Wszystko - wolno lub szybko, prosto lub krzywo, radośnie lub boleśnie, drogo lub tanio, z happy endem lub samobójstwem - prowadzi do prawdy (lub do miłości, która może okazać się prawdą - na starość zaczyna mi odbijać, tak jak McTaggartowi*).
Wielokrotnie byłem świadkiem jak po najbardziej nawet nieludzkim starcie w duchu filozofii analitycznej przy mecie dochodzono do bardzo sexy, scholastycznych kwestii. Dyskutując ostatnio z grupą młodych-zdolnych kwestię umysł/ciało zdałem sobie jednak sprawę, że powyższe myślenie pozwala łatwo wpaść w pożerające czas - i niekiedy zastawiane świadomie - pułapki.
Wbrew pozorom, którym kontakt z 'wiecznymi' pytaniami sprzyja, szybkość postępu jest ważna. Filozofia bowiem to nie matematyka - nie trwa wiecznie, jest ścisłe powiązana z czasem i materią. Nasza osobista skończy się z naszą śmiercią, ta przez duże 'F' - wraz z końcem tego etapu ludzkości.
Czas który podarowaliśmy - w bardzo ciekawej rozmowie! - absurdalnym pomysłom redukcji naszych myśli do wewnątrzmózgowej elektroniki mógł zostać poświęcony transcenedentaliom, etyce nikomachejskiej lub nawet - tak, pozostaję niepoprawnym romantykiem - podatkom.
*dorzucę później - muszę łapać 506, by pogadać o Tertulianie, świeć Panie jego duszy!