
Cała Warszawa ostatnio mieści się dla mnie na kawałku Krakowskiego Przedmieścia, mniej więcej od Kościoła Św. Krzyża, poprzez Uniwerek a kończąc w okolicy Pałacu Prezydenckiego. Ten odcinek jest jak rynek niedużego miasteczka lub większej wsi. Urzęduje przy nim sołtys, jest kościół z plebanem i lokalna szkółka. Jak przystało, jest też knajpa, w której - jeśli nawet nie na sołtysa czy plebana (a szkoda!) - można wpaść na kilku ciekawych typów, paru miejscowych notabli i jednego czy dwóch miasteczkowych bogaczy.
Stałem zatem niedawno przed Zakąskami Przekąskami, czując wciąż w ustach śledzia, popijając piwko i przysłuchując się żywej - takiej jak powinna być i w miejscu w jakim powinna być - dyskusji pomiędzy kilkoma mieszkańcami miasteczka a grupką przyjezdnych, kiedy zauważyłem nagle idących w moją stronę dwóch postawnych facetów. Mieli groźne miny, ale nie bałem się - wiedziałem, że byli po mojej stronie.
I chcąc niechęcąc wróciłem myślami do pewnych wydarzeń, których byłem świadkiem - ba! uczestnikiem – ponad dwadzieścia lat temu …
Patrząc bowiem na idących od strony urzędu sołtysa dwóch Garych Cooperów, przypomniałem sobie swoją skromną rolę w obalaniu komuny, kiedy to agitowałem intensywnie za możliwą wolnością w 1989, przygotowywałem grunt - jako jedna z mrówek - na nadjeście tej całkowitej, w 1991.
... "Nie życzymy sobie, żebyście nas filmowali", rzuciłem agresywnie w stronę kilku gości, którzy ustawili się przed naszym 'Solidarnościowym' stolikiem. Obsługiwałem go razem z kilkoma kolegami. Byliśmy na kompletnym politycznym haju – po raz pierwszy od czasów narzucenia nam władzy przez Sowietów mogliśmy w Polsce wybierać niezależnych od władzy kandydatów. Rozdawaliśmy cały dzień ulotki, odznaki, plakaty, pewnie zbieraliśmy też jakieś podpisy i krzyczeliśmy przez tubę: "Głosujcie na naszą Basię kochaną! Pozycja 5 na liście!", promując późniejszą lewicową działaczkę i publicystkę, Barbarę Labudę. Goście z kamerą i mikrofonem zaczęli coś tłumaczyć, ale przerwałem im. Jak każdy kto miał wtedy choć krztę przyzwoitości lub inteligencji gardziłem reżimowymi mediami i nawet nie miałem zamiaru z nimi gadać. "Powiedziałem: odmawiamy zgody na filmowanie. Do widzenia!". Wściekła ekipa zwinęła się i mrucząc coś pod nosem oddaliła. Bardziej spostrzegawczy (lub inteligentniejszy), lecz mniej porywczy kolega powiedział wtedy: "Wiesz, to chyba nie była reżimowa ekipa". "Co ty? Nie widziałeś jaki mieli sprzęt?". "Widziałem. Ale dlaczego nosiliby w takim razie odznaki 'Solidarności' w marynarkach?". Przepędziłem ludzi z wrocławskiej, niezależnej, solidarnościowej telewizji.
Miałem na szczęście też mniej sabotażowe epizody w mojej działalności opozycyjnej.
Jednym z nich była zorganizowana z kumplami licealna uroczystość z okazji odzyskania niepodległości w 1918r. Można ją było od niedawna obchodzić i postanowiliśmy ją obejść dosadnie. Działo się to już po zniesieniu stanu wojennego, lecz długo przez Okrągłym Stołem. Atmosfera w kraju robiła się coraz bardziej napięta. Ludzie dochodzili do siebie po bandyckim zduszeniu 'Solidarności' przez zdrajcę Jaruzelskiego i zaczynali tęsknić za dniami, kiedy wydawało im się, że mieli szansę unieść, choćby trochę, komunistyczny but. Umocowana przez słabnących Sowietów władza była niespokojna i czujna. Nie wiedziała tego jednak pilotująca nasze przedsięwzięcie ze strony szkoły sympatyczna i spolegliwa nauczycielka, niezbyt zainteresowana polityką - ani tą międzynarodową, ani krajową, ani szkolną. Mogliśmy więc nie liczyć się ze słowami. I nie liczyliśmy się, przesuwając akcent o dwa lata - z momentu odzyskania niepodległości na jej obronę przed zalewem barbarzyńskiego komunizmu ze wschodu.
W tamtym dniu przy wielkim, rozstrojonym fortepianie usiadła córka lokalnego szefa PZPR (co miało potem znaczenie) i zgrała wielce oryginalną interpretację melodii "Pierwszej Brygady". Niektórzy mogli myśleć, że jest to jakaś jazzowa wersja, lecz prawda była taka, że dostała dużą widokówkę z portretem Marszałka i nutami kwadrans przed imprezą i po prostu uczyła się grając przed zgromadzoną w pięknej auli szkołą. Co kilka fraz przerywała, by ktoś z rzędu stojących na scenie patriotów, uzupełnionych kilkoma przypadkowymi i naprędce zwerbowanymi posiłkami, mógł przeczytać jeden z soczystych, anty-sowieckich kawałków wybranych przez mojego brata, naszego ówczesnego specjalistę od Piłsudskiego (po latach dopiero doceniłem, że dobrał je tak, by przekaz był jednoznaczny, lecz dyrektor nie dostał jednak zawału). "Konieczność zatrzymania czerwonej lokomotywy", była jednym z łagodniejszych określeń jakie padły ze sceny. Impreza spodobała się naszym kolegom i dostaliśmy hojne oklaski. Jedynie pierwszy, nauczycielski rząd siedział dziwnie skamieniały.
Osobiście byłem przekonany, że idealnym zwieńczeniem byłaby duża wewnątrzszkolna afera. Nie jednak nastąpiło nic. Dopiero kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się poprzez kogoś z koneksjami w lokalnych władzach (to był mały, powiatowy świat), że rozważano poważnie wywalenie nas ze szkoły. "Uratowała" nas drugoplanowa, lecz rzucająca się w oczy rola córki partyjnego sekretarza. Jak żałowałem po kilku latach, że do tego nie doszło! Gnuśniałem wtedy w szarej, depresyjnej Polsce i nie miałem żadnego pomysłu jak się wyrwać na wolność, na 'Zachód', a taki punkt w CV mógłby mi otworzyć wiele drzwi.
Oprócz kilku 'doszłych' epizodów, pamiętam też wyraźnie jeden niedoszły. Na obowiązkowy wciąż pochód 1-Majowy przygotowałem czerwoną flagę zamazaną w większości czarną farbą. Planowałem pomachać nią przed nosami lokalnych notabli w jakimś kluczowym momencie pochodu. Spędziłem dużo czas na jej przygotowanie. Rano zniknęła z podłogi, gdzie schła. Znalazł ją ojciec i - w trosce o mnie - zniszczył. Była to ostatnia pyskówka, jaką z nim miałem.
I ważne było, że przez cały czas, przy każdym drobnym incydencie czułem, że jestem częścią większej i szlachetnej sprawy. A ludzie wspierali się w niej, pocieszali, podtrzymywali na duchu. Choć to co robiliśmy było - w naszym wydaniu - na małą skalę, np. odważny polityczny spór z nauczycielem w czasie godziny wychowawczej, miało to duże znaczenie dla naszego sumienia: byliśmy gotowi... nie powiem 'walczyć', lecz po prostu robić coś dla wolności, dla prawdy. Nie wiem jak bym się dziś czuł, gdybym w paru momentach nie powiedział głośno "Nie!", kiedy wszystko w środku mówiło mi "nie"; lub, gdzie było trzeba - "Tak!" Brzmi banalnie, ale znam wielu ludzi, którzy nigdy w tamtych czasach tego "nie” nie byli w stanie powiedzieć.
Patrząc wstecz, nie wiem czy byłbym w stanie wytrzymać tyle lat ze swoim narodem, gdyby nie tamte przeżycia i tamte chwile. Gdyby nie tamte momenty, kiedy czułem tę prawdziwą i tak silną więź ze wszystkimi - a było ich wielu - których naturalnym instynktem jest prosta prawda a nie proste kłamstwo; momenty, kiedy mogliśmy liczyć na siebie, na Kościół, na Reagana i Thatcher.
I mieliśmy postulaty. Nie mówię o tych stoczniowych (tylko wielki szacunek dla tamtych robotników, nie pozwala mi nazwać większości z ich żądań 'śmiesznymi') - lecz o innych, zapisanych tu i tam między wierszami, ale wyraźnie w nas samych. Było ich niewiele i ich lista nie była identyczna u każdego, ale kilka z nich powtarzało się zawsze: chcieliśmy, by zrobiono pierwszy kroku w stronę sprawiedliwości - zlikwidowano największe, wołające o pomstę do nieba niesprawiedliwości; chcieliśmy więcej racjonalności w walącej się gospodarce; i wreszcie - być może najważniejsze, gdyż od tego zależało chyba wszystko pozostałe - wolności, by nazywać rzeczy po imieniu, głośno i publicznie. Wiem, że dziś kiedy produkujemy więcej opinii niż jesteśmy w stanie skonsumować, możemy nie docenić jak ważne jest to, by gdzieś ktoś w tej kakofonii prawd nazwał coś trafnie i głośno; i żeby ktoś gdzieś to odebrał. Ale to jest ważne.
Pamiętam, co znaczyło dla mnie móc po raz pierwszy w życiu usłyszeć jak ktoś nazywa rzeczy po imieniu w politycznej debacie w telewizji. Wybuch butli z tlenem w buzi rekina ze "Szczęk", lądowanie Marsjan w "Wojnie Światów", pierwszy pocałunek Janka i Marusi z "Czterech Pancernych i Psa" razem wzięte nie przebiją tego dreszczu, który przechodził przeze mnie, kiedy Ryszard Bugaj zbijał wyuczone na pamięć formułki jakiegoś partyjnego eksperta.
I wiem, że Okrągły Stół był czymś więcej niż się dziś sprzedaje młodzieży w podręcznikach (kto oddaje państwo za darmo? Nie oddawali go za ocalenie własnej skóry - nawet w oddali nie pojawiła się przecież groźba szubienic... I rozumiem tych, którzy poszli na układ z komuną; nie rozumiem tych, którzy go nie zerwali). Inaczej też patrzę dziś na rolę wielu pierwszo- i drugoplanowych postaci tamtych wydarzeń.
Lecz wiem też coś innego: w tym co się działo było wystarczająco dużo prawdy, autentyczności i racji - jeśli nie wśród przywódców to na pewno wśród zwykłych Polaków - żeby ocalić tamten moment. I one sprawiły, że te wszystkie prawdziwe i wymyślone spiski, oszustwa, tajne programy, nieujawnione ambicje i cele - za które płacimy do dziś - znalazły się wtedy w cieniu tej wielkiej, wymarzonej przez nas, zbudowanej naszymi rękami i wysłanej Polakom przez Polaków Statuy Wolności; statuy budowanej od Powstania Warszawskiego, poprzez WiN, NSZ, w czasie uwięzienia kard. Wyszyńskiego, Poznania '56, Grudnia '70, Czerwca '76 aż do tamtego pięknego Sierpnia (o którym do dziś na Litwie pod strzechą piosenki śpiewają) i - a niech tam! – Wałęsy; statuy, którą w pewne południe zaanonsował Gary Cooper i która - mówcie co chcecie - przybyła w końcu dwadzieścia kilka lat temu, 4-go czerwca, w samo południe.
PS I jeszcze jedno: być może był to pierwszy i ostatni raz w moim życiu*, kiedy delektowałem się wolnością - jej smaku nie czuć przecież, kiedy jest, tylko kiedy przychodzi.
*Przed tym rzekomym, nieco większym wyzwoleniem.