
„Wiesz, biorę dla małego kaszkę. Bo Błażej zapytał mnie co z kaszką i pomyślałam, że zrobię kaszkę i ją wezmę”, młoda, korpulentna mama wyjaśniła przez telefon swojej koleżance, z którą przez całą drogę z Zielonki do Warszawy Wileńskiej omawiała takie niuanse ludzkiego bytu i intelektu, że nawet filozofom się nie śniło.
Dwa siedzenia dalej młody mechanik samochodowy też przez telefon pouczał swojego kolegę po fachu: „musisz to podkręcić jeszcze. On ma chodzić normalnie, a nie jak kobieta”. Stojące obok niego dwie dziewczyny rzuciły mu szybkie, ostre spojrzenia. Sprawdzały czy warto się fatygować i stwierdziły, że nie. Miał szczęście – każda z nich mogłaby go - łatwo - spalić wzrokiem, gdyby chciała.
Tego samego dnia, lub bardzo blisko, stoję w metrze obok grupki 5-cio i 6-to klasistów, którzy przeglądają radosne i kolorowe materiały otrzymane na prezentacji nt. Unii Europejskiej w biurze propagandowym tej organizacji na ul. Świętokrzyskiej. „Zachowajcie to na pamiątkę. Będziecie to kiedyś pokazywać waszym wnukom. Bo wiecie, że Unia się rozpada?” „Jak to?”, stojący najbliżej chłopak podnosi zdziwiony i nieco zaniepokojony wzrok. „Formuła się nie sprawdziła i wszystko się sypie”, wyjaśniam. Wymieniliśmy jeszcze kilka zdań i dzieci przypomniają sobie, że ktoś na Święktorzyskiej wspominał o problemach, ale widocznie w taki sposób, żeby szybko można było o nich zapomnieć („Wypaczenia – nie, ale Unia 'for ever'”, lub coś w tym stylu).
Po chwili milczenia chłopak spogląda na mnie poważnie i mówi „To się rzadko zdarza...”. Robi przerwę szukając słów. „Co?”. „Żeby z kimś tak porozmawiać w metrze.” „Miłe”, pomyślałem. Ale w sumie nie byłem pewien czy miał na myśli „dziwak” czy „spoko koleś”.
PS Nagrodę otrzymuje jednak cztero może pięcioletni geniusz psychologii z podróży sprzed miesiąca. Zbliżając się do wyjścia z pociągu i widząc ludzi ustawionych przy jednych z drzwi, zauważa: „Mamo, ludzie myślą, że z tej strony będzie peron.”