Saturday, 2 June 2012

Blok kulturalny


Nie będę się upierał, że jest to jedyny pomysł na to co zrobić z Ursynowem, ale na pewno należy poważnie rozważyć zaoranie go*.

W niedawne urocze i ciepłe (w odróżnieniu od dzisiejszego, zimowego) niedzielne popołudnie – niewątpliwie stworzone dokładnie po to, żeby w jego trakcie słuchać muzyki dawnej - do jednego z ursynowskich kościołów na (bezpłatny) koncert znakomitego i podobno znanego zespołu La Tempesta przybyła tak mała garstka melomanów, że poczułem bolesne zażenowanie z powodu obojętności na kulturę ze strony tego zablokowanego obszaru, choć nie łączy mnie z nim już nic oprócz dziwnie ciepłych wspomnień sprzed prawie dwudziestu lat.

(W drodze powrotnej do stolicy minąłem Dom Kultury Imielin, w którym nie tak dawno** na inny, tamtym razem fortepianowy koncert dotarło jeszcze mniej przedstawicieli lokalnej społeczności: wliczając posiłki z Torunia, Warszawy i - chwilowo - Michałowic, liczba słuchaczy zbliżyła się do poziomu dwucyfrowego.)




** cholera! To już jednak dawno… (jak ten czas leci; ale nie chcemy umierać, prawda?)


  
 (nieludzki projekt)


PS Mieszkańcom tego perwersyjnego eksperymentu społecznego trzeba jednak oddać sprawiedliwość w jednej ważnej kwestii: potwierdzili to, że człowiek siłą swojego ducha lub bezmyślnym uporem potrafi zbudować namiastkę cywilizacji  - jeśli nawet nie kultury - nawet w ekstremalnie niekorzystnych warunkach.
Australia (latem), Górczewska (zimą), Milton Keynes (przez cały rok), Antarktyda (czy tu akurat są tylko pingwiny?), podwrocławski Nowy Dwór i Ursynów - tam, gdzie życie ludzkie wydawało się niemożliwe, jest; lub się tli.

(Już miałem dodać Polskę pod rządami Tuska i P O(MG!), lecz jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby stwierdzić czy lokalnemu życiu udało się utrzymać.)


*OK - jako solidny bloger robię właśnie post-research i kombinuję jak kulturalnie zaznaczyć kilka niesprzyjających mi okoliczności, tak by zbyt dużo nie zmieniać we wpisie (kwadrans piechotą nie chodzi; plus drugi na szukanie planu nieludzkiego bloku; na Mandarynki wpadłem fartem). Wygląda zatem na to, że na południe od Warszawy jest trochę więcej imprez niż te, które ja odwiedzam raz na dwa lata i nie można wykluczyć, że część osób skandalicznie i ostentacyjnie nie trafiających tam gdzie akurat jestem ja, trafia gdzieś indziej.

A powodów, żeby zaorać ursynowski eksperyment, który wyrwał się spod kontroli i wkrótce może zacząć buszować po Lesie Kabackim jest oczywiście znacznie więcej niż ten, że ja chodzę na niepopularne lokalnie imprezy.