
W przedziale pociągu, który zabierał mnie z Dolnego Śląska do metropolii (przez Poznań) trafiłem na dobrze zapowiadającą się mieszankę pasażerów - większość była bliżej niż dalej śmierci, co zawsze zwiększa prawdopodobieństwo ciekawej rozmowy, jeśli już do niej dojdzie. A doszło. Rozmowa była jednak bardziej dziwna niż ciekawa. Zdania były budowane poprawnie, wspominane fakty były faktami, styl był dobry a ton przyjazny. Brakowało jednak czegoś. I było to coś ważnego.
Rozpoczęliśmy od wsparcia najaktywniejszego współtowarzysza podróży, świeżo upieczonego emeryta, w jego próbach racjonalizacji kompletnie niepotrzebnego starcia z opiekunkami hordy dzieciaków wyjeżdżających na "zieloną szkołę". Nauczycielki uprzejmie poinformowały pędzącego korytarzem emeryta, że dalsza część wagonu jest zarezerwowana. "Przez kogo i jakim prawem? A kim w ogóle panie są, żeby tu się rządzić?", przystąpił do absurdalnego ataku emeryt, spięty zapewne wizją podróży na stojąco aż do Kołobrzegu, gdyż pociągowi brakowało co najmniej dwóch wagonów, by wszyscy mogli wygodnie usiąść. Na szczęście dość łatwo udało sie nam sie zwalić całą winę za gburowatość (używaliśmy jakiegoś innego określenia) naszego nowego znajomego na kolej.
Ktoś zrobił historyczną uwagę o PKP i trafiliśmy na żyłę konwersacyjnego złota. Mężczyna z naprzeciwka uroczyście zadeklarował, że chodzi do kościoła i zaczął mnie nawracać na PRL, który był najlepszym - jak się miało się okazać - wiekiem naszej historii. Przy wsparciu innych udowodniono mi, że robotników traktowano wtedy z godnością (kiedy do nich nie strzelano - chciałem sprecyzować, lecz nie udało mi się wejść w słowo), administracja była sprawna a przedsiębiorcy nie płacili więcej swojej rodzinie niż pozostałym pracownikom, pomijając fakt, że ich nie było. Były też inne pomniejsze korzyści: "Do czego to doszło dzisiaj - trzeba przynosić do pracy własne ubranie ochronne. W PRL-u to by było nie do pomyślenia!", zauważył doświadczony górnik.
Moje próby oczerniania Polski Ludowej były przyjmowane z pobłażliwością, lecz nie zmieniły - nawet na moment, dla zwykłej kurtuazji - entuzjastycznej oceny dorobku realnego socjalizmu. Kiedy pół godziny później przyłapałem siebie samego na chwaleniu Gierka, zrozumiałem, że muszę ratować swoją duszę. Zapytałem siedzącą obok mnie staruszkę czy mogę przejrzeć jej gazetę. Pytanie skrępowało ją nieco i niechętnie podała mi czasopismo zastrzegając, że może mi się nie spodobać. Były to "Fakty i Mity".
Staruszka tymczasem - nie mam pojęcia czym sprowokowana - rozpoczęła wyczerpujący raport o szwedzkim rynku odzieży używanej (zawsze w znakomitym stanie, starannie wypranej i wyprasowanej). Dla zdrowia psychicznego zanurzyłem się w felieton Joanny Senyszyn. Raport trwał, a ja czytałem dalej o zboczeńcach w sutannach (ciekawe!), o prywacie samorządowców (dobre!) i o - rzekomym, chyba? - upadku kościoła.
Kiedy panowie kończyli rozprawę z wolnym rynkiem, przedsiębiorczością oraz naturą ludzką, moją uwagę przyciągnął medalik na szyi staruszki. Rzucałem raz po raz kątem oka na błyszczące złoto nie mogąc dostrzec czy jest na nim Feuerbach, Nietzsche czy Asztarte. W końcu udało mi się: była to Przenajświętsza Maryja Panna.
I zrozumiałem czego tu brakowało: sensu.