowe akcje nie dadzą żadnych zauważalnych efektów, dopóki na paczkach nie umieszczone zostanie zdjęcie twarzy moich starych przyłapujących mnie na paleniu. (Mimo to najgorsze są te przypadki, kiedy powrót ze "spaceru po trawniku", lub "nostalgicznej wizycie w nieużywanych pomieszczeniach na parterze" witany jest cmentarnym milczeniem i odmową kontaktu wzrokowego. Wtedy moja wina i ich wyrzut unoszą się przez długie minuty nad głowami, jak chmura ciężkiego, oskarżycielskiego dymu w kompletnie bezwietrznym pomieszczeniu).
W tym roku zatem w kontekście Świąt, mojej pierwszej starości oraz faktu, że rzuciłem właśnie definitywnie palenie ograniczyłem się do zaledwie czterech czy pięciu papierosów - nie licząc połowy paczki wypalonej pewnego dnia za jednym zamachem, gdyż stało się to ok. 2 km od płotu i działałem wtedy pod wpływem nagłego wspomnienia pierwszych wagarów, kilku niefortunnych Ekstra Mocnych, kompletnego zzielenienia mojej cery i improwizowanej akcji ratowania mojego życia - oraz własnej skóry - zorganizowanej przez mojego starszego kolegę, obecnie buddyjskiego sąsiada(szczegóły innym razem, teraz wspomnę tylko, że akcja obejmowała nie do końca udaną próbę uzyskania świeżego mleka od lokalnej krowy).
Jesteście więc chyba w stanie wyobrazić sobie moje zaskoczenie, kiedy w pierwszy dzień nowego roku podczas świątecznej Mszy Świętej otrzymałem moralne wsparcie z najmniej oczekiwanej strony.
"Graj dalej!", zażądał ksiądz proboszcz od młodego ministranta ze skrzypcami przy szyii, który właśnie domykał smutną, ale w piękny sposób, melodię. "Jest jeszcze ta zwrotka", wyjaśnił i sam ciągnął dalej wzruszającą kolędę:
„Oj, Maluśki, Maluśki, Maluśki,
Pan Jezus nieduży,
Usiadł se na przypiecku,
I fajeczkę kurzy* …”
"Umysł ponad materią! Duch ponad ciałem! Dymek ponad moją głową!", wykrzyknąłem w sercu. I, po powrocie do domu, uczciłem to drugim już ostatnim papierosem z pozostałej połowy szczupłej, granatowej, wyjątkowo sexy paczki Marlboro Gold**.
*Podobno zdarzyło się nawet bł. Janowi Pawłowi II zanucić te ujmujące słowa.
**Nie - nic za to nie dostaję, wspominam o nich ze zgubnej dla mnie czasem słabości do piękna.