Friday, 10 June 2011

Mit Herrn S. in der "Schöne (?) neue Welt"



Knajpa* była pełna. Ktoś świętował urodziny i roiło się od nieintensywnych rozmów, kuszącego śmiechu i pogodnych ludzi. Choć był wyjątek.

Jedyna wolna kanapa znajdowała się w kąciku dla dzieci. Było to lewicujące miejsce, w którym - poza wieloma innymi błędnymi poglądami - naiwnie wierzono w możliwość rodzinnego picia i gdzieś w rogu stworzono 'salkę zabaw'.

Zaciskając zęby (w piciu alkoholu, jak wiadomo, image jest kluczowy), ruszyłem w tamtą stronę. Na drugim końcu kanapy siedział przesadnie elegancko ubrany Niemiec. W rękach trzymał grubą, łacińską książkę. "Czy mogę?" Nie odpowiedział tylko wykonał minimalny gest głową - przyzwalający, lecz jakby niechętnie.

Na stoliku leżała otwarta gazeta. Wziąłem ją do ręki. Było to coś satyrycznego i w pewnym momencie wybuchnąłem głośnym śmiechem. Niemiec podniósł wzrok i mnie nim upominał. Powróciłem do lektury, już cichej.

Dopijałem pierwsze piwo, kiedy mój sąsiad pochylił się niespodziewanie w moją stronę i szepnął: "Der blinde, vernunftlose Weltwille". Zbił mnie zupełnie z tropu. Myślałem, że chciał rozpocząć rozmowę, lecz nim zdołałem cokolwiek powiedzieć on powrócił do swojej księgi. Zaniepokoił mnie. I zaciekawił. "Piwo?", zaproponowałem. Odmówił bez słowa.

Wstałem i poszedłem w stronę baru. Słowa Niemca pracowały. Kiedy barman napełniał szklankę, rozejrzałem się jeszcze raz dookoła.

Brzydka intelektualistka pisała coś na Macu. Obok leżała książka "Jak napisać scenariusz. I go sprzedać". Miałem już gotową recenzję: powstaje kolejny gniot. W jej twarzy było dużo inteligencji i sarkazmu, sporo cynizmu, odrobina dowcipu i zero miłości.

Stolik dalej dwóch facetów rozmawiało o takich rzeczach, że szkoda byłoby na nie czasu, nawet gdyby dotyczyły ich własnego życia. Jedna z kelnerek biegła do urodzinowego stolika z kieliszkami, o których ktoś zapomniał. Dwie pozostałe rozmawiały o rewelacyjnej szmince. Kiedy skończyły, zabrały z lodówki beznadziejne, słodkie musujące wino i podążyły za koleżanką.

Zaczynałem rozumieć Niemca.

W drodze od baru minąłem jubilatkę, prowadzoną z zamkniętymi oczami do stolika, na którym znalazł się tort. "Uważaj!", rzuciłem, "przed tobą jest ogromna czarna dziura".

Kiedy wróciłem w kąciku bawiły się dwa bobasy. Jeden bazgrał niemiłosiernie na dużej kartce papieru. Jego mama podeszła i pochwaliła go wylewnie, rzucając w jego serce ziarno skrzywionej samooceny i pychy. Drugi biegał bezmyślnie wokół niskiego stolika. I biegał. I biegał. Niemiec popatrzył na mnie. Chciałem zapytać go o coś, lecz on zatrzymał mnie kiwnięciem głowy i zatopił wzrok w łacinie. Ja ponownie skierowałem swój na salę.

Dziewczyna świętująca urodziny nie dotarła jeszcze do stolika. Przy nim jedna z koleżanek komplementowała ją w sposób, który ewidentnie miał drugie, mniej przyjemne dno. Czy miało to związek z pięknym chłopakiem, który siedział naprzeciw niej, a w którym obie - jak miało się potem okazać - były zadurzone? Cała ich część sali była zresztą przepełniona flirtem, gorącymi spojrzeniami i czułymi szeptami. Był to bolesny i nieprzyjemny widok: jak ci młodzi wpadają na oślep w coś co tak naturalnie i szybko zamordują nim się w ogóle zorientują co mieli.

I czy w całej tej roześmianej grupce znajdzie się wtedy choć jeden przyjaciel, kiedy oni będą zwijać się na podłodze skomląc? Czy, tak jak teraz, będą razem, tylko kiedy będą od innych czegoś chcieli? Podziwu, seksu, dowartościowania? I nawet jeśli ten przyjaciel tu jest czy na czas się zorientują? Czy rozpoznają go dopiero w swojej godzinie słabości, lecz wtedy okaże się, że już go kończy zabijać jakaś nieuleczalna choroba ...

A może te urodziny były jeszcze posępniejsze niż się wydawało i przyniosły największe nieszczęście jakie spotka tę śliczną dziewczynę - jej męża.

"Niemiec się nie myli", pomyślałem. "Ta krzątanina nie prowadzi do niczego dobrego. Więcej - nie prowadzi w ogóle do niczego. Można sobie darować. Wszystko" - przypomniałem sobie, że także moje ciało rozkłada się a wszechświat stygnie. Popatrzyłem na niego i chciałem powiedzieć ... , lecz dokładnie w tym momencie mały chłopczyk potknął się o zabawkę i poleciał bezwładnie w stronę stolika. Rzuciłem się do przodu i w ostatniej chwili uchwyciłem szklankę z piwem.

Trzymałem się jej kurczowo. Ożywcze zimno przeszyło moją rękę, ciało i serce. Miałem w dłoni pierwszy punkt oparcia. "Nie rezygnuj. Poczekaj na przyszłość**..", powtarzałem sobie jak modlitwę. Wziąłem duży łyk. I kolejny. I kolejny. Odbiło mi się po nich potężnym odbiciem - instynktowną afirmacją może niedużego, ale skrawka życia.

Odwróciłem się w stronę Niemca, ale już go nie było. "Nie szkodzi", pomyślałem. I tak nie powiedziałbym już: "Das stimmt".



*w dawnych czasach. Po umieszczeniu w oknach głupiego plakatu, bywanie tam jest obciachem, nawet w czasie promocji (do 17.00 Lech za 6zł)

**dopiłem drugie i poszedłem po trzecie.