McTaggart - ten, który nie wierzył w czas - twierdził, że cały świat tworzą jedynie połączone miłością dusze.
Pewnego zimowego dnia - posiłkując się idealizmem, religią, życiem oraz winem - sam zacząłem iść w tym kierunku. Zauważcie, że im więcej dowiadujemy się o materii, tym mniej jej zostaje. Na pewnym etapie nie sposób jej nawet pokazać palcem, a w każdym razie nim przydusić. Coraz mniej się liczy się ona sama a coraz więcej to jak jeden ledwo, ledwo - że tak powiem - istniejący klocek materii współgra z innymi omal nieistniejącymi klockami materii. (Tak więc wy wszyscy, którzy zaraz po przeczytaniu tego wpisu rzucicie się na wasze - lub nie wasze - żony, konkubiny czy też kochanki pomyślcie tylko: ta kształtna materia, na której punkcie wam odbija jest, suma sumarum, tak niesamowicie małą drobinką, że nawet mózg obecnego rządu jest od niej większy! Zostawszy w jakiś cudowny sposób rozdmuchana do objętości jaką ma, jest tak rozproszona, niesolidna i praktycznie pusta, że można ją zapewne w byle jakim miejscu bezkarnie przeszyć.)
Hardware zatem prawie zanika, a na scenie wszechświata swój wielki popis ma software. Ponieważ - tu odwołuję się do religii - Miłość, która zdecydowanie nie jest hardware, wypuściła na rynek oba, kusi, żeby pójść krok dalej i uznać, że hardware jest tylko jakąś pochodną software; że motyw jest treścią; że natura tego co powstało jest taka jak Tego co tworzyło. Nie brzmi to może zbyt arystotelesowsko (a Arystoteles jest, jak wszyscy wiedzą, kryterium prawdy), ale zapewniam Was, że w trakcie drugiej butelki czerwonego ta wizja zaczyna nabierać rąk i nóg.
Wychodząc zatem od miłości jako naczelnej siły napędowej świata (mało oryginalne), idąc poprzez miłość jako niezbędny warunek istnienia (nieco odważniejsze), zaczynam rozważać miłość jako jedyne co, pluralistycznie, istnieje a wszystko inne jako iluzję. Teraz zaczyna się to robić przyzwoicie szalone. W końcu najwyższa pora, żeby mi, chrześcijaninowi na punkcie miłości odbiło.