
Do niedawna łudziłem się - wbrew doświadczeniu - że ludzi można przekonać do prawdy; że argumenty mają moc; że logika ma sens. Jedna z lekcji z ostatniego sympozjum brzmi, że jest inaczej.
Błędną nadzieję podsuwały mi drobne, nieistotne sukcesy z drugorzędnymi kwestiami, od których nie zależy ani życie ani śmierć. Przy tych największych zaczyna się jednak dziać coś dziwnego - w grę włączają się tajemnicze siły i namiętności. I tam gdzie wydaje nam się, że doszliśmy do "Tak" słyszymy "Nie".
Moglibyśmy się pocieszać, że to co mówimy jest budulcem, który będzie mógł być użyty przez naszych oponentów w przyszłości, kiedy zgodzimy się co do tego co budujemy. Ile jednak zostaje z nauki o czymś w co nie wierzymy?
Skąd się bierze ten mur, na który trafia to czym się chcemy dzielić? Nie jest to zamknięty umysł - z tym poradzilibyśmy sobie. Jest to zamknięte serce. Nie wiemy dlaczego jest zamknięte, kiedy się zamknęło i kiedy się otworzy. Nie wiemy nawet czy się otworzy. Co najboleśniejsze: nie mamy pojęcia jak je otworzyć. Pozostaje nam więc tylko mieć nadzieję i czekać cierpliwie na skruchę serca wobec prawdy.
Nim to się stanie nasze dowody, argumenty, porównania, zdania i słowa nie znaczą nic z tego co mają znaczyć, lecz są jak modlitwa o cud dostrzeżenia przez innych tego co - jasne, wyraźne i piękne - trzymamy przed nimi w otwarych dłoniach.*
*jeśli to oni mają rację, odwracamy role. (By nie gmatwać sprawy - i zgodnie z własnymi poglądami - wyłączam środek).