Wednesday, 8 June 2011

Dziś Madryt, jutro Warszawa



"Dziś Madryt. Kiedy Warszawa?", pyta plakat w oknach Komitetu Centralnego lewicowej młodzieży warszawskiej, knajpy Nowy Wspaniały Świat.

Dziś Madryt, kiedy Warszawa - co? Opustoszeje na wakacje, zostanie zalana falą gorąca czy dotknie ją jakieś inne naturalne zjawisko, n.p. wylew na ulice lewicowej młodzieży?

W wielu miejscach Starego Kontynentu Europejczycy doskonale wiedzą, że kiedy latem jest parno i pochmurnie, będzie burza i dobrze jest zabrać ze sobą parasol; kiedy wcześniej niż zwykle przychodzi śnieg, drogi będą nieprzejezdne i w podróż trzeba się wybrać pociągiem; a kiedy nadchodzą trudniejsze ekonomicznie czasy, można się spodziewać wysypu lewicowej młodzieży i możemy się spóźnić do pracy.

Do wszystkich z tych zjawisk można się przyzwyczaić i dostosować. Po żadnym z nich nie spodziewamy się też intelektualnej treści, nie mówiąc już o spójności. Nie oczekujemy od deszczu, że wymyśli efektywniejsze sposoby wykorzystywania energii; od śniegu, że opracuje reformę systemu edukacji; ani od lewicowych młodych gniewnych, że zaproponują coś ciekawego na temat polityki czy gospodarki.

"Ten protest jest przeciw kapitalizmowi, przeciw dyktatowi rynku, przeciwko bankom, przeciwko nie działającej demokracji a za prawdziwą demokracją", deklaruje jeden ze sfrustrowanych Hiszpanów. (Demokracja była zapewne prawdziwa, kiedy zwyciężał socjalista Zapatero, na którym spoczywa największa odpowiedzialność za dzisiejsze problemy gospodarcze Hiszpanii i na którego większość z obecnych na placu Puerta del Sol głosowała). Czy za tym 'programem' obalenia całego systemu idzie coś konstruktywnego, przemyślanego i choćby częściowo i z dobrymi rezultatami sprawdzonego? W takich samych ilościach jakie spadają z deszczem.

Jest jednak pomiędzy tymi, powiedzmy, klimatycznymi zjawiskami pewna groźna w konsekwencjach różnica: żyjemy w populistycznych demokracjach i od czasu do czasu ten ostatni, ludzki fenomen może mieć wpływ na politykę. Bezmyślna demonstracja w Madrycie czy Warszawie może utrwalać szkodliwą politykę państwa lub prowokować nowy, kosztowny błąd. I koło się domknie.

To właśnie może się stać w Madrycie: od rządu oczekuje się materialnych konkretów. Żądania czegokolwiek namacalnego od rządu są żądaniami autodestrukcyjnymi. Rządy bowiem by móc cokolwiek dać muszą znacznie więcej zabrać. A zabieranie obywatelom jest tym co te tygryski lubią najbardziej i nałóg ten wyrwał się już im dawno w całym zachodnim świecie spod kontroli. Konserwatyści są tego doskonale świadomi, lecz ta kluczowa diagnoza nie dotarła jeszcze do lewej części politycznego spektrum.

Rząd z definicji nie jest w stanie dać czegokolwiek materialnego. Jedyne co może zaoferować to straż nad infrastrukturą pozwalającą obywatelom na bezpieczne życie i powiększanie swojego duchowego i tego mniej ważnego dobrobytu. A w sporadycznych przypadkach reperowanie i - w idealnym świecie niechętne - rozbudowywanie tej infrastruktury. Wszystko to przy zachowaniu fundamentalnego prawa: obywatele muszą mieć możliwość wypracowania wystarczających zasobów, by utrzymać siebie i państwo. W takiej kolejności.

Problem z dzisiejszą populistyczną i bankrutującą demokracją polega na tym, że zamiast ułatwiać utrudnia wypracowywanie zasobów. A kolejność rozliczeń odwróciła. Państwo - z wielką pałą - zgłasza się pierwsze, kiedy stłoczona w małym mieszkaniu i nie będąca w stanie opłacić bieżących rachunków rodzina czeka pokornie z tyłu. I często się nie doczekuje.

Okrzyki w Madrycie i może wkrótce w Warszawie zwiększają jedynie prawdopodobieństwo pogorszenia sytuacji. Demokratyczni politycy mogą zostać już całkowicie - teraz są w większości jedynie - zaabsorbowani zabieraniem obywatelom pieniędzy, by móc - zgodnie z żądaniami - oddać ich ułamek. Wtedy dochodzi do kompletnego ogołocenia społeczeństwa i zrujnowania infrastruktury.

A potem do tego co wczoraj stało się w Atenach, dziś zaczyna się dziać w Madrycie. A jutro stanie się w Warszawie.




PS Właśnie czytam informację, że rząd hiszpański chce podnieść płacę minimalną. Czyli wyrzucić z pracy kolejną transzę Hiszpanów (co wiedzą konserwatyści, lecz nie lewicowi demonstranci).