
Byłem rozdarty.
Rzadko mi się to zdarzało, kiedy największy materialny* wynalazek ludzkości pojawiał się na szali, ale rozważałem świadome i celowe wyparcie się wina** i pozostanie przy prawie – prelekcja, która właśnie zakończyła się w sali 209 Wydziału Administracji i Prawa Uniwersytetu Warszawskiego była arcyciekawa i można się było spodziewać stymulującej części otwartej.
Wnioski co prawda prowadziły w dobrze mi znanym kierunku – że demokracji nie da się połączyć z niczym spójnym intelektualnie***; przynajmniej bez wsparcia alkoholu - lecz głębia i niuanse wywodu rzucały na całą kwestię jeszcze ostrzejsze światło.
W końcu jednak natrafiłem w swoim sumieniu na drobną – z pewnością nie zostałaby ona uwzględniona przez jakikolwiek ludzki sąd - poszlakę obowiązkowości i zrozumiałem, że okoliczności nie pozostawiają mi wolnego wyboru – byłem przecież organizatorem pewnej winnej imprezy. Gdyby tylko można było zostawić tu intelekt, a tam wysłać usta i żołądek (wątrobę, dla jej dobra, też bym z chęcią zostawił na część dyskusyją). Ale nie - wino nie tylko domaga się przytomności intelektu – ono chce także przynajmniej połowy duszy.
Wyszedłem więc w dużym cierpieniu (ofiarowałem je na poczet kary za moje liczne przęstępstwa popełnione z premedytacją) i ruszyłem w stronę ulicy Wilczej, by tam w dyskretnej piwniczce zatopić swoje rozterki w kilku kieliszkach czerwonego wina z Corbieres i słuchać jak ktoś o nim opowiada z ujmującym akcentem.
W drodze snułem taką refleksję: ze wszystkich spotkań, które umknęły mi na Uniwersytecie i wokoło niego, najbardziej chyba żal mi tych, które dotyczyły prawa****.
Odpowiedź dlaczego tkwi częściowo w wiedzy, inteligencji i dyscyplinie intelektualnej uczestników i gości spotkań organizowanych przez kilka bardzo aktywnych kół studenckich (linki do nich załączę w niedalekiej przyszłości; moja skromna komputerowa infrastruktura nie pozwala mi na to teraz). Nie mogę też nie wspomnieć o wspaniałych warunkach technicznych Collegium Iuridicum I. Podobno po Uniersytecie krąży nawet mit, że cała infrastruktura tego budynku jest wymieniana co tydzień na nową.
Są też inne powody, dla których znajduję prawo atrakcyjnym, takie jak ten, że – jakkolwiek bym się nie starał - nie potrafię nie śledzić polityki, w tym polskiej polityczki, a prawo zawsze jest z nią w niewygodnym uścisku; czy jak ten, że mam niewielką wiedzę na temat prawa, a mniej znane krajobrazy są z definicji bardziej intrygujące, nie wspominając już, że nieznajomość tych konkretnych krajobrazów nocet; jak łatwo w takich sytuacjach o fascynujące widoki (spokrewniony prawnik otworzył kiedyś przede kiedyś taką nową perspektywę: „nie ma papieru, nie ma człowieka”).
Jest jednak powód najważniejszy: prawo siedzi okrakiem (przepraszam prawników za język bardzo odległy stylistycznie od ich eleganckich standardów) na ekscytującym styku historii, filozofii, religii, psychologii – i polityki. I jest ono realizowane gdzieś codziennie, świadomie. W odróżnieniu np. od historii, która jest także realizowana codziennie, lecz nieświadomie; i filozofii, która codziennie i nieświadomie jest nie realizowana; i religii, która … nie – zostawmy chwilowo religię, zbliżają się przecież Święta.
Suspens jest wzmocniony przez to, że prawo ma widoczne i konkretne konsekwencje. Jak to ujął jeden z brytyjskich sędziów wykorzystując na pewno jakąś starą rzymską maksymę: „prawo nie tylko musi być ekzekwowane, ale musi być ekzekwowane w widoczny sposób”. Filozofia np. ma to do siebie, że bez zbytniego poczucia konsekwencji - i winy - potrafi wysłać kogoś na księżyc, wtrącić innego do jakiejś dziwnej, ciemnej jakskini, zamknąć jeszcze innego w jego głowie lub powiązać wszystko i wszystkich w jakimś pansytemie, w którym tak naprawdę nikt nie wie kto za co ma siedzieć. I nie ma na to paragrafu.
Prawo – inaczej. Tu na wszystko znajdzie się paragraf i za kratki trafia ktoś konkretny, z imieniem ojca i nazwiskiem panieńskim matki. Jak to pomaga w utrzymaniu intelektualnej dyscypliny, która jest kluczem dobrej nauki i dobrej polityki (a może nawet filozofii, ale z pewnych powodów nie upieram się).
Dlatego mogę szczerze powiedzieć (nie traktujcie tego jednak jako wiążące zobowiązanie, w rozumieniu art. ...): gdybym pewnego dnia został dyktatorem tego kraju i chwilowo nie mógł nim rządzić, gdyż miałbym b. ważne spotkanie w pewnej piwnicy na Wilczej, delegowałbym śmiało i rząd i prawo pewnej grupie znanych mi przelotnie ludzi – tych z pokoju 209.
I wiem, że nie żałowałbym tego. Prznajmniej do momentu, w którym bym wytrzeźwiał. A zresztą myślę, że potem też nie.
(Jakie w sumie miałoby to wtedy znaczenie – i tak nie oddaliby mi władzy... w oczach niektórych z nich widziałem niebezpieczny, polityczny błysk)
*jest to uproszczenie. Wino jest substancją z pogranicza materii i ducha, ale nie tu miejsce na tę rozprawę, za którą dostaję Nobla (w myślach, po butelce czerwonego, lub po półtorej białego)
**Oskar, przekaż proszę Tomkowi podziękowania za drobną inspiracje.
***ja, niżej podpisany, oświadzczam, że na żadnym ze spotkań organizowanych przez studentów Wydziału Prawa i Administracji UW, których byłem uczestnicznikiem nie nawoływano (otwarcie; jedynie przez implikację – tak mi się przynajmniej zdaje) do obalenia ustroju demokratycznego i że najprawdopodobniej ma miejsce sytuacja podobna do tej, w której UPR-owiec spotkał się z psychologiem, by poddać się bardzo ogólnemu testowi . Psycholog najpierw narysował kreskę. „Z czym się to Panu kojarzy?” UPR-owiec odpowiada z miejsca: „Z podatkami”. Psycholog narysował okrąg. „A to?” „To oczywiste - z podaktami”. Psycholog patrzy przenikliwie na badanego i rysuje prostokąt. „A teraz?” UPR-owiec przygląda się tej figurze przez sekundę dłużej niż pozostałym. „Już mi się coś zdawało”, mówi w końcu, „ale nie - oczywiście, że z podatkami.” „Proszę Pana”, oznajmia psycholog odsuwając karkę, „Pan ma poważny przypadek obsesji podaktowej.” UPR-owiec patrzy zdziwiony na psychologa. „Ja?? Przecież Pan to wszystko rysował!”#
Chyba, że rozumowanie niżej podpisanego JEST jednak zupełnie poprawne...
****pisząc to teraz muszę przyznać, że dziś znowu wahałbym się między filozofią a prawem. Ale wtedy czułem tak jak to opisałem. I nie był to jednorazowy przypadek.
#wiem, że sprzedaję ten dowcip już po raz n-ty, ale jest to mój ulobiony. Gdyby gdzieś istniał świat, w którym można sobie zabrać do następnego życia wspomnienie jednego tylko dowcipu, wybrałbym ten właśnie. Ale przecież jest tylko jedno słońce...