
Kiedy Waldemar Pawlak powtórzył niedawno włany bon mot o "wyciskaniu brukselek" (z Unii) i dorzucił nowy chyba o "pożytecznych" urzędnikach "produkujących śliczne, błyszczące euro" (dotacje), pomyślałem, że być może czas wybrać się do starego Bronka, wziąć na krechę litr jego nagradzanego na międzynarodowych konkursach bimbru i pogodzić się wreszcie z moimi chamskimi korzeniami.
Wśród ubijających na lewo i prawo prywatę polityków, jedynie ludowcy są honorowi: nie ubierają tego w patriotyczną szatę spiętą półinteligencką retoryką. A precyzyjniej: próbują, lecz robią to tak nieudolnie, bezczelnie przy tym puszczając do nas oko, że niechcący popadają w jakąś - mnie przynajmniej - rozbrajającą szczerość.
I do tego ten styl! Mówta co chceta, wy miejskie ęą, ale czy nie wolicie słuchać Leppera i - kiedy nie jest zahipnotyzowany - Pawlaka niż znających długie słówka Komorowskiego, Tuska czy Kaczyńskiego, którzy jednak mają poważne problemy ze zbudowaniem - choćby na spółkę - jednego mającego związek z rzeczywistością zdania? Kiedy mówią ludowcy, wiemy, od razu o co się rozchodzi. Przekaz jest prosty, zrozumiały i pilny: chcemy więcej kasy! I to jeszcze przed przednówkiem. O ile upraszcza to negocjacje.
Biorę więc bimber i idę ubiegać się o stołek kronikarza lokalnego kółka łowieckiego - celuję w chłopską burżuazję, a co! A że to będzie koło stołeczne - zasugeruję mimochodem polowania na posłów.