
Rzadko pamiętam o swoim Aniele Stróżu.
Wierzę w niego i czasem – kiedyś częściej niż teraz – dziękuję mu za pomoc i proszę o dalszą.
Ostatnio wróciłem jednak myślą do kilku wydarzeń z mojego życia, które on musiał z bliska widzieć i dotarło do mnie co on przeze mnie musi przechodzić, ile smutku, zażenowania, a może nawet wstydu, mu przynoszę. (Nie chcę brzmieć zbyt chrześcijańsko, jakby powiedział Nietzsche - są też znakomite i chlubne momenty małych triumfów).
A on nie daje za wygraną. W ostatnich dniach tylko powstrzymał mnie kilkakrotnie przed wbiegnięciem - na czerwonym, wyraźnie opisanym w Pismach, świetle! - pod koła czegoś złego.
I wiem, że już nieśmiertelny Arystoteles wskazywał, że one istnieją, ale pozwolę sobie dorzucić ten mój skromny dowód:
1. Jest przy mnie zawsze.
2. Tylko anioł potrafiłby ze mną dłużej wytrzymać.
3. On jest istnym Aniołem!
(Ilustracja skubnięta z: http://asksistermarymartha.blogspot.com)