
Przez cały wczorajszy dzień wpadałem na rozsiane po mieście skrawki Azji.
Przecinając kultowy zielony teren wokół Pekinu trafiam na grupkę bezdomnych śpiewających coś w niezrozumiały sposób po angielsku pod przedwodnictwem kilku Azjatów. Zagaduję ich. Są to południowi Koreańczycy z chrześcijańskiego kościoła Emmanuel (baptyści, wydaje się). Jestem pod wrażeniem. Kto z nas pojechał ostatnio na koniec świata, żeby promować swoją religię czy cokolwiek innego w co wierzymy?
Niedługo potem, kiedy odpoczywam w parku, blisko mnie ląduje liczna i rozbawiona wietnamska rodzina. (Wszystkie malutkie dzieci są ti-ti-ti-ti-ti-ti, ale czy azjatyckie nie są wyjątkowo ti-ti-ti-ti-ti-ti?). I oni i ja popijamy pewien arcykapitalistyczny napój, którego logo wykorzystuje bezczelnie jako tło chińską flagę.
Wieczorem, zupełnym przypadkiem, trafiam do Konserwatorium (Uniwersytet Muzyczny) i słucham charytatywnego koncertu na rzecz ofiar i rodzin ofiar niedawnego tsunami w Japonii. Na widowni jest sześćdziesięciu Japończyków, w tym ambasador i ... trzydziestu Polaków. (Smutne - Konserwatorium dostało od nich w darze kilkanaście fortepianów a sam Radek Sikorski mógł łatwo spędzić tu kilkadziesiąt ludzi ze swojego ministerstwa).
Ostanim - dla mnie, jak się okaże - azjatyckim akcentem okazuje się podana przez BBC informacja, że zabijające bakterie e-coli nie jeżdżą na hiszpańskich ogórkach, lecz na udających azjatyckie niemieckich kiełkach fasoli. Dokładnie* na takich jak te z Lidla, którymi objadam się od kilku dni.
I teraz, kiedy uciekającymi szybko siłami kończę ten wpis, pielęgniarka szykuje właśnie wyprodukowaną w Tajlandii strzykawkę, by skrócić moje ... nie - ze śmierci podobno nie należy drwić (choć jeśli kiedyś mam ją pokonać, to mała mentalna rozgrzewka chyba nie zaszkodzi?)
Przeżyłem. I dalej jestem zafascynowany i pełen obaw wobec kultur, które wkrótce podporządkują sobie mój stary, dobry kontynent.
PS Na koniec dnia okazało się, że cały czas chodziłem - nie uwierzycie! - w chińskim T-shircie.
*niedokładnie; tak mi się ręce trzęsły kiedy spawdzałem etykietę, że odbiło się to na jakości czytania. Kiełki były z Chin, tak więc ja przeżyłem, a umarło kilkoro dzieci.