
Przyśnił mi się jeden z bohaterów mojego dzieciństwa. Postać, która inspiruje mnie do dziś i której życiowy paradygmat z entuzjazmem i dużym balonem wystającym mi z ust przyjąłem.
W dramatycznej końcówce snu - szczegóły innym razem - Kaczor Donald okazał się ... Tuskiem.
Tusk działa, jak wiadomo, na pododobnej co Donald zasadzie: improwizuje; ściemnia; naciąga; udaje, że wie co robi, kiedy tak naprawdę nie ma kaczego pojęcia. Ustępuje jednak oryginałowi w tym, że w ogóle nie jest śmieszny.
Mimo, że znakomita farsa - kalecząc odrobinę Marksa - powtórzyła się jako kosztowna dla kraju tragedia, zrozumiałem, że przez tę nomenklaturową zbieżność nie mogę choć raz nie uśmiechnąć się na myśl o tej naszej ofermowatej szelmie*.
* i postanowiłem zobaczyć Donalda i inne sprawy w cieplejszych barwach. Dorzuciłem zatem trochę ciepłych barw do mojej ostatniej, nieco szorstkiej oceny.