Monday, 14 March 2011

Skok na aptekę Wendego

Szwendałem się wczoraj bez celu - uderzony potężnie w głowę wiosną - po Krakowskim Przedmieściu i trafiłem na tablicę upamiętniającą pewne okupacyjne wydarzenie. Krótko przed wybuchem Powstania Warszawskiego, grupa AK-owców wpadła do mającej niemieckich właścicieli apteki i zabrała stamdąd dużą ilość leków, które zostały potem wykorzystane przez powstańczych lekarzy i sanitariuszy. Poczułem się upokorzony.

To o czym kazała mi pamiętać ta tablica jest tak odległe od aspiracji obywatela wielkiego i silnego kiedyś państwa: oczekiwałem przypomnienia, że w tym budynku urodził się generał, który rzucił rosyjskie wojsko na kolana pod Sankt Petersburgiem; gubernator polskiej kolonii w zachodniej Afryce lub że w 1975 założono w nim zakład zegarmistrzowski, który rozrósł się w firmę, która właśnie przejmuje Nokię.

Tymczasem dowiedziałem się, że na progu szalonego, nieprzygotowanego i z góry skazanego na tragiczną porażkę zrywu przeciw okupantowi, który w dwa tygodnie zajął mój - niepodległy zaledwie od dwudziestu lat po ponad stuletniej nieobecności na mapie - kraj, grupa uzbrojonych mężczyzn skierowała lufy w stronę aptekarzy i zabrała tonę leków z miejsca przy ruchliwej stołecznej ulicy. Pół wieku później ktoś inny decyduje, że skok na sklep jest godny rozgłaszania wśród kolejnych pokoleń Polaków oraz przygodnych chmar zagranicznych turystów.

Do upokorzenia wynikającego z bycia mną, dochodzi to z bycia Polakiem. Najwidoczniej więc udaję tylko, że jestem chrześcijaninem, gdyż nie ma przecież mowy, żebym był w stanie nieść trzy krzyże.

(Ale po przestawieniu ostrości w obiektywie, coś się da z tym tym zrobić, czyż nie?)