Friday, 3 June 2011

Koniec sympozjum. Amigos para siempre?




Pewnego letniego popołudnia w ubiegłym roku znudzony śledzeniem w internecie najnowszych wydarzeń w brytyjskich browarach, otworzyłem przypadkiem stronę Uniwersytetu Warszawskiego i trafiłem na informację o studiach filozoficznych. Nie miałem wtedy sprecyzowanych planów co do nadchodząch miesięcy, lecz ogólne nastawienie, żeby odcinać się jak najbardziej od ciała a czepiać intelektu. "Wchodzę więc ponownie do uniwersyteckiej rzeki", postanowiłem.

Wczoraj byłem w niej ostatni raz.

Moja obecność w młodszej o kilkadziesiąt lat grupie okazała się na szczęście bardziej intrygująca niż perwersyjna, czego się obawiałem. (Jesień na uniwersytecie jest cudowna.) Przyznam jednak, że czułem się czasem wobec kolegów jak stary, dobry wujek i nie raz musiałem powstrzymać się przed posadzeniem na kolanach jednego z chłopaków i powiedzeniem mu: "a teraz wytłumaczę ci na kogo masz życiu głosować...", lub zabraniem którejś z dziewczyn na loda.

Dyskretne próby zrobienia z nich fanów najwspanialszego okresu myśli ludzkiej - Średniowiecza i politycznych konserwatystów nie powiodły się może w pełni, lecz wspólny czas był cenny. I ze względu na idee i na ludzi. Ci, którzy wydawali się na początku nieciekawi, zaskoczyli mnie. Ci, którzy zapowiadali się ciekawie, okazali się jeszcze ciekawsi. Podobnie było z ideami.

I choć nie zaprzyjaźniłem się tak naprawdę z nikim*, zaledwie raz się zakochałem i w ogóle zbyt mało czasu poświęciłem osobom a zbyt dużo myślom, to zdarzył się przecież - pamiętacie? - ten niezwykły moment w trakcie ćwiczeń, kiedy dyskutując Fedona czy De Ente et Essentia znaleźliśmy się nagle w środku jakiegoś sympozjum.

Agaton opowiadał coś przejęty a Sokrates się śmiał. Z oddali dochodził bełkot Koła Wiedeńskiego. Ehsan i ja spieraliśmy się z Adrianem Kuźniarem (mieliśmy ułatwione zadanie, bo wciąż dochodził do siebie po szoku, którego doznał zobaczywszy tu na własne oczy niematerialność i nieśmiertelność). Stojący obok Akwinata słuchał uważnie tego co mówiłem i przytakiwał. Ktoś inny zadał ważne pytanie dr Osmańskiemu, który wziął łyk kiepskiego, attyckiego wina, zamyślił się i odpowiedział: "mniejsza z tym".

Wtedy spojrzeliśmy sobie w oczy, wymieniliśmy się myślami i staliśmy się na jedną intelekualną chwilę przyjaciółmi. Ponad materią, ponad czasem.

Więc na zawsze**?



*moja wina pewnie - w końcu rzuciłem picie, wypisałem się z facebooka i, aż wstyd przyznać, schlałem się akademicko jedyne trzy, cztery (nie pamiętam zbyt dokładnie) razy.
** jeśli nie, to wspomnijcie mnie czasem. I Cieślę. Lub przynajmniej Cieślę.